W klubie jest nas osiem babć z wnukami dorosłymi albo dalekimi. Na drutach zrobiłyśmy czterdzieści par skarpet dla domu dziecka. Wychowawczyni odpisała jednym zdaniem: „dzieci pytają, czy babcie przyjadą, bo skarpety pachną ciastem". Jedziemy w sobotę - wszystkie osiem.
Ale zanim opowiem o tej sobotzie, muszę cofnąć się do września, kiedy Halina przyniosła na nasze spotkanie wydrukowany e-mail i położyła go na stole między sernikiem a dzbankiem z herbatą.
- Dziewczyny, czytajcie - powiedziała i usiadła, splótłszy ręce na piersi tak, jakby się broniła przed czymś, o czym jeszcze nie wiedziałyśmy.
Nasz klub działa od trzech lat. Spotykamy się w każdy wtorek o szesnastej w sali parafialnej przy kościele na Bielanach. Osiem kobiet, osiem par drutów, osiem historii, które nie zawsze są wesołe. Halina Wiśniewska - sześćdziesiąt siedem lat, była położna, wdowa od czterech lat - to nasza nieformalna przewodnicząca. Ja mam na imię Grażyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu pięciu jestem księgową. Ale w tym klubie nikt nie pyta o zawód. Pytają: jak się czujesz? Co u wnuków? Chcesz jeszcze herbaty?
W e-mailu, który przyniosła Halina, wychowawczyni z domu dziecka pod Otwockiem opisywała, czego dzieciom brakuje przed zimą. Nie zabawek - skarpet. Zwykłych, ciepłych skarpet. Bo te sklepowe po dwóch praniach się rozłażą, a budżet na odzież jest taki, jaki jest.
- Czterdziestoro dzieci - powiedziała Halina. - Po parze na dziecko. Pięć par na osobę. Damy radę do grudnia?
Bożena, najstarsza z nas, siedemdziesiąt dwa lata, były nauczycielka matematyki, policzyła na głos: czterdzieści par, osiem kobiet, trzy miesiące. Wzięła łyk herbaty i kiwnęła głową.
- Damy radę.
I dałyśmy. Ale to nie była prosta robota - pięć par skarpet na drutach to nie szalik. Każda para to kilka wieczorów, bolące stawy, okulary zsuwające się na nos. Lucyna, która ma reumatoidalne zapalenie i dzierga powoli, robiła mniejsze rozmiary - na stópki maluchów. Ewa, najmłodsza z nas, pięćdziesiąt osiem lat, fryzjerka z własnym salonem na Pradze, kupowała włóczkę. Za własne pieniądze, bo jak powiedziała: „co ja, do grobu te pieniądze zabiorę?".
Kolor wybierałyśmy starannie. Żadnych szarości, żadnych brązów. Czerwone, żółte, zielone, niebieskie w paski. Bo dzieci mają widzieć kolory. Tak powiedziała Halina i nikt nie protestował.
Zrobiłyśmy pierwszą partię - dwanaście par - i wysłałyśmy pocztą w połowie października. Potem kolejne dwanaście w listopadzie. Ostatnie szesnaście wykończyłyśmy na początku grudnia, tuż przed pierwszą adwentową niedzielą.
Pakując tę ostatnią paczkę, Bożena powiedziała coś, co mi utkwiło.
- Dziewczyny, wiecie co? Moje wnuki mieszkają w Irlandii. Widuję je raz w roku, jak się uda. Te skarpety - tu popatrzyła na stos kolorowych pakunków - to są pierwsze rzeczy od lat, które robiłam tak, jakbym robiła dla swoich.
Cisza. Tylko zegar tykał na ścianie sali parafialnej.
- Ja nie mam wnuków - odezwała się cicho Celina. Sześćdziesiąt lat, rozwiedziona, syn jedynak nie chce mieć dzieci, i to jest jego prawo, ale Celina nigdy się z tym do końca nie pogodziła. - Ale jak dziergam te malutkie skarpetki na trzydziesty pierwszy rozmiar, to sobie wyobrażam, że gdzieś jest dziecko, które je założy i pomyśli, że ktoś o nim pamięta.
Nie odpowiedziałyśmy nic. Bo co tu mówić? Każda z nas miała swoje powody, żeby być w tym klubie. Nie wszystkie były radosne.
Odpowiedź przyszła tydzień po wysłaniu ostatniej paczki. Jeden e-mail, jedno zdanie: „Dzieci pytają, czy babcie przyjadą, bo skarpety pachną ciastem".
Halina przeczytała to na głos i musiała przerwać, bo głos jej się załamał. Siedemdziesiąt lat temu sama była dzieckiem w domu dziecka - o tym wiedziałam tylko ja. Powiedziała mi kiedyś po spotkaniu, przy papierosie na schodach, że pamięta zapach pościeli, która pachniała wybielaczem, i że do dziś nie znosi tego zapachu. I że marzyła, żeby cokolwiek w tamtym domu pachniało domem.
A te skarpety pachniały. Bo robiłyśmy je w domach, przy włączonym piecu, przy sernikach w piekarniku, przy herbacie z cytryną, przy rosole na czwartek. Włóczna wchłania zapachy - każda dziewiarka to wie.
- Jedziemy - powiedziała Halina. Nie zapytała. Oznajmiła.
Zaczęłyśmy się szykować jak na ślub wnuczki. Ewa upiekła dwa blaszki szarlotki. Bożena kupiła kredki i zeszyty - czterdzieści sztuk, policzone co do jednego. Lucyna, mimo bólu w rękach, zrobiła jeszcze osiem czapeczek - takich z pomponem, „bo każde dziecko powinno mieć czapkę z pomponem, Grażyna, to jest prawo natury".
Ja nie wiedziałam, co zabrać. Stałam w kuchni w piątek wieczorem i patrzyłam na pusty blat. Moje wnuki - Kasia i Olek - są dorośli, studiują, nie potrzebują babci na co dzień. Dzwonią raz w tygodniu, czasem rzadziej. Kocham je, ale między nami jest ta cienka szyba, przez którą widać, ale nie czuć ciepła.
Wzięłam telefon i napisałam do Kasi: „Jadę jutro z klubem do domu dziecka pod Otwockiem. Chcesz ze mną?". Odpisała po godzinie: „Babciu, nie mogę, ale super że jedziesz! ❤️". Emotka serduszko. Uśmiechnęłam się, ale jakoś krzywo.
Upiekłam w nocy pierniczki. Czterdzieści sztuk, po jednym dla każdego dziecka, i kilka zapasowych.
W sobotę rano zajechały dwa samochody pod kościół na Bielanach. Halina prowadziła swoje stare Renault, Ewa pożyczyła auto od syna. Zmieściłyśmy się jakoś - osiem babć, torby z szarlotką, pierniczkami, kredkami, czapkami. Lucyna trzymała na kolanach siatkę z czapeczkami i powtarzała pod nosem: „Boże, byle nie były za małe".
Dom dziecka wyglądał inaczej, niż sobie wyobrażałam. Nie ponuro - raczej zwyczajnie. Ogrodzenie, plac zabaw z kolorową zjeżdżalnią, budynek z lat dziewięćdziesiątych z dobudówką. Wychowawczyni - Marta, może czterdzieści lat, zmęczone oczy, ciepły uśmiech - czekała przy wejściu.
- To wy jesteście te babcie od skarpet - powiedziała. I chyba chciała dodać coś jeszcze, ale nie zdążyła, bo z drzwi wybiegła dziewczynka, może pięcioletnia, w za dużym swetrze i tych naszych czerwonych skarpetach w żółte paski. Podbiegła prosto do Haliny i złapała ją za rękę.
- Babciu, to ty pachniesz ciastem?
Halina kucnęła - nie wiem, jak przy swoich kolanach - i powiedziała tylko: „Tak, kochanie. To ja".
Spędziłyśmy tam cztery godziny. Dzieci pokazywały nam swoje pokoje, rysunki, chomika imieniem Torpedo. Jedliśmy szarlotkę przy długim stole, a Bożena tłumaczyła siedmiolatkowi, jak się liczy do stu na palcach. Celina siedziała w kącie z chłopcem, który nie chciał z nikim rozmawiać, ale pozwolił jej siedzieć obok i cicho robić na drutach. Po godzinie powiedział: „Nauczysz mnie?".
W drodze powrotnej było cicho. Ewa prowadziła, ja siedziałam obok, Lucyna z tyłu trzymała pustą siatkę po czapeczkach. Dopiero pod Warszawą Halina odezwała się z drugiego samochodu przez telefon na głośniku.
- Dziewczyny, Marta napisała. Pytają, czy babcie będą przyjeżdżać.
I to było to zdanie, które zmieniło wszystko. Bo nagle nie chodziło o skarpety. Chodziło o to, czy osiem kobiet po sześćdziesiątce, z własnymi wnukami albo bez, z bolącymi stawami i emeryturami, jest gotowych stać się kimś dla cudzych dzieci. Regularnie. Nie raz, nie dwa - naprawdę.
Bożena powiedziała: „Jedziemy". Lucyna kiwnęła głową. Celina nic nie powiedziała, ale widziałam, że ściska w ręku karteczkę, którą dał jej ten chłopiec. Były na niej dwa patyczaki - duży i mały - trzymające się za ręce.
Ja milczałam. Myślałam o Kasi i Olku, o tej szybie między nami, o tym, że może moje ciepło po prostu szukało kogoś, kto je przyjmie bez emotki serduszko, a obiema rękami. I nie wiedziałam, czy to piękne, czy smutne.
Chyba jedno i drugie.