Mały uwielbia u mnie „prace": podlewanie, porzeczki, kręcenie korbką maszynki. Synowa zgłosiła zastrzeżenie: „to wykorzystywanie dziecka, od bodźców są zajęcia sensoryczne - płatne". W sobotę mały wręczył jej słoik „własnych" porzeczek, dumny jak zawodowiec. Zajęcia sensoryczne u babci: ziemia, porzeczka, duma. Cennik: uśmiech.
Ale zacznę od początku, bo ta historia nie jest taka prosta, jak mogłoby się wydawać. I nie chodzi tylko o porzeczki.
- Mamo, musimy porozmawiać o Kubusiu - powiedziała Patrycja w środę, stojąc w progu mojej kuchni z miną, jakby przyszła zgłosić reklamację. Trzymała telefon w jednej ręce, a w drugiej jakiś wydruk. Kubusiowi było cztery i pół roku, miał kolana permanentnie brudne od trawy i potrafił odróżnić pietruszkę od selera naciowego. Na moje osiedle na Gocławiu przyjeżdżał co drugi weekend, a w wakacje na dwa tygodnie. Dla mnie to był raj. Dla Patrycji - jak się okazało - problem.
Wydruk przedstawiał artykuł z jakiegoś portalu parentingowego. Tytuł brzmiał coś w stylu „Czy dziadkowie mogą szkodzić? Granice w wychowaniu międzypokoleniowym". Przeczytałam pierwszy akapit i odłożyłam kartkę na blat obok cukiernicy.
- Patrycja, herbaty ci zrobię - powiedziałam, bo nauczyłam się przez lata, że jak synowa przynosi wydruki, lepiej najpierw postawić czajnik.
Mam na imię Bożena, sześćdziesiąt dwa lata, trzydzieści osiem przepracowanych w księgowości zakładu wodno-kanalizacyjnego we Wrocławiu. Emerytka od roku. Mąż Tadeusz - dobry człowiek, cichy, od pięciu lat nieobecny, bo rak trzustki nie negocjuje. Syn Marcin, jedynak, trzydzieści cztery lata, programista, ożeniony z Patrycją od sześciu lat. I Kubuś. Moje światełko w tunelu emerytury.
Patrycja usiadła, herbaty nie tknęła i zaczęła mówić. Że Kubuś wraca ode mnie „przeładowany bodźcami". Że jest pobudzony. Że opowiada o kopaniu ziemi i zbieraniu owoców tak, jakby pracował na budowie. Że ona zapisała go na zajęcia sensoryczne - profesjonalne, prowadzone przez terapeutkę, sto dwadzieścia złotych za godzinę - i że tam uczą dziecko obcować z materiałami w „kontrolowanym środowisku".
- A u ciebie - powiedziała, patrząc mi prosto w oczy - on po prostu pracuje. Podlewa, zbiera, kręci tą maszynką. To nie zabawa, mamo. To wykorzystywanie dziecka do prac domowych.
Zrobiło mi się gorąco. Nie od złości - od zaskoczenia. Bo Kubuś u mnie nigdy niczego nie musiał. On chciał. Sam przychodził do kuchni, ciągnął za fartuch i pytał: „Babciu, co dziś robimy?". Sam domagał się konewki. Sam prosił, żeby kręcić korbką maszynki do mielenia mięsa, tej starej, jeszcze po mojej mamie. Ja mu to dawałam, bo widziałam, jak mu oczy świecą.
Ale Patrycja widziała coś innego. Widziała dziecko zmuszane do pracy.
- Nie chcę awantury - dodała szybko. - Marcin się ze mną zgadza. Chcemy po prostu ustalić zasady. Na działce możecie się bawić, ale bez tych „prac". Kubuś ma mieć dzieciństwo, nie obowiązki.
Zadzwoniłam do Marcina tego samego wieczora. Odebrał po czterech sygnałach, co u niego oznaczało, że wiedział, o czym będę mówić.
- Mamo, Patrycja ma trochę racji - powiedział tym swoim dyplomatycznym tonem. - Wiesz, te pokoleniowe wzorce... Ty też pracowałaś u babci na wsi od małego i nie twierdzę, że ci to zaszkodziło, ale teraz podejście jest inne.
- Marcin, ty sam w jego wieku obierałeś ze mną jabłka na szarlotkę.
- No właśnie, mamo. Właśnie o tym mówię.
Rozłączyłam się i przez chwilę siedziałam w ciszy. Zegar tykał. Za oknem osiedle powoli gasło. Pomyślałam o mojej mamie, o babci Stasi, która umarła, kiedy miałam dwanaście lat. O tym, jak uczyła mnie rozpoznawać, czy agrest jest dojrzały, po tym, jak ustępuje pod palcem. Czy to też było wykorzystywanie? Czy te chwile, w których czułam się potrzebna i ważna, były tak naprawdę krzywdą?
Przez dwa tygodnie nie widziałam Kubusia. Patrycja napisała, że mają intensywny grafik - zajęcia sensoryczne we wtorek, rytmika w czwartek, w sobotę urodziny kolegi z przedszkola. Nie naciskałam. Czekałam. Na działce ROD porzeczki dojrzewały same, ja zbierałam je w milczeniu, wrzucałam do miski i myślałam, jak smutno jest zbierać owoce, kiedy nikt nie pyta „a ta już dobra, babciu?".
W piątek wieczorem zadzwonił Marcin. Że mogą podrzucić Kubusia na sobotę, bo Patrycja ma spotkanie służbowe, a on musi jechać do klienta w Opolu. Powiedział to tak, jakby to był pragmatyczny układ, nie wizyta u babci. Ugryzłam się w język i odpowiedziałam tylko: „Przyjedźcie o dziewiątej".
Kubuś wpadł do mieszkania jak burza. Ściągnął buty, rzucił plecaczek i od razu pobiegł na balkon, gdzie trzymam doniczki z ziołami.
- Babciu! Mięta urosła! - krzyknął z takim zachwytem, jakby odkrył Amerykę.
Patrycja stała w drzwiach. Patrzyła na niego. Widziałam, jak zaciska usta, ale nic nie powiedziała. Pożegnała się, pocałowała Kubusia w czubek głowy i wyszła.
Pojechaliśmy na działkę. Nie planowałam żadnych „prac". Naprawdę. Chciałam po prostu posiedzieć z nim na kocu, poczytać książeczkę, może pobawić się piłką. Ale Kubuś zobaczył konewkę i powiedział: „Babciu, kwiatki chcą pić". A potem zobaczył porzeczki i zaczął je odrywać z taką precyzją i powagą, jakby wykonywał operację chirurgiczną.
Nie zabroniłam mu. Nie potrafiłam.
Zbieraliśmy razem może godzinę. Potem umyłam owoce, wsypałam do małego słoiczka po dżemie, takiego z pomarańczową nakrętką, i napisałam flamastrem na naklejce: „Porzeczki Kubusia". On sam poprosił, żebym dorysowała serduszko. Dorysowałam.
Kiedy Patrycja przyjechała po niego wieczorem, Kubuś pobiegł do niej z tym słoikiem, oburącz, tak jak się nosi trofeum. „Mamusiu, to ja zebrałem! Sam! Dla ciebie!" - krzyknął i postawił jej słoik na dłoniach.
Patrycja zamarła. Patrzyła na ten słoik. Na brudne paznokcie syna. Na plamę z trawy na kolanie. A potem na mnie.
Nie powiedziała dziękuję. Nie powiedziała „nie powinnaś". Powiedziała tylko „ładne" - cicho, jakby do siebie - i schowała słoik do torebki. Kubuś promieniał. Ja stałam z boku i nie wiedziałam, czy wygrałam, czy właśnie pogorszyłam sprawę.
Marcin zadzwonił w niedzielę rano. Powiedział, że Kubuś zjadł porzeczki na śniadanie, wszystkie, z jogurtem, i że opowiadał o nich przez pół godziny. Że Patrycja słuchała i milczała. Że potem zamknęła się w łazience na kwadrans.
- Mamo, daj jej czas - powiedział Marcin. - Ona nie chce źle. Ona się po prostu boi, że robi za mało. Że te zajęcia, te metody - że to jest potrzebne, a to, co ty dajesz, jest za proste. Za tanie. Rozumiesz?
Zrozumiałam. A może nie do końca. Bo jak wytłumaczyć komuś, że dziecko nie potrzebuje kontrolowanego środowiska, żeby poczuć ziemię? Że wystarczy działka, krzak i babcia, która ma czas? A może Patrycja ma rację i ja się łudzę? Może romantyzuję coś, co powinno zostać w przeszłości, razem z maszynką do mięsa i babcią Stasią?
Następna sobota jeszcze nie nadeszła. Nie wiem, czy Kubuś przyjedzie. Nie wiem, czy Patrycja powie „dobrze" czy „nie tym razem". Ale słoik po porzeczkach stoi u mnie na parapecie. Pusty, umyty, z naklejką „Porzeczki Kubusia" i serduszkiem.
Czekam.