Od dwudziestu lat lepię na święta pierogi dla całej rodziny - trzysta sztuk, porcje z imionami. Tym razem napisałam: „lepimy razem, sobota, dziesiąta, mąka jest". Przyszła tylko wnuczka. Wieczorem córka: „mamo, a nasze porcje kiedy będą?".
Telefon leżał na blacie obok wałka do ciasta. Przeczytałam tę wiadomość trzy razy, powoli, jakbym składała obce słowa z obcych liter. „Mamo, a nasze porcje kiedy będą?". Z uśmiechem. Z emotką serduszka. I wtedy coś we mnie pękło - nie z hukiem, nie dramatycznie. Cicho, jak pęka nitka w swetrze, który potem się pruł całymi tygodniami.
Wnuczka Hania siedziała jeszcze przy stole, rączki po łokcie w mące, i liczyła na głos pierogi w rzędzie. Dziewięć lat, dwa warkocze, fartuszek z Biedronki przewiązany podwójnie, bo za duży. Jedyna osoba, która tego dnia zadzwoniła do drzwi o dziesiątej zero trzy, zdyszana, z plastikowym pojemnikiem na swoje pierogi.
- Babciu, czemu płaczesz? - zapytała, nie odrywając wzroku od ciasta.
- Od cebuli, Haniu - powiedziałam. I to nawet nie było kłamstwo, bo cebula do farszu z kapustą stała krojona na desce od rana.
Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i mieszkam na trzecim piętrze bloku na Gocławiu. Trzydzieści osiem lat w tym samym mieszkaniu. Trzydzieści sześć lat z Andrzejem, dopóki rak trzustki nie zabrał go cztery lata temu.
Od tamtej pory pierogi lepię sama, ale nigdy nie przestałam. Trzysta sztuk. Czternaście porcji - na Wigilię, na całą rodzinę. Podpisane karteczkami: Kasia, Tomek, Basia, Zosia, Hania, Janek...
Każda porcja inna. Kasia lubi z kapustą i grzybami, ale bez cebuli. Tomek - ruskie, koniecznie z dużą ilością cebulki. Zosia od dwóch lat jest wegetarianką, więc dostaje z szpinakiem i ricottą, choć musiałam się tego ricotta nauczyć z YouTube'a.
Dwadzieścia lat temu zaczęłam tę tradycję, kiedy Andrzej powiedział, że pierogi z mrożonek to nie pierogi. Pierwszego roku zrobiłam sto pięćdziesiąt. Potem doszli zięciowie, synowa, wnuki, siostra Andrzeja z mężem. Trzysta sztuk to dwa dni roboty. Ciasto, farsz, lepienie, gotowanie, zamrażanie, podpisywanie. Dwa dni, w których bolą mnie ręce, plecy, kolana, ale w których czuję, że robię coś, co ma sens.
W tym roku pomyślałam: dosyć. Nie - nie dosyć robienia. Dosyć robienia samej. Więc napisałam w rodzinnej grupie na WhatsAppie, jasno, konkretnie: „Kochani, w tym roku lepimy razem. Sobota, dziesiąta rano, mąka jest. Przynieście fartuszki i dobry humor". Dałam pięć dni wyprzedzenia. Dorzuciłam emotkę z pierogiem, bo Hania mnie tego nauczyła.
Pod wiadomością: cisza. Potem Kasia, moja starsza córka, napisała: „Super pomysł mamo! 👍". Tomek, syn: „Zobaczymy, jak z grafikiem". Basia, młodsza córka: „Dam znać". Zięć Darek nawet nie odczytał.
W piątek wieczorem nikt nie potwierdził. Napisałam jeszcze raz: „Przypominam - jutro o 10:00, czekam na Was!". Kasia odpisała: „Mamo, niestety Zosia ma trening, a ja muszę ją zawieźć". Tomek: „Bożenka, przepraszam, ale Julka zaplanowała nam IKEA". Bożenka. Syn mówi do mnie Bożenka, kiedy chce brzmieć ciepło, a jednocześnie odmawia. Basia nie odpisała wcale.
O dziesiątej rano w sobotę stałam w kuchni z pięcioma miskami, trzema deskami, wałkiem, i połową kilo mąki rozsypanej na stole. Andrzej patrzył na mnie ze zdjęcia na lodówce - tego z działki, w kapeluszu, z pomidorem w ręce. „I co, Andrzej?" - powiedziałam do zdjęcia. Robiłam to czasem. Nie wariacko, nie na głos przy ludziach. Tylko kiedy byłam sama. A sama byłam coraz częściej.
Dzwonek. Hania. Sama, bo Kasia podrzuciła ją pod blok z samochodu i odjechała, machając przez szybę.
- Mama powiedziała, że mam ci pomóc - oznajmiła Hania, wchodząc, i dodała ciszej: - Ale ja chciałam sama przyjść, babciu. Naprawdę.
Lepiłyśmy pięć godzin. Hania robiła małe, krzywe pierożki, które wyglądały jak uszka po kolizji, i śmiałyśmy się z nich obie. Opowiadałam jej, jak dziadek Andrzej pierwszy raz jadł moje pierogi i powiedział, że są „prawie tak dobre jak u jego matki", a ja nie odzywałam się do niego pół dnia. Hania chichotała i pytała, czy dziadek potem przeprosił. Przeprosił. Zawsze przepraszał, choć nie zawsze wiedział za co.
Zrobiłyśmy sto czterdzieści siedem pierogów. Mniej niż połowę normy. Ręce mi się trzęsły bardziej niż rok temu. Hania podpisała karteczki swoim okrągłym pismem - „mama Kasia", „wujek Tomek", „ciocia Basia" - i ułożyła pojemniki w zamrażalniku z powagą chirurga.
Wieczorem, kiedy Hania już poszła, usiadłam z herbatą przy kuchennym stole. Zadzwoniła Basia.
- Mamo, przepraszam, że się nie wyrobiłam. Wiesz, jak jest. Darek miał dyżur, a Janek jest przeziębiony.
- Nic się nie stało - powiedziałam, bo zawsze tak mówiłam.
A potem ta wiadomość od Kasi. „Mamo, a nasze porcje kiedy będą? Bo w tym roku robimy Wigilię u nas, pamiętasz? Przydałoby się do wtorku 😊".
Siedziałam z telefonem w ręku i patrzyłam na ten uśmieszek. Do wtorku. Trzysta sztuk. Sama. Bo tak było wygodnie. Bo mama zrobi, mama zawsze robi, mama jest od tego. A wspólne lepienie? Fajny pomysł, super, kciuk w górę, ale wiesz - grafik, IKEA, trening, przeziębienie.
Pomyślałam o Andrzeju. O tym, jak w ostatnie święta przed chorobą usiadł obok mnie i zaczął nieporadnie sklejać pierogi, chociaż miał ręce mechanika - szerokie, szorstkie, nieprecyzyjne. Połowa jego pierogów się rozkleiła w garnku. Ale siedział. Był.
Chwyciłam telefon. Zaczęłam pisać odpowiedź do Kasi. „Kasiu, porcje będą jak zwykle, nie martw się". Normalny odruch. Dwadzieścia lat tego samego odruchu. Palce same wiedziały, co napisać.
Skasowałam. Napisałam jeszcze raz: „Kasiu, zostało 147 pierogów. Robiłam z Hanią. Reszty w tym roku nie będzie. Przepraszam".
Palec zawisł nad przyciskiem „wyślij". Patrzyłam na ekran tak długo, aż zgasł. Potem znów go włączyłam.
Myślałam o Wigilii. O czternastu pustych miejscach na stole, gdybym się postawiła. O Hani, która przyszła, bo chciała, nie bo musiała. O moich rękach, które za rok może nie dadzą rady zrobić nawet stu. O tym, że może Kasia nie jest zła - może po prostu nie wie, ile to kosztuje. Bo ja nigdy jej nie powiedziałam.
Andrzej patrzył ze zdjęcia na lodówce. W kapeluszu, z pomidorem w ręce.
Nacisnęłam „wyślij". Albo nie nacisnęłam. Tego wam nie powiem. Ale powiem jedno - kiedy Hania wychodziła tego dnia, w progu się odwróciła i powiedziała: „Babciu, w przyszłym roku zróbmy czterysta. Ja już umiem".
I te jej krzywe pierożki w zamrażalniku - jedyne, przy których ktoś przy mnie stał.