Na jasełka w przedszkolu są dwie wejściówki na dziecko. Synowa dała drugą swojej mamie - „przyjedzie specjalnie z Radomia". Ja odbieram Hanię z tego przedszkola codziennie od dwóch lat. Wiem, jak wyglądała w stroju anioła. Szyłam go trzy wieczory.
Trzy wieczory przy maszynie, z igłą w zębach i tiulem na kolanach. Białym, sztywnym, z takimi drobniutkimi gwiazdkami, który znalazłam w Stokrotce na Grójeckiej, bo Hania powiedziała, że chce być „aniołem ze śniegiem na skrzydłach".
Skrzydła robiłam z drutu i rajstop, wyobraźcie sobie. Rajstopy mojej synowej, te białe, które zostawiła u nas na suszarce po basenie. Wyprałam, pociągnęłam na druciane szkielety i obszyłam tym tiulem. O dwudziestej trzeciej kończyłam, Wojtek już spał, a ja jeszcze poprawiałam szwy, żeby nigdzie nie ciągnęło.
I ten strój wyszedł piękny. Naprawdę piękny. Hania przymierzyła go w sobotę i kręciła się przed lustrem w przedpokoju, a ja klęczałam obok i podkładałam szpilki pod dół sukienki, żeby nie deptała. „Babciu, jestem najpiękniejsza?" - zapytała. „Najpiękniejsza na świecie" - powiedziałam i wiedziałam, że to prawda.
A potem, w poniedziałek, Tomek zadzwonił i powiedział, że Agnieszka - moja synowa - bardzo przeprasza, ale druga wejściówka na jasełka jest dla jej mamy.
Ja - Krystyna, sześćdziesiąt trzy lata, emerytowana księgowa z Woli. Odbieram Hanię z przedszkola codziennie od dwóch lat. Codziennie, łącznie z tymi dniami, kiedy pada, kiedy ślisko, kiedy kolano mi puchnie od schodów i tego przejścia podziemnego przy Kasprzaka. Znam panią Ewę z szatni, panią dyrektor, wiem, że Hania je tylko jabłko obrane i pokrojone w plastry, nie w ćwiartki. Wiem, że boi się pająków, ale udaje, że nie. Wiem, że najlepiej bawi się z Zosią, ale tęskni za Olkiem, który przeniósł się do innego przedszkola we wrześniu.
A mama Agnieszki - pani Jadwiga z Radomia - przyjedzie specjalnie. Specjalnie. Jakby to było coś wyjątkowego. Jakby samo dotarcie z Radomia czyniło tę obecność ważniejszą od mojej.
Nie powiedziałam Tomkowi nic. Znaczy - powiedziałam „rozumiem" i odłożyłam słuchawkę. Wojtek patrzył na mnie znad gazety i nawet nie zapytał, co się stało. Znamy się czterdzieści lat, widzi po oczach. Powiedział tylko: „Herbaty ci zrobić?" i wstał z kanapy. Ta herbata z cytryną. Jak zawsze, kiedy coś boli, a nie ma słów.
Przez chwilę próbowałam nie myśleć. Siedziałam w kuchni, piłam tę herbatę i patrzyłam na strój anioła, który wisiał na drzwiach pokoju Hani - tego pokoju, który urządziliśmy, kiedy Tomek z Agnieszką szukali mieszkania i przez osiemnaście miesięcy mieszkali u nas. Wiem, że to normalne. Pomagamy swoim dzieciom, nie liczymy. Nigdy nie liczyłam.
Ale ta wejściówka - to nie jest rachunek. To nie są pieniądze, nie jest to kwestia sprawiedliwości w takim prostym sensie. To jest pytanie, kto jest ważny. Kto zasługuje, żeby siedzieć na tym plastikowym krzesełku w sali przedszkolnej i patrzeć, jak Hania w moim stroju anioła stoi na scenie i mówi swoją jedyną kwestię. „Nie bójcie się, bo oto zwiastuję wam radość wielką." Uczyłyśmy tego razem. Powtarzałyśmy w kuchni, przy obiedzie, w drodze z przedszkola. Hania najpierw mówiła „bójkę się" zamiast „bójcie się" i obie się śmiałyśmy.
Pani Jadwiga tego nie wie. Nie wie, że Hania mówi „bójkę się". Nie wie, jak Hania zasypia - zawsze na lewym boku, z kocem podciągniętym pod nos. Nie wie, bo pani Jadwiga przyjeżdża z Radomia trzy razy w roku: na urodziny Hani, na Wielkanoc i na Wigilię. Przywozi lalkę albo czekoladę. Hania ją kocha, oczywiście. Dzieci kochają łatwo i szczodrze. Ale to ja jestem tą, która klęczy na podłodze i zbiera koraliki, kiedy Hania rozsypie je na dywanie.
W środę, dwa dni po telefonie Tomka, odebrałam Hanię jak zwykle. W szatni wisiała lista z informacjami o jasełkach - data, godzina, „każde dziecko otrzymuje dwie wejściówki dla najbliższej rodziny". Hania ciągnęła mnie za rękę i mówiła: „Babciu, będziesz na mnie patrzeć, prawda? Prawda?" Powiedziałam: „Oczywiście, kochanie." Bo co miałam powiedzieć? Że nie będę? Że babcia z Radomia jest ważniejsza? Nie potrafiłam.
Wieczorem zadzwoniłam do Tomka. Nie do Agnieszki - do syna. Powiedziałam spokojnie, bo Wojtek mnie prosił, żebym nie robiła awantury. Powiedziałam: „Tomek, ja rozumiem, że mama Agnieszki chce przyjechać. Ale Hania myśli, że ja tam będę. Obiecałam jej. Nie chcę kłamać."
Tomek milczał. Znam to milczenie - takie samo miał jako nastolatek, kiedy przynosił uwagę ze szkoły. W końcu powiedział: „Mamo, Agnieszka uważa, że to sprawiedliwe, żeby raz dać szansę jej mamie. Ty Hanię widzisz codziennie."
„Właśnie dlatego" - odpowiedziałam i sama nie wiedziałam, co mam na myśli. Czy to „właśnie dlatego powinnam tam być"? Czy „właśnie dlatego jest mi tak trudno, że się nie liczy"?
Agnieszka nie zadzwoniła. Ani słowa. Żadnego „przepraszam", żadnego „wiem, że to trudne". Cisza. I ta cisza bolała bardziej niż sam fakt wejściówki. Bo wejściówkę mogłabym zrozumieć - w końcu to jej mama, mieszka daleko, rzadko widzi wnuczkę. Ale to milczenie mówiło mi coś innego. Mówiło: „Ty jesteś pod ręką, więc cię nie trzeba doceniać."
W piątek, trzy dni przed jasełkami, Hania w przedszkolu powiedziała pani Ewie z szatni: „Moja babcia Krysia uszyła mi skrzydła." Pani Ewa uśmiechnęła się do mnie porozumiewawczo i powiedziała: „Piękny strój, pani Krystyno, widać rękę fachowca." Skinęłam głową i wyszłam szybko, zanim cokolwiek zdążyłoby wyjść na wierzch.
W niedzielę wieczorem Wojtek powiedział mi coś, co mnie zaskoczyło. Siedział w fotelu, w tym swoim flanelowym szlafroku, i powiedział: „Krystyna, a może po prostu zadzwoń do tej Jadwigi? Pogadajcie jak dwie babki jednej wnuczki, a nie jak dwie strony w sądzie."
Nie zadzwoniłam. Nie dlatego, że nie chciałam - ale dlatego, że nie wiedziałam, co chcę usłyszeć. Przeprosiny? Rezygnację? Że powie „proszę, niech pani idzie zamiast mnie"? Tego nie chciałam. Chciałam, żeby Agnieszka - moja synowa, matka mojej wnuczki - sama zobaczyła, co zrobiła. I powiedziała to na głos.
Jasełka są w czwartek. Dzisiaj jest wtorek. Strój anioła wisi na drzwiach w pokoju Hani, w naszym mieszkaniu na Woli, trzecie piętro, blok z wielkiej płyty. Skrzydła z rajstop i drutu, tiulowa sukienka z gwiazdkami. Hania jutro będzie go przymierzać ostatni raz, bo muszę jeszcze podwinąć rąbek - urosła od soboty, przysięgam, te dzieci rosną z dnia na dzień.
Wojtek mówi, żebym odpuściła. Tomek nie dzwoni. Agnieszka milczy. A ja siedzę z igłą w ręku i nie wiem, czy w czwartek pójdę pod to przedszkole i będę czekać na chodniku, czy zostanę w domu i będę udawać, że mnie to nie obchodzi. Albo może zrobię coś trzeciego - coś, czego jeszcze sama nie wymyśliłam.
Wiem tylko, że skrzydła uszyłam dobrze. Trzymają się mocno.