Rodzina wrzuca zdjęcia do wspólnej aplikacji: chrzciny, wakacje, pierwsze kroki prawnuczki. Mój telefon jest „za stary, apka nie pójdzie", a drukować „nikt już nie drukuje, mamo". Zdjęcia własnej prawnuczki oglądam u Ireny - jej wnuk instaluje jej wszystko. U obcej babci oglądam swoją prawnuczkę.
Irena pokazała mi wczoraj trzy nowe filmiki. Na jednym Hania - moja prawnuczka - stoi przy niskim stoliku i próbuje sama jeść łyżką jogurt. Połowa ląduje na bluzce, połowa na podłodze, a Hania się śmieje tak, że aż trzęsie jej się brzuszek. Patrzyłam na ten ekran i czułam, jak coś mi ściska gardło. Bo Hania ma już czternaście miesięcy, a ja widziałam ją na żywo dokładnie trzy razy.
- Ładna dziewczynka - powiedziała Irena, podając mi herbatę z cytryną. - Podobna do ciebie, Halinko. Takie same oczy.
Pokiwałam głową, bo głos mi uciekł gdzieś za mostek. Irena to dobra kobieta. Mieszka pode mną, na drugim piętrze, od trzydziestu lat. Jej wnuk Damian przychodzi co niedzielę, przynosi ciasto, sprawdza rachunki i instaluje jej na tablecie wszystko, co trzeba. Irena ma osiemdziesiąt dwa lata i ogląda Netflixa. A ja mam siedemdziesiąt osiem i telefon z klapką, bo nowego mi nikt nie kupił.
Nie, to nieprawda. Kupili. Wnuczka Patrycja kupiła mi smartfona na imieniny dwa lata temu. Ładnego, srebrnego, w eleganckim pudełku. Postawiła go na stole, pocałowała mnie w policzek i powiedziała: „Babciu, jak będziesz miała problem, to zadzwoń, pomogę ci przez telefon". Przez telefon. Ja nie wiedziałam, jak go włączyć, a miałam przez telefon się nauczyć go obsługiwać.
Próbowałam. Naprawdę próbowałam. Siedziałam z tym smartfonem do jedenastej w nocy, naciskałam po ekranie, a on albo nie reagował, albo otwierał coś, czego nie chciałam. Raz zadzwoniłam do Patrycji, a ona mnie prowadziła: „Kliknij w ikonkę, tę zieloną, nie, babciu, przesuń palcem w górę, nie w dół...". Po dwudziestu minutach obydwie byłyśmy zmęczone. Patrycja westchnęła i powiedziała: „Babciu, ja jutro mam prezentację, pogadamy w weekend, dobrze?". Weekend nie przyszedł. To znaczy przyszedł, ale bez Patrycji.
Smartfon leży w szufladzie pod szalikami. Rozładowany, pewnie od roku. A tamta aplikacja - „Rodzinne Chwile" czy jakoś tak - działa dalej beze mnie. Syn Zbyszek założył ją, kiedy urodziła się Hania. „Mamo, tu będziemy wrzucać wszystkie zdjęcia, filmiki, będziesz na bieżąco" - tłumaczył mi przez telefon. Przez ten stary telefon z klapką, na którym zdjęcia nie otwierają się wcale.
Powiedziałam mu wtedy, że może by tak wydrukował mi kilka i wysłał pocztą. Albo przywiózł, jak będzie jechał z Wrocławia.
Cisza.
Potem: „Mamo, no kto dzisiaj drukuje zdjęcia? Ja nawet nie mam drukarki. Poproś Patrycję, niech ci pomoże z telefonem".
I koło się zamknęło.
Zbyszek jest dobrym synem. Naprawdę. Dzwoni co tydzień, w niedzielę po obiedzie, regularnie jak zegarek. Pyta, czy wzięłam leki, czy ogrzewanie działa, czy dałam radę dojść do przychodni. Ale Zbyszek mieszka we Wrocławiu od dwudziestu pięciu lat, a jego córka Magda - matka Hani - w Gdańsku. Ja siedzę w Poznaniu, na Ratajach, na czwartym piętrze bez windy. I jestem zdrowa jak na swoje lata, chodzę sama na zakupy, gotuję obiady, sprzątam. Ale jestem za stara na ich świat.
To nie tak, że mnie nie kochają. Kochają. Na Wigilię Zbyszek przyjechał z żoną, Patrycja wpadła na godzinę, była nawet Magda z mężem i z Hanią. Hania miała wtedy dziesięć miesięcy, siedziała mi na kolanach i ciągnęła za korale. Wszyscy robili zdjęcia. „Wrzucam do apki!" - krzyknął Magdy mąż Tomek. Wszyscy się śmiali. Ja też się śmiałam, bo trzymałam prawnuczkę i świat wyglądał tak, jak powinien.
Ale Wigilia trwa jeden wieczór. A potem jest trzysta sześćdziesiąt cztery dni, kiedy Hania rośnie, mówi nowe słowa, je łyżką jogurt, a ja o tym nie wiem. Bo to wszystko jest w aplikacji, do której nie mam dostępu.
Próbowałam raz jeszcze. W lutym zadzwoniłam do Zbyszka i zapytałam wprost: „Synku, czy możesz mi przysłać zdjęcia Hani? Normalnie, w kopercie?". Zbyszek powiedział, że jasne, że oczywiście, że wyśle. Minęły dwa tygodnie. Miesiąc. Zadzwoniłam ponownie. „Mamo, zapomniałem, tyle roboty, wyślę w tym tygodniu". Nie wysłał. Nie dlatego, że mu nie zależy. Po prostu to dla niego abstrakcja - iść do drogerii, wydrukować zdjęcia, kupić kopertę, iść na pocztę. On żyje w świecie, gdzie wszystko jest na ekranie. Koperta to dla niego archeologia.
A ja żyję w świecie, gdzie zdjęcie to coś, co się trzyma w ręku. Coś, co leży w albumie i można je pokazać sąsiadce. Mam pięć albumów na półce w pokoju. Najnowsze zdjęcie w ostatnim albumie to Patrycja na studniówce. Osiem lat temu. Potem - pustka. Jakby rodzina przestała istnieć.
Irena mówi, że powinnam poprosić kogoś z parafii, że jest taki chłopak, Michał, co pomaga seniorom z komputerami. Może i pomaga. Ale mnie nie chodzi o komputer. Mnie chodzi o to, że moja rodzina mogłaby mi te zdjęcia przynieść. Albo przyjechać częściej niż raz na pół roku. Albo usiąść ze mną na te dwadzieścia minut i pokazać mi na swoim telefonie, jak to działa.
Zamiast tego ja, Halina Majewska, emerytowana księgowa, pukam do drzwi Ireny i proszę: „Irenka, pokaż mi, co nowego wrzucili". I Irena pokazuje, bo jej wnuk dodał ją do mojej rodzinnej aplikacji. Obca babcia ma dostęp do moich prawnuków, a ja nie.
Wczoraj wieczorem, po tych filmikach z jogurtem, wróciłam do siebie na górę. Usiadłam w kuchni. Na lodówce wisi jedno zdjęcie Hani, wydrukowane przez Irenę na swoim domowym sprzęcie - dała mi je na Dzień Babci. Jedyne wydrukowane zdjęcie prawnuczki dała mi sąsiadka, nie rodzina.
Wyciągnęłam smartfona z szuflady. Znalazłam ładowarkę. Włączyłam go. Ekran zamigotał, jakby się budził niechętnie, jak ja rano. Długo ładował jakieś aktualizacje. Potem pojawił się główny ekran z ikonkami.
Nie wiem, która to ta „Rodzinne Chwile". Nie wiem, czy jeszcze pamiętam hasło. Ale postanowiłam, że jutro zejdę do Ireny nie po to, żeby oglądać zdjęcia - tylko żeby poprosiła Damiana, tego swojego wnuka, żeby mi pomógł. Obcy chłopak zainstaluje mi rodzinę na telefonie. Tak to teraz wygląda.
A może nie pójdę do Ireny. Może zadzwonię do Zbyszka i powiem mu coś, czego nigdy mu nie powiedziałam: „Synku, jest mi przykro. Nie dlatego, że nie umiem obsłużyć telefonu. Dlatego, że nikt nie chce przy mnie usiąść i mi pokazać".
Smartfon leży na kuchennym stole. Ładuje się. Zielona lampka miga. A ja nie wiem, do kogo jutro najpierw zapukam - do Ireny czy do własnego syna.