Od stycznia zapisuję w zeszycie każdy telefon od córki. Wyszło czternaście rozmów. Jedenaście zaczęła od „mamo, czy mogłabyś". Trzy pozostałe - od „mamo, pożyczysz".
Zeszyt leży w szufladzie pod ścierkami kuchennymi. Zwykły, w kratkę, kupiony za trzy złote w Biedronce. Na pierwszej stronie napisałam datę - szósty stycznia, Trzech Króli. Patrycja zadzwoniła tamtego dnia o wpół do dziewiątej rano. Nie z życzeniami. „Mamo, czy mogłabyś wziąć Zosię na weekend? Bartek ma wyjazd służbowy, a ja muszę dokończyć projekt." Wzięłam. Jak zawsze wzięłam.
Nie wiem, dlaczego zaczęłam to zapisywać. Może dlatego, że na Wigilię Patrycja spóźniła się dwie godziny, zjadła talerz barszczu, sprawdziła telefon jedenaście razy - tak, liczyłam - a wychodząc powiedziała: „Mamo, fajnie było, ale następnym razem zrób mniej potraw, bo i tak nikt tyle nie je." Stałam w drzwiach z reklamówką pełną jedzenia, które jej spakowałam na drogę, i pomyślałam: kiedy ostatnio powiedziała mi coś, co nie było prośbą albo uwagą?
Mam na imię Lucyna, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech jestem na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w fabryce kabli pod Poznaniem. Mąż Wiesław odszedł osiem lat temu - nie umarł, odszedł. Do koleżanki z pracy, młodszej o piętnaście lat. Klasyka. Patrycja miała wtedy dwadzieścia pięć lat, właśnie skończyła studia, właśnie poznała Bartka. Powiedziała mi wtedy: „Mamo, musisz być silna." I od tamtej pory byłam. Tylko że gdzieś po drodze „silna" zamieniło się w „dyspozycyjna".
Patrycja mieszka we Wrocławiu. Ja zostałam w Poznaniu, w naszym starym bloku na Ratajach. Trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na plac zabaw. Po odejściu Wiesława nie chciałam się przeprowadzać. Tu miałam sąsiadki, tu miałam swoje ścieżki do parku, tu znałam panią w warzywniku po imieniu. Tu czułam, że jestem u siebie.
Do Wrocławia mam dwie i pół godziny pociągiem. Jadę regularnie. Czasem co dwa tygodnie, czasem co tydzień. Zależy od potrzeb. Nie moich potrzeb - Patrycji. Bo Zosia choruje, bo Bartek na delegacji, bo remont łazienki i ktoś musi być z dzieckiem, bo Patrycja ma termin w pracy i nie może wziąć wolnego.
Nie narzekam na wnuczkę. Zosia ma pięć lat, pachnie brzoskwiniowym szamponem i mówi do mnie „babciu-kwiatuszku", bo kiedyś przyniosłam jej doniczkową różę. To dla niej wsiadam w ten pociąg. Ale jest coś, co zaczęło mnie gryźć - najpierw cicho, jak mysz za listwą przypodłogową, potem coraz głośniej.
To poczucie, że dla córki jestem funkcją.
W lutym zadzwoniła: „Mamo, czy mogłabyś ugotować Zosi rosół? Bartek ją rozpuścił tymi nugetsami." Ugotowałam. W marcu: „Mamo, pożyczysz tysiąc do końca miesiąca? Bo nam wyszło więcej za prąd." Pożyczyłam. Nie oddała. Nie przypomniałam. W marcu zadzwoniła jeszcze raz: „Mamo, czy mogłabyś przyjechać w piątek zamiast w sobotę? Muszę skoczyć do fryzjera." Przyjechałam w piątek.
Każdą rozmowę zapisywałam. Datę, godzinę, pierwsze zdanie. Po jakimś czasie dodałam kolumnę: „Czy zapytała, jak się czuję". Na czternaście rozmów - ani razu.
Pod koniec marca podjęłam próbę. Nie zadzwoniłam pierwsza, jak to robiłam zwykle w niedzielę wieczorem. Czekałam. Pięć dni ciszy. Szóstego dnia napisała SMS: „Mamo, dasz radę w sobotę? Zosia tęskni." Trzęsły mi się ręce, kiedy odpisywałam „Jasne, kochanie." Bo Zosia tęskni. A Patrycja?
W kwietniu pokazałam zeszyt Krysi, sąsiadce z drugiego piętra. Krysia ma siedemdziesiąt lat, dwóch synów i opinię na każdy temat. Postawiła okulary na nosie, przeczytała, pokiwała głową. „Lucynka" - powiedziała - „twoja córka cię nie kocha mniej. Ona po prostu się przyzwyczaiła, że jesteś jak prąd w gniazdku. Nikt nie dziękuje gniazdku."
Pomyślałam, że to mądre porównanie. I jednocześnie straszne.
Zaczęłam się zastanawiać, czy to moja wina. Może ja ją tak wychowałam. Może za dużo dawałam, za mało wymagałam. Po odejściu Wiesława starałam się być i matką, i ojcem, i siatką bezpieczeństwa. Patrycja nigdy nie musiała prosić dwa razy. Ja uprzedzałam jej potrzeby - przywoziłam sernik, zanim powiedziała, że ma ochotę na słodkie. Gotowałam obiady i zamrażałam w pudełkach, żeby miała na cały tydzień. Prałam firany, których sama bym nie prała u siebie. Może naprawdę stałam się gniazdkiem - takim, które nie ma prawa powiedzieć „mnie też coś boli".
W maju, na Dzień Matki, Patrycja wysłała mi kartkę na WhatsAppie. Taką gotową, z różami i napisem „Kochanej Mamie". Pod spodem dopisała: „Buziaki, Pa!" Nawet nie zadzwoniła. Tego dnia siedziałam na balkonie z herbatą i patrzyłam na dzieci na placu zabaw. Nie płakałam. Już się tego oduczyłam.
Ale następnego dnia zrobiłam coś, czego nie robiłam nigdy.
Kiedy Patrycja zadzwoniła z kolejnym „mamo, czy mogłabyś przyjechać w sobotę, bo mamy z Bartkiem rocznicę i chcielibyśmy wyjść na kolację" - powiedziałam nie.
Cisza. Dosłownie pięć sekund ciszy, które trwały jak godzina.
„Nie?" - powtórzyła, jakby usłyszała obce słowo. „Nie? A czemu?"
„Bo w sobotę wybieram się z Krysią na wycieczkę do Rogalina" - powiedziałam. To była prawda. Krysia zaproponowała tydzień wcześniej, a ja po raz pierwszy pomyślałam: dlaczego nie. „Ale mogę w niedzielę po południu, jeśli chcesz" - dodałam, bo nie umiałam inaczej.
„W niedzielę to już bez sensu" - Patrycja wydawała się bardziej zdziwiona niż zła. „Dobra, coś wymyślimy. Pa, mamo."
Rozłączyła się. Otworzyłam zeszyt i zapisałam: „2 maja, 18:40. Powiedziałam nie. Przeżyłam."
Minął tydzień. Patrycja nie zadzwoniła. Drugi tydzień - cisza. Trzeciego dnia trzeciego tygodnia dostałam SMS od Bartka, co było samo w sobie dziwne, bo Bartek pisał do mnie może dwa razy w życiu. „Pani Lucyno, Patrycja się martwi, ale nie umie powiedzieć. Proszę zadzwonić."
Patrzyłam na ten SMS długo. Martwi się. A więc zauważyła. Potrzebowała trzech tygodni ciszy, żeby zauważyć, że gniazdko milczy.
Mogłam zadzwonić od razu. Kiedyś tak bym zrobiła - rzuciła wszystko, wybrała numer, przeprosiła za coś, za co nie powinnam przepraszać. Ale tego wieczoru zaparzyłam sobie herbatę z cytryną, usiadłam przy kuchennym stole i otworzyłam zeszyt na czystej stronie. Napisałam: „Pytania do Patrycji." Pod spodem, powoli, starannym pismem, wypisałam trzy zdania. Trzy rzeczy, które chciałam jej powiedzieć od miesięcy. Nie wyrzuty, nie pretensje. Po prostu prawdę o tym, co czuję.
Zeszyt nadal leży w szufladzie. Numer Patrycji mam w telefonie na górze listy. Wiem, że zadzwonię. Nie wiem jeszcze, czy przeczytam jej to, co napisałam, czy znowu powiem „jasne, kochanie" i wsiądę w pociąg do Wrocławia z pudełkami rosołu w torbie.
Wiem tylko jedno - na czternaście telefonów, ani w jednym nie usłyszałam: „Mamo, jak się czujesz?" I wiem, że albo jej to powiem, albo pewnego dnia przestanę czekać na te słowa. I nie wiem, co jest gorsze.