Na zjeździe klasowym, pierwszym od pięćdziesięciu lat, Janek wyjął z portfela zdjęcie z naszej studniówki. Nosił je tam całe życie. W czwartek idziemy na kawę do Grand Hotelu. Dzieciom jeszcze nie mówię.
Nie mówię, bo sama jeszcze nie wiem, co im powiedzieć. Że mama - sześćdziesięcioośmioletnia emerytowana nauczycielka chemii z II LO w Sopocie - umawia się na kawę z mężczyzną, którego nie widziała pół wieku? Że ten mężczyzna trzymał jej zdjęcie w portfelu przez pięćdziesiąt lat, między dowodem osobistym a kartą bankową, jak relikwię? Marta by pewnie powiedziała, że to romantyczne. Piotrek przewróciłby oczami. A ja? Ja stałam przed lustrem w łazience i próbowałam sobie przypomnieć, jak wyglądałam na tym zdjęciu.
Zjazd zorganizowała Krysia Walczak, z domu Nowicka, ta sama, która w liceum prowadziła kronikę klasową i zbierała składki na każdy wyjazd. Pięćdziesiąt lat minęło, a Krysia dalej organizowała. Napisała do wszystkich na Facebooku, obdzwoniła tych, którzy Facebooka nie mają, a do trzech osób wysłała listy polecone, bo nikt nie miał ich numeru. Zjazd wypadał w sobotę, w sali restauracyjnej Pod Kasztanami na Dolnym Sopocie. Przyszło dwadzieścia sześć osób z trzydziestu ośmiu żyjących. Dwunastu już nie żyło.
Janka rozpoznałam od razu. To mnie zaskoczyło. Pięćdziesiąt lat zmienia ludzi nie do poznania - Bożena Krawczyk, która w liceum miała talię osy i rudego kucyka, teraz wyglądała jak zupełnie inna kobieta. Ale Janek miał te same oczy. Ciemne, trochę smutne, z tym lekkim przymrużeniem, jakby ciągle coś go bawiło i jednocześnie bolało. Był wyższy, niż pamiętałam. Albo ja się skurczyłam. Włosy siwe, ale gęste. Prosta sylwetka. Garnitur bez krawata, jasna koszula. Stał przy oknie z kieliszkiem wina i rozmawiał z Wojtkiem Dudą, który przyjechał aż z Wrocławia.
Podeszłam. Wojtek objął mnie, poklepał po plecach, powiedział: „Elżbieta, ty się nie starzejesz, cholera". Janek nie powiedział nic. Patrzył. Potem wyciągnął rękę i uścisnął moją dłoń. Ciepła, sucha dłoń.
- Ela - powiedział cicho. - Ela Majewska.
- Teraz Ela Kornicka - poprawiłam odruchowo.
Skinął głową. Wiedział. Pewnie Krysia mu powiedziała. Krysia wszystkim wszystko mówiła.
Siedzieliśmy potem przy jednym stole - ja, Janek, Wojtek, Bożena i Grażyna Pietrzak, która przyjechała z mężem, choć mąż nie był z naszej klasy i cały wieczór wyglądał, jakby wolał być gdzie indziej. Gadaliśmy o dawnych nauczycielach, o tym, kto gdzie wylądował, o chorobach i emeryturach. Zwykłe rozmowy ludzi, którzy mają za sobą więcej niż przed sobą.
A potem, gdy Krysia puściła muzykę i część osób wyszła zatańczyć, Janek wyciągnął portfel. Skórzany, brązowy, wytarty na rogach. Otworzył go powoli, wyjął zdjęcie i położył na stoliku między naszymi kieliszkami.
Czarno-białe, z lekkim żółtawym nalotem. Studniówka, styczeń 1975. Ja w białej sukience, którą mama szyła trzy tygodnie, z kwiatami we włosach. Janek obok, w za dużej marynarce pożyczonej od starszego brata. Oboje uśmiechnięci. Oboje niemądrzy i pewni, że świat jest prosty.
- Noszę je od tamtego roku - powiedział Janek, jakby mówił o czymś zwyczajnym. Jak o paragonie ze sklepu. - Moja żona wiedziała. Pytała raz, kto to. Powiedziałem prawdę.
Milczałam. Co się mówi w takiej chwili? Miałam siedemnaście lat, kiedy to zdjęcie zrobiono. Trzy miesiące później Janek wyjechał z rodzicami do Gdańska, potem do Szczecina. Nie było telefonów komórkowych, nie było internetu. Były listy. Napisałam trzy, on dwa. Potem przestaliśmy. Życie nas wessało - studia, praca, śluby, dzieci, raty, choroby rodziców, pogrzeby rodziców. Stanisław, mój mąż, umarł siedem lat temu na raka trzustki. Trzynaście tygodni od diagnozy do pogrzebu. Janka żona, jak się dowiedziałam, odeszła cztery lata temu. Też rak, ale piersi. Miała na imię Halina.
- Nie musisz nic mówić - powiedział Janek, chowając zdjęcie z powrotem do portfela. - Chciałem, żebyś wiedziała. Tyle.
Ale to nie było tyle. To nigdy nie jest tyle. Kiedy człowiek w wieku sześćdziesięciu ośmiu lat dowiaduje się, że ktoś nosił jej zdjęcie przez pół wieku, to coś się w nim przesuwa. Jakaś ściana, o której istnieniu nie wiedziała, nagle staje się widoczna. I za nią jest pokój, do którego się nie zaglądało.
Wróciliśmy do rozmów grupowych, do toastów i anegdot. Ale kiedy wychodziłam, Janek dogonił mnie na parkingu. Staliśmy między samochodami, w majowym zmierzchu, który pachniał bzem i morzem.
- Może byśmy się spotkali? - zapytał. - Na kawę. W Grand Hotelu. Jeśli chcesz.
Powiedziałam, że chcę. Umówiliśmy się na czwartek. Potem wsiadłam do samochodu, włączyłam silnik i przez pięć minut siedziałam bez ruchu.
Marta dzwoniła w niedzielę. Pytała, jak zjazd. Powiedziałam, że fajnie, że Krysia świetnie zorganizowała, że było dużo ludzi. Nie powiedziałam o Janku. O zdjęciu. O czwartku. Piotrek napisał SMS-a: „Mamo, jak tam? Żyjesz? :)" Odpisałam: „Żyję. Buziaki." Też nic nie powiedziałam.
Bo co mam powiedzieć? Że chcę iść na tę kawę i jednocześnie się boję? Że w nocy nie spałam, bo leżałam i myślałam o tamtym zdjęciu - o tym, jak Janek je wyciągał pewnie setki razy, w różnych miastach, w różnych mieszkaniach, w łóżku obok żony, która wiedziała? Co Halina czuła, patrząc na to zdjęcie? Czy ją to bolało? Czy już się z tym pogodziła? Jak się człowiek godzi z tym, że mąż nosi w portfelu zdjęcie innej kobiety?
Stanisław nie nosił moich zdjęć w portfelu. Nosił zdjęcie dzieci. Był dobrym mężem - spokojnym, solidnym. Dwadzieścia osiem lat razem. Nie powiem o nim złego słowa. Ale czy kiedykolwiek patrzył na moje zdjęcie z takim wyrazem twarzy jak Janek tamtego wieczoru? Nie wiem. Może tak. Może nie widziałam.
Dziś jest wtorek. Czwartek za dwa dni. Wyciągnęłam z szafy beżową sukienkę, tę kupioną w zeszłym roku na komunię wnuczki. Przymierzyłam. Pasuje. Potem odłożyłam i wyciągnęłam zwykłą bluzkę i spodnie. Potem znowu sukienkę. I tak trzy razy.
Na półce w salonie stoi zdjęcie Stanisława. Patrzy na mnie tym swoim spokojnym wzrokiem. Nie wyrzucającym. Nie pytającym. Po prostu spokojnym.
Marta powiedziałaby: „Mamo, idź, zasługujesz na szczęście." Piotrek powiedziałby: „Nie rób nic głupiego." A ja nie wiem, które z nich miałoby rację. Może oboje. Może żadne.
Czwartek. Grand Hotel. Kawa. Janek z portfelem, w którym leży dziewczyna, której już nie ma - bo tamta siedemnastoletnia Ela Majewska w białej sukience to nie ja. Ale może jest. Może gdzieś tam ciągle jest.
Dzieciom jeszcze nie mówię. Może powiem w piątek. A może nigdy. Zależy, co zobaczę w jego oczach przy kawie. I co zobaczę w swoich.