Mieszkania po rodzicach „pilnuje" syn - klucze wziął, „żeby wietrzyć". Wczoraj sąsiadka z tamtej klatki zapytała, czy dużo schodzi mi na sprzątanie po turystach, bo walizki ciągną co piątek. Na drzwiach wisi teraz skrzynka z szyfrem.
Pani Irena stała na klatce schodowej z reklamówką pełną żonkili, które chciała postawić na parapecie u mamy, i patrzyła na tę skrzynkę. Mała, czarna, taka jak w filmach o podróżnikach. Przyłożyła palce do metalowej obudowy. Zimna. Pomyślała, że mama miała tutaj pod wycieraczką klucz zapasowy. Leżał tam dwadzieścia pięć lat, odkąd rodzice się wprowadzili.
- Pani Bożenko - odezwała się, odwracając się do sąsiadki, która właśnie zamykała swoje drzwi naprzeciwko. - Powiedziała pani, że walizki. Co piątek?
- No, co piątek albo sobotę rano. Taki kółkowy łomot po schodach. Myślałam, że pani wie. Że Darek to w pani imieniu, po rodzicach, turystom wynajmuje. Teraz to modne, na te aplikacje.
Bożena mówiła to lekko, bez złośliwości. Jakby pytała o przepis na ciasto. A Grażyna - bo tak naprawdę mam na imię, nie Irena, to mama była Irena - stała z tymi żonkilami i czuła, jak jej robi się gorąco pod kurtką, choć na klatce ciągnęło chłodem.
Darek to mój brat. Jedyny. Starszy o cztery lata, co zawsze dawało mu w rodzinie status tego mądrzejszego, tego, który „ogarnia". Kiedy tata umarł sześć lat temu, a mama trafiła do domu opieki trzy lata później, to Darek powiedział: „Grażyna, ja się zajmę mieszkaniem, ty masz dość na głowie z Bąkiem". Bąk to mój mąż Andrzej, po wylewie, wymagający rehabilitacji i cierpliwości, której nigdy nie mam dość. Zgodziłam się, bo tak było łatwiej. Bo Darek zawsze ogarniał.
Klucze zabrał następnego dnia po tym, jak mama pojechała do ośrodka w Konstancinie. Pamiętam, bo jeszcze pakował jej kapcie i ten różowy szlafrok, który kupiłyśmy razem na bazarze na Bielanach. „Będę wietrzył, pilnował, żeby rury nie zamarzły zimą" - mówił. Przyjeżdżałam tam przez pierwszy rok, ale za każdym razem drzwi były zamknięte na oba zamki, a Darek tłumaczył: „Byłem wczoraj, wszystko w porządku". Przestałam jeździć. Miałam Andrzeja, miałam rehabilitację trzy razy w tygodniu, miałam rachunki za leki, które rosły szybciej niż odsetki na koncie. Mieszkanie rodziców było gdzieś z tyłu głowy - bezpieczne, bo „Darek pilnuje".
Wczoraj pojechałam tam po raz pierwszy od ponad roku. Chciałam postawić żonkile, bo mama zawsze stawiała żonkile na parapecie w kuchni w połowie marca. Tradycja. Głupia może, ale ważna.
I wtedy zobaczyłam skrzynkę na drzwiach.
Zadzwoniłam do Darka z klatki schodowej. Odebrał po pięciu sygnałach.
- Co to jest za skrzynka na drzwiach u mamy?
Cisza. Taka cisza, w której słyszysz, jak ktoś szybko myśli.
- Jaka skrzynka? A, to... to od hydraulika, zostawiam mu klucz, bo wymieniamy zawór.
- Darek, sąsiadka mówi, że co piątek ludzie z walizkami wchodzą do tego mieszkania.
- Bożena? Ta wariatka? Grażyna, ona od lat widzi duchy na klatce. Nie słuchaj jej.
Bożena nie wygląda na wariatkę. Bożena wygląda na kobietę, która dwadzieścia lat mieszka naprzeciwko i ma oczy. Ale nie powiedziałam tego Darkowi. Powiedziałam: „Dobra, pogadamy" - i się rozłączyłam.
Wieczorem, kiedy Andrzej zasnął po lekach, usiadłam z laptopem i wpisałam adres rodziców w wyszukiwarkę jednego z tych portali do krótkoterminowego wynajmu. I znalazłam. „Przytulne mieszkanie w centrum Warszawy, blisko metra, idealne dla par i rodzin". Zdjęcia: kuchnia mamy - ale bez jej firanek, bez obrazka Matki Boskiej nad lodówką, za to z nowymi poduszkami i lampką nocną, której nigdy tam nie było. Łazienka z nowymi ręcznikami w paski. Pokój rodziców - łóżko inne, ale szafa ta sama, ta fornirowa z lat osiemdziesiątych. Cena: dwieście osiemdziesiąt złotych za noc. Recenzje: cztery i osiem gwiazdki, siedemdziesiąt sześć opinii.
Siedemdziesiąt sześć opinii. Pomnożyłam, podzieliłam, oszacowałam. Nawet przy połowicznym obłożeniu - to były tysiące złotych miesięcznie. Od miesięcy. Może od ponad roku.
Zrobiło mi się niedobrze. Nie od kwoty. Od tego, że Darek, mój brat, patrzył mi w oczy przy każdym niedzielnym obiedzie i mówił: „Spokojnie, mieszkanie stoi, czeka". A ja mu wierzyłam, bo to Darek. Bo Darek ogarnia.
Nie spałam do trzeciej w nocy. Przeglądałam te opinie turystów. „Great host, very responsive!" - pisał ktoś z Anglii. „Clean and cozy" - chwaliła Hiszpanka. Na jednym zdjęciu, w tle, zauważyłam maminy firanki - te z koronkową lamówką, które sama szydełkowała. Wyprał je i powiesił z powrotem. Miał na tyle przyzwoitości, żeby zostawić firanki mamy. Albo na tyle sprytu, żeby dodać „charakter" ogłoszeniu.
Rano zadzwoniłam do naszej kuzynki Teresy, prawniczki, jedynej w rodzinie, która skończyła prawo. Teresa powiedziała rzecz, która mnie zamroziła: „Grażyna, mieszkanie jest waszej mamy. Mama żyje. Darek nie ma żadnego prawa nim rozporządzać, a już na pewno nie czerpać z niego zysków. To się może kwalifikować...". Nie dokończyła, bo wiedziała, że słowo „przywłaszczenie" powie za dużo na raz.
Pojechałam do Darka. Mieszka na Pradze, w kamienicy z podwórkiem, w mieszkaniu po teściowej, które remontował etapami od dziesięciu lat. Otworzył w dresie, pachnący kawą. Na twarzy miał ten swój uśmiech - ciepły, braterski, taki sam jak taty.
- Grażyna, zanim zaczniesz - powiedział, zanim zdążyłam usiąść - to ja ci wszystko wytłumaczę.
I tłumaczył. Dwadzieścia minut. Że stojące mieszkanie to marnotrawstwo. Że rachunki za czynsz trzeba płacić. Że on to robi dla nas obojga, „tylko nie chciał cię obciążać, bo ty masz swoje problemy z Andrzejem". Że odkłada pieniądze. Że planował mi powiedzieć. Że to tymczasowe.
- Ile odłożyłeś? - zapytałam.
Znowu ta cisza. Ta, w której ktoś liczy w głowie, ile może powiedzieć.
- Kilka tysięcy jest na koncie, mogę ci pokazać.
- Kilka tysięcy. Darek, tam jest siedemdziesiąt sześć recenzji. Przy dwustu osiemdziesięciu za noc...
- Nie każdy zostawia recenzję - powiedział szybko, i oboje wiedzieliśmy, że właśnie powiedział za dużo.
Siedziałam u niego w kuchni, piłam tę kawę, i patrzyłam na swojego brata. Na człowieka, który nosił mnie na barana, kiedy miałam pięć lat. Który pożyczył mi pieniądze na leki dla Andrzeja, kiedy skończyło się na koncie - a teraz zastanawiałam się, czy pożyczył mi z tego, co zarobił na mieszkaniu naszej mamy.
- Muszę to przemyśleć - powiedziałam i wyszłam.
To było wczoraj. Dzisiaj siedzę przy oknie, patrzę na bloki naprzeciwko i myślę, co zrobić. Mogę powiedzieć mamie - ale mama ma osiemdziesiąt dwa lata i demencję, rozpoznaje mnie co drugi dzień. Mogę iść do prawnika. Mogę zadzwonić do Darka i powiedzieć: „Pół na pół, albo zamykamy". Mogę udać, że nie wiem. Andrzej potrzebuje nowego wózka inwalidzkiego, kosztuje cztery tysiące, NFZ refunduje połowę.
Na stoliku leży kartka, na której zapisałam hasło do skrzynki. Bożena je znała - „bo mi pan Darek dał, jakby było trzeba wejść w razie awarii".
Cztery cyfry. Mam klucz do mieszkania własnej matki, którego nie powinnam potrzebować.
I nie wiem, czy go użyję, żeby wejść - czy żeby zamknąć.