Sąsiad poskarżył się na mój telewizor. Syn od progu: „przyznaj, mamo, że za głośno, wszyscy słyszą". Nikt nie spytał, czemu głośno - słyszę coraz gorzej, a aparat „kupimy po świętach". Ta obietnica ma dwa lata - świąt było już pięć.

Tomek stał w przedpokoju, nawet butów nie zdjął. Za nim na klatce jeszcze pachniało papierosami sąsiada z dołu - pana Wiesława, tego, co to złożył skargę do administracji. Trzymałam w ręku kartkę z pieczątką spółdzielni, taką oficjalną, z numerem sprawy. „Uciążliwe zakłócanie ciszy domowej" - tak napisali o mnie, o Halinie Majewskiej, która przez czterdzieści lat nie miała ani jednego konfliktu z sąsiadami. Która nosiła panu Wiesławowi rosół, kiedy jego żona leżała w szpitalu.

- Mamo, no weź, to nie jest normalne, żeby telewizor było słychać dwa piętra niżej - powiedział Tomek, zdejmując wreszcie kurtkę.

Chciałam mu odpowiedzieć, ale coś mnie ścisnęło w gardle. Bo widzicie, on miał rację. Telewizor grał głośno. Tylko że nikt - ani syn, ani synowa Beata, ani pan Wiesław - nie zadał jednego prostego pytania: dlaczego.

Odpowiedź jest banalna. Głuchnę. Tak po prostu, zwyczajnie, jak to bywa, kiedy ma się sześćdziesiąt cztery lata i całe życie pracowało się w hałasie. Trzydzieści lat na produkcji w fabryce kabli pod Poznaniem. Maszyny wyły tak, że człowiek w przerwie obiadowej krzyczał do koleżanki przez stół. Ochronniki? Były, ale kto je nosił w latach osiemdziesiątych? Nikt nas nie uczył, że to ważne. A potem nagle okazało się, że córka mówi do mnie coś na Wigilii, a ja widzę, jak rusza ustami, i słyszę tylko mruczenie.

Do laryngologa poszłam sama, w styczniu dwa lata temu. Autobus 58 do centrum, potem piętro w górę po schodach w przychodni na Grunwaldzkiej. Doktor - młoda, uprzejma dziewczyna - obejrzała, zrobiła audiogram, pokiwała głową. Niedosłuch odbiorczy, postępujący, obustronny. Potrzebny aparat słuchowy. Najlepiej dwa.

Wróciłam do domu i od razu zadzwoniłam do Tomka. Mieszka na drugim końcu miasta, na Ratajach, z Beatą i dwójką dzieci. Powiedziałam mu, co usłyszałam. Znaczy - co przeczytałam na kartce od lekarki, bo połowę słów przez telefon i tak ledwo rozumiałam.

- Ooo, to trzeba się tym zająć - powiedział. - Pogadam z Beatą, sprawdzę ceny, kupimy ci po świętach.

Po świętach. Wielkanoc była za trzy miesiące. Pomyślałam: dobrze, poczekam. Nie chciałam naciskać. Wiem, że mają kredyt za mieszkanie, że Beata zmieniła pracę, że Kubuś idzie do pierwszej klasy. Ludzie mają swoje sprawy.

Wielkanoc minęła. Potem majówka, potem wakacje. We wrześniu spytałam ostrożnie, przy niedzielnym obiedzie, czy coś się ruszyło z tym aparatem. Tomek spojrzał na Beatę, Beata spojrzała w talerz.

- Mamo, ale to nie jest tanie - zaczął. - Trzeba sprawdzić, czy NFZ coś dołoży. Zajmiemy się tym po świętach, dobrze? Po Bożym Narodzeniu, jak ogarniemy kredyt.

Drugie „po świętach". Skinęłam głową. Co miałam zrobić? Kłócić się? Żebrać?

Mam emeryturę - tysiąc dziewięćset złotych. Po opłatach za mieszkanie, lekach na nadciśnienie i cukrzycę, po rachunkach za prąd i gaz zostaje mi czterysta złotych na miesiąc. Na jedzenie, środki czystości, autobus do lekarza. Aparat kosztuje od dwóch do sześciu tysięcy. NFZ dopłaca, owszem, ale reszta i tak przekracza wszystko, co jestem w stanie odłożyć.

A słyszę coraz gorzej. Budzik musiałam kupić taki, co wibruje pod poduszką - bo zwykłego nie słyszałam. Domofonu nie słyszę wcale. Kiedy przychodzi listonosz z poleconym, puka, a ja nie otwieram, bo nie wiem, że ktoś stoi za drzwiami. Potem znajduję awizo w skrzynce i tłumaczę na poczcie, że „nie było mnie w domu". Było mnie. Zawsze mnie jest. Prawie nigdzie nie wychodzę, bo boję się, że na przejściu nie usłyszę klaksonu.

Telewizor został moim jedynym towarzystwem. Oglądam „Pytanie na śniadanie", „Sanatorium miłości", wieczorem serial albo film. Podkręcam głośność. Podkręcam jeszcze. Słyszę muzykę, ale dialogi się zlewają w jedno dudnienie. Włączam napisy, ale oczami nie nadążam - wzrok też nie ten co kiedyś.

I wtedy przyszła ta kartka ze spółdzielni.

Tomek siadł na kanapie, przetarł twarz dłońmi. Widziałam, że jest zmęczony, że po pracy, że pewnie znowu pół dnia na budowie - pracuje jako elektryk, ciężka robota. Zrobiło mi się go żal. Zawsze mi go żal, odkąd był mały. I zawsze przez to żal milczę, kiedy powinnam mówić.

- Mamo, napiszę do administracji, że się poprawisz. Kup sobie słuchawki takie bezprzewodowe, podłączysz do telewizora - powiedział.

- Tomek - zaczęłam. - Ten aparat słuchowy...

- Wiem, mamo. Zajmę się. Po świętach.

Było to w październiku. Zbliżało się Boże Narodzenie - trzecie „po świętach" z rzędu. Piąte święta od pierwszej obietnicy.

Beata przysłała mi na Dzień Matki bukiet kwiatów z dostawą - ładne, kolorowe, z karteczką „Dla najlepszej mamy!". Pewnie kosztował ze sto złotych. Stałam z tymi kwiatami w kuchni i myślałam, że za dwanaście takich bukietów miałabym aparat. Potem się zawstydziłam, że tak przeliczam kwiaty od synowej.

Córka Kasia dzwoni z Wrocławia raz w tygodniu, ale rozmowa wygląda tak, że ona mówi, a ja odpowiadam na chybił trafił, bo słyszę może co trzecie słowo. Ostatnio powiedziała: „Mamo, ty mnie w ogóle nie słuchasz". Nie powiedziałam jej, że nie słyszę. Nie wiem czemu. Chyba ze wstydu. A może dlatego, że Kasia ma swoje problemy - samodzielnie wychowuje dwunastoletnią Olę, pracuje w bibliotece za najniższą krajową, i ja miałabym ją prosić o pieniądze?

W grudniu Tomek przyjechał z Wigilii z rodziną. Usiedliśmy przy stole, łamaliśmy się opłatkiem. Wnuki coś mówiły, śmiały się - widziałam ich usta, zęby w aparatach ortodontycznych, dołeczki w policzkach. Beata podawała barszcz, Tomek kroił karpia. Byłam w tym wszystkim jak za szybą.

Przy deserze Kubuś powiedział coś do mnie, a ja nie zrozumiałam. Powtórzył. Dalej nic. Spojrzał na ojca z takim zakłopotaniem, jakby pytał: „Co jest z babcią?".

Tomek pochylił się do mojego ucha i powiedział głośno, wyraźnie: „Pyta, czy ci smakuje sernik".

- Smakuje, kochanie - odpowiedziałam Kubusiowi. Uśmiechnęłam się.

A potem poszłam do łazienki i stałam tam trzy minuty, trzymając się umywalki obydwoma rękami. W lustrze zobaczyłam staruszkę, która boi się poprosić własne dzieci o pomoc. Która woli głuchnąć w ciszy niż być ciężarem.

Po świętach - tych piątych - znowu cisza. Styczeń, luty. Tomek nie zadzwonił w sprawie aparatu. Ja nie przypomniałam.

W marcu poszłam na pocztę i wypłaciłam wszystko, co miałam odłożone - osiemset czterdzieści złotych. W domu policzyłam jeszcze drobne z puszki na lodówce. Razem dziewięćset dwadzieścia. Potem usiadłam z kartką i długopisem i zaczęłam liczyć, ile miesięcy muszę odkładać po sto złotych, żeby dopłacić do dofinansowania z NFZ. Wyszło, że zdążę na jesień. Jeśli nic się nie zepsuje. Jeśli nie zachoruję. Jeśli prąd znowu nie podrożeje.

Schowałam pieniądze do koperty i wsunęłam za zdjęcie Tomka i Kasi z komunii, które stoi na komodzie od dwudziestu lat. Potem włączyłam telewizor.

Ściszyłam go do poziomu, przy którym ledwo cokolwiek słyszę.

Siedzę teraz na kanapie, z pilotem w ręku i z napisami na ekranie, których nie nadążam czytać. Na stoliku leży ta kartka ze spółdzielni. Za ścianą pan Wiesław ogląda swój program i słyszę tylko dudnienie - a może to moje własne tętno w uszach.

Zastanawiam się, co by się stało, gdybym wtedy w Wigilię nie poszła do łazienki. Gdybym została przy stole i powiedziała: „Tomku, słyszę coraz mniej i potrzebuję pomocy. Teraz, nie po świętach. Teraz".

Może jutro powiem. A może znowu zrobię się Kubusiowi herbatę, zgaszę światło i pozwolę, żeby kolejne święta przeszły w ciszy. W tej mojej ciszy, której nikt nie słyszy.