Siostra wręczyła mi zapasowy klucz i zaklejoną kopertę: „jakby co - najpierw ty, nie dzieci". Nie pytałam, co w środku; ona mojej koperty też nie otwiera. Dwie siostry, dwa klucze, dwie koperty - tak się teraz pilnujemy. Dzieci myślą, że rywalizujemy o wnuki. Skąd.

Koperta leżała w szufladzie pod rachunkami za prąd, między starym dowodem rejestracyjnym a kartką z numerami do pogotowia i hydraulika. Przez trzy miesiące nawet jej nie dotykałam. Wiedziałam, że tam jest, czułam ją jak gorącą blaszkę na dnie szuflady - ale nie otwierałam. Taki był układ.

Z Teresą dzieli nas pięć lat. Ona starsza, ja młodsza. Ona w Poznaniu, ja we Wrocławiu. Całe życie blisko, choć daleko. Pamiętam, jak w podstawówce pisałyśmy do siebie listy, chociaż mama tłumaczyła, że to idiotyzm, bo za tydzień i tak się zobaczymy na imieninach u cioci Wandy. Ale nam to nie przeszkadzało - Teresa pisała do mnie długie relacje z życia podwórkowego, ja jej rysowałam koty i psy. Sąsiadki mówiły mamie: „Pani Halino, te pani dziewczynki to jak bliźniaczki, mimo tej różnicy". Mama się uśmiechała. Nie mówiła im, że w domu te bliźniaczki potrafią nie odzywać się do siebie przez tydzień, bo jedna wzięła drugiej spinki do włosów.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt jeden lat i od trzydziestu sześciu pracuję jako księgowa - teraz już na pół etatu, bo kolana nie te, oczy nie te, i cierpliwość do faktur już nie ta. Mąż Andrzej odszedł dziesięć lat temu. Nie umarł - odszedł. Do Sylwii z działu kadr, dziesięć lat młodszej, z tatuażem motyla na łopatce. Zostałam z dwoma dorosłymi synami, mieszkaniem na Krzykach i przekonaniem, że gorzej już być nie może. Myliłam się, ale o tym za chwilę.

Teresa miała inaczej. Mąż Ryszard, solidny jak stary dąb na ich działce ROD - kolejarz, trzydzieści pięć lat na kolei, emerytura, ogródek, wnuki co weekend. Dwie córki, obie w Poznaniu, obie zamężne. Idealny układ. Tak to wyglądało z zewnątrz.

Zaczęło się w listopadzie, na cmentarzu. Pojechałam do Poznania na Wszystkich Świętych, bo tam leżą rodzice. Teresa czekała przy grobie z dwoma zniczami i taką miną, jakby sama chciała się położyć obok mamy. Stałyśmy w milczeniu, potem poszłyśmy na herbatę do niej. Ryszard siedział w fotelu przed telewizorem. Normalnie by wstał, podał rękę, zapytał o podróż. Tym razem nawet nie odwrócił głowy.

- On tak teraz ma - powiedziała Teresa w kuchni, nalewając wodę do czajnika. Ręce jej się trzęsły. Łyżeczka stuknęła o blat dwa razy, zanim trafiła do kubka.

- Jak to „tak ma"?

- Nie poznaje mnie co trzeci dzień. Wczoraj spytał, kim jestem i czemu siedzę w jego kuchni.

Usiadłam. Herbata parowała między nami, a Teresa patrzyła w okno z takim spokojem, jakby mówiła o pogodzie. Ale palce wciąż jej drżały.

Alzheimer. Diagnoza sprzed czterech miesięcy. Teresa ukrywała to przed całą rodziną - przede mną, przed córkami, przed sąsiadkami. Przed samą sobą pewnie też. Ryszard miał sześćdziesiąt osiem lat i jeszcze rok temu układał polbruk na podjeździe. Teraz gubił się w drodze z łazienki do sypialni.

- Córki wiedzą? - zapytałam.

- Kasia jest w ósmym miesiącu, Agnieszka właśnie zmieniła pracę. Nie teraz.

- Teresa, ty nie dasz rady sama.

- Daję radę cztery miesiące.

- I wyglądasz, jakby to było czterdzieści lat.

Chciałam to powiedzieć łagodniej, ale nie umiałam. Popatrzyła na mnie i pierwszy raz zobaczyłam, że płacze. Nie tak, jak się płacze na filmach - gwałtownie, z dźwiękiem. Po prostu łzy ciekły jej po policzkach, a twarz się nie zmieniała. Jakby to był odruch, jak mruganie.

Wtedy powstał nasz pakt. Nie od razu - nie tamtego wieczoru. Tamtego wieczoru tylko siedziałyśmy w kuchni, dopóki herbata nie wystygła, a potem piłyśmy zimną, bo żadna nie miała siły wstać i zagrzać nową. Ale w następnych tygodniach, podczas telefonów o dwudziestej drugiej, kiedy Ryszard już spał, zaczęłyśmy rozmawiać o rzeczach, o których nigdy wcześniej nie mówiłyśmy.

O tym, co będzie, kiedy jedna z nas nie da rady. O tym, że dzieci kochają, ale mają swoje życie, swoje kredyty, swoje małżeństwa na krawędzi. Że nie można na nich zrzucać wszystkiego. Że potrzebujemy kogoś, kto w razie czego wejdzie pierwszy - nie z miłości dziecka do rodzica, bo ta miłość jest poplątana winą i oczekiwaniami, ale z miłości siostry do siostry. Równej. Bez hierarchii.

Teresa spisała wszystko. Numer konta, hasła, testament - prawdziwy, u notariusza - pełnomocnictwo, kontakt do lekarza Ryszarda, listę leków, numer polisy. Wszystko włożyła do koperty, zakleiła i dała mi z tym jednym zdaniem: „Jakby co - najpierw ty, nie dzieci".

Ja zrobiłam to samo. Moja koperta pojechała do Poznania. Klucze wymieniliśmy się przy okazji - ja mam klucz do jej mieszkania na Ratajach, ona do mojego na Krzykach. Nikt o tym nie wie.

Mój syn Tomek ostatnio powiedział do Marcina, młodszego: „Mama z ciocią Teresą to się non stop nawzajem podgryzają, widziałeś, jak się kłóciły o to, czyj sernik lepszy na Wigilię?". Marcin się zaśmiał. Nie wiedzą, że kłótnia o sernik to był nasz szyfr - Teresa próbowała mi powiedzieć, że Ryszard znowu trafił na oddział, a ja próbowałam jej odpowiedzieć, że przyjadę w weekend, tylko muszę wymyślić powód, żeby chłopaki nie pytali po co.

Bo dzieci pytają. Dzieci zawsze pytają, a potem martwią się, a potem chcą przejąć kontrolę, a potem się kłócą między sobą o to, kto ma rację. Widziałam to po śmierci mamy. Trzy tygodnie awantur o mieszkanie, o meblościankę, o kryształowy wazon, którego nikt nie chciał, ale wszyscy uważali, że mają do niego prawo. Teresa i ja przysięgłyśmy sobie, że naszym dzieciom tego nie zrobimy.

Ryszardowi jest gorzej. Teresa dzwoni teraz codziennie, nie co drugi dzień. Mówi krótkimi zdaniami - „dziś dobry dzień", „dziś mnie poznał", „dziś nie chciał jeść". Słucham i zapisuję w zeszycie, bo obiecałam, że będę pamiętać za nią, gdyby kiedyś ona też zapomniała. A moje kolana bolą bardziej niż rok temu i budzę się w nocy z uczuciem, jakby ktoś stał za drzwiami.

Czasem myślę o tej kopercie w szufladzie. O tym, co Teresa tam napisała. O tym, czy jest tam coś, czego nie powiedziała mi na głos - jakieś zdanie, jakaś prośba, może przeprosiny za tamte spinkę do włosów sprzed pięćdziesięciu lat. Mogłabym otworzyć. Klej nie jest mocny, dałoby się odkleić i zakleić z powrotem. Nikt by się nie dowiedział.

Ale nie otwieram. Bo dopóki koperta jest zamknięta, znaczy, że jeszcze nie musi być otwarta. Że jeszcze nie jest „jakby co". Że Teresa żyje, Ryszard żyje, ja żyję. Że ten system działa.

Ostatnio Kasia - córka Teresy, ta z dzieckiem - zadzwoniła do mnie. „Ciociu Bożenko, mama dziwnie się zachowuje. Ciągle gdzieś dzwoni, zamyka się w kuchni, chowa papiery. Myślisz, że tata jej coś zrobił? Może ma kogoś?".

Chciałam jej powiedzieć. Przysięgam, że chciałam. Otworzyłam usta i usłyszałam swój głos: „Kasiu, daj spokój, mama zawsze taka była. Pamiętasz, jak chowała prezenty na Gwiazdkę po szafach i potem sama nie mogła ich znaleźć?".

Kasia się roześmiała. Odłożyłam słuchawkę i przez dziesięć minut siedziałam bez ruchu przy kuchennym stole, patrząc na szufladę z kopertą.

Nie wiem, czy robię dobrze. Może dzieci powinny wiedzieć. Może Kasia by pomogła, może Marcin by przyjeżdżał częściej, może Tomek przestałby gadać o serniku, a zaczął pytać o to, co naprawdę ważne. A może by się pokłócili, może by się przestraszyli, może by zabrali Teresie te ostatnie miesiące spokoju, który udaje, że ma.

Dwie siostry, dwa klucze, dwie koperty. Czasem w nocy myślę, że to najlepsza rzecz, jaką w życiu wymyśliłyśmy. A czasem - że to najgorsza.