Akt notarialny mieszkania „przechowuje" syn - „u ciebie zginie, mamo". Przed remontem poprosiłam o zwrot; trzy tygodnie wymówek: „poszukam", „gdzieś jest", „po co ci oryginał". Pojechałam z Renią i czekałyśmy w kuchni, aż się znajdzie. Znalazł się w kwadrans. Leży teraz w skrytce bankowej. Klucz jest jeden i wiem, gdzie.
Renia to moja siostra, starsza o cztery lata. Zawsze mówię, że bez niej bym się nie odważyła. Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się od aktu notarialnego. Zaczęła się od zdania, które Darek powiedział mi osiem lat temu, kiedy umarł mój mąż.
„Mamo, ja się tobą zajmę. Tata by tego chciał."
Stałam wtedy na cmentarzu w Poznaniu, w czarnym płaszczu, który był na mnie za duży, bo schudłam dwanaście kilo w ciągu trzech miesięcy choroby Andrzeja. Darek objął mnie ramieniem i poczułam, że może nie jestem sama. Że mam syna, który rozumie. Miałam wtedy pięćdziesiąt cztery lata, pracowałam jeszcze w księgowości w firmie budowlanej na Jeżycach i myślałam, że jakoś to będzie. I było. Przez jakiś czas.
Darek ma teraz czterdzieści lat. Elektryk, prowadzi własną firmę - trzy osoby, busik, zlecenia po całym mieście. Żona Monika, dwójka dzieci - Olek i Zuzia. Mieszkają na Ratajach, w bloku, ale ładnie urządzonym. Monika jest ambitna, porządna, dom trzyma jak w zegarku. Długo myślałam, że mam szczęście do synowej. Dziś już nie wiem, co myśleć.
Ale wracam do aktu. Po śmierci Andrzeja zostałam z mieszkaniem - trzypokojowe, czterdzieści osiem metrów na Wildzie. Własnościowe, spółdzielcze, akt notarialny przekształceniowy z 2009 roku. Andrzej pilnował takich rzeczy. Teczka w szafie, wszystko opisane. Kiedy przeszłam na emeryturę trzy lata temu, zaczęłam powoli porządkować papiery. I wtedy Darek zaproponował, żebym oddała mu ważne dokumenty na przechowanie.
„Mamo, u ciebie to zginie. Masz tu bałagan, remont będziesz robić, jeszcze coś zapodzieje się. U mnie jest sejf, porządek, wszystko pod kontrolą."
Powiedział to takim tonem, jakby mówił oczywistość. Jakby pomagał. Dałam mu akt notarialny, odpis z księgi wieczystej, polisę ubezpieczeniową. Włożył do teczki, pocałował mnie w czoło i pojechał. Pomyślałam: jaki dobry chłopak.
Renia od razu powiedziała, że to błąd.
„Halina, ty mu dałaś akt mieszkania? Oszalałaś? A jak ci nie odda?"
Powiedziałam jej, że jest paranoiczką. Że to mój syn, nie jakiś obcy. Że ufam mu jak nikomu. Renia pokiwała głową i zmieniła temat, ale widziałam, jak ściska usta. Znałam ten wyraz twarzy - tak wyglądała, kiedy chciała powiedzieć więcej, ale się powstrzymywała.
Minęły trzy lata. Nic się nie działo. To znaczy - działo się, ale nie z dokumentami. Darek przyjeżdżał rzadziej. Z niedzielnych obiadów zrobiły się „wpadnę w tygodniu", potem „zadzwonię wieczorem", potem cisza po kilka dni. Na święta przyjeżdżali, owszem. Wigilia u mnie, ja gotowałam barszcz i uszka, Monika przywoziła sernik. Ale coś się zmieniło. Darek patrzył na moje mieszkanie inaczej. Kiedyś przyłapałam go, jak mierzy wzrokiem ścianę w kuchni i mówi do Moniki półgłosem: „Tu by się dało zrobić aneks".
Myślałam, że mi się wydaje. Że jestem zmęczona, że emerytka zaczyna widzieć duchy.
W lutym tego roku postanowiłam wreszcie zrobić remont łazienki. Kafelki pękały, wanna żółta, rury buczały. Ekipa z polecenia - dwóch panów, uczciwa cena. Potrzebowałam dokumentów do spółdzielni, żeby zgłosić prace. I wtedy uświadomiłam sobie, że nie mam aktu.
Zadzwoniłam do Darka w poniedziałek rano.
„Synku, przywieź mi akt notarialny, potrzebuję do spółdzielni."
„Jasne, mamo, poszukam w weekend."
Weekend minął. Nic. Zadzwoniłam w następny poniedziałek.
„Darek, był weekend."
„Wiem, mamo, ale Olek miał zawody, nie zdążyłem. Gdzieś jest, poszukam."
Trzeci tydzień. Zadzwoniłam w środę, bo nie mogłam spać.
„Darek, potrzebuję tego aktu."
„Mamo, po co ci oryginał? Weź odpis ze spółdzielni, to wystarczy."
Cisza. Poczułam coś w gardle - nie złość jeszcze, ale taki zimny niepokój. Jakby ktoś otworzył okno w pokoju, w którym było ciepło. Powietrze się zmieniło.
Wieczorem zadzwoniłam do Reni.
„Renia, miałaś rację."
„Wiem" - powiedziała. I ani słowa więcej. Tylko: „Kiedy jedziemy?"
Pojechałyśmy w sobotę rano. Nie uprzedzałam. Renia zawiozła mnie swoim Citroenem, tym starym, co dymi na światłach, ale jedzie. Stanęłyśmy pod blokiem na Ratajach o dziewiątej. Zadzwoniłam domofonem. Monika otworzyła, zaskoczona.
„O, dzień dobry, nie wiedzieliśmy, że pani przyjedzie..."
„Przyjechałam po dokumenty" - powiedziałam spokojnie. Renia stała za mną i nic nie mówiła. Nie musiała. Wystarczyło, że była.
Darek wyszedł z pokoju w dresie, zaspany. Zobaczył Renię i coś w jego twarzy drgnęło. Nie gniew - bardziej zakłopotanie. Jakby dziecko przyłapane na kłamstwie.
„Mamo, mogłaś zadzwonić..."
„Dzwoniłam. Trzy tygodnie."
Usiadłyśmy z Renią w kuchni. Monika zaparzyła herbatę - to jej oddaję, zachowała się normalnie. Czekałyśmy. Słyszałam, jak Darek szuka czegoś w pokoju. Szuflady, szafa, szelest papierów. Po kwadransie wrócił z teczką. Brązową, tą samą, którą zabrał trzy lata temu.
„Proszę, mamo. Wszystko jest."
Sprawdziłam przy kuchennym stole. Akt notarialny, odpis z księgi, polisa. Schowałam do torebki. Ręce mi nie drżały - o to się martwiłam najbardziej, ale były spokojne.
„Dziękuję, synku" - powiedziałam.
Darek stał w drzwiach kuchni i patrzył to na mnie, to na Renię. Monika wycierała blat, który był czysty. Nikt nie powiedział tego, co wisiało w powietrzu. Nikt nie zapytał: dlaczego trzy tygodnie? Dlaczego musiałam przyjeżdżać osobiście? Dlaczego „po co ci oryginał"?
W aucie Renia zapaliła papierosa - jedynego w tym miesiącu, jak twierdziła - i powiedziała:
„Halina, idź do banku. Dzisiaj."
Poszłam. Skrytka bankowa kosztuje sto osiemdziesiąt złotych rocznie. Włożyłam teczkę, zamknęłam, klucz schowałam w miejscu, które znam tylko ja. Renia wie, że takie miejsce istnieje, ale nie wie gdzie. Tak się umówiłyśmy.
Minął miesiąc. Darek dzwoni jak zwykle - raz w tygodniu, krótko. „Cześć, mamo, co słychać, zdrowa jesteś, to dobrze, buziaki." Nie rozmawialiśmy o tamtej sobocie. Nie rozmawialiśmy o tym, dlaczego nie chciał oddać dokumentu do własnego mieszkania swojej matki. Nie rozmawialiśmy o niczym, co ma znaczenie.
Wieczorami siedzę w kuchni na Wildzie, piję herbatę z cytryną i patrzę na ścianę, którą Darek chciał przerobić na aneks. Remont łazienki ruszył, kafelki nowe, ładne, piaskowe. Ekipa mówi, że za dwa tygodnie skończą. Życie wygląda normalnie.
Ale ja leżę w nocy i myślę. Nie o dokumentach - te są bezpieczne. Myślę o tym, że mój syn patrzył mi w oczy i mówił „poszukam", wiedząc dokładnie, gdzie leży ta teczka. Że znalazł ją w kwadrans, kiedy przyjechałam z siostrą, ale nie mógł jej znaleźć przez trzy tygodnie, kiedy dzwoniłam sama. I myślę o tym, czego nigdy nie powiem głośno, bo nie chcę znać odpowiedzi: czy Darek chciał mnie z tego mieszkania powoli wykurzyć, czy to Monika, czy oboje, czy może naprawdę tylko zapomniał i jestem niesprawiedliwa.
Klucz do skrytki leży tam, gdzie leży. Klucz do mojego syna - chyba gdzieś zgubiłam.