Przy niedzieli synowa rzuciła: „a po co pani przestawiała lampkę przy łóżeczku?". Byłam u nich z małą sama. Czyli kamera. Nikt nie uprzedził. Teraz karmię, czytam i śpiewam twarzą do obiektywu, a wychodząc - macham. Podobno zasięgi mam lepsze niż niejedna niania. Występuję chętnie. Za występy gościnne bywają stawki.

Ale po kolei. Bo żeby zrozumieć, dlaczego sześćdziesięcioletnia emerytowana księgowa z Wrocławia macha do kamery w pokoju własnej wnuczki, trzeba cofnąć się do tamtej niedzieli. Do momentu, kiedy Patrycja - żona mojego Tomka - powiedziała to zdanie o lampce, a ja poczułam, jak mi się robi gorąco od szyi w górę.

Siedzieliśmy przy stole. Tomek, Patrycja, ja i mój mąż Ryszard. Mała Hania spała w pokoju obok. Był rosół, były kotlety, był kompot z jabłek, bo Patrycja zawsze robi kompot, kiedy my przyjeżdżamy. Atmosfera normalna, niedzielna. Ryszard opowiadał o działce, o tym, że grusza w tym roku obficie kwitnie. I wtedy Patrycja odłożyła łyżkę i powiedziała to. Lekko, jakby od niechcenia.

- A po co pani przestawiała lampkę przy łóżeczku?

Zamarłam. Bo lampkę przestawiałam dwa dni wcześniej, w czwartek. Byłam u nich sama z Hanią. Tomek w pracy, Patrycja na wizycie kontrolnej u lekarza. Przestawiłam lampkę, bo świeciła małej prosto w oczy, kiedy ją kładłam do snu. Normalna rzecz. Babcina rzecz. Ale Patrycja nie było wtedy w domu.

Spojrzałam na Tomka. Tomek patrzył w talerz.

- Skąd wiesz, że przestawiałam lampkę? - zapytałam, choć już wiedziałam.

- Jest kamera - powiedziała Patrycja. - Elektroniczna niania z podglądem na telefon. Standardowa rzecz, wszyscy teraz mają.

Standardowa rzecz. Wszyscy mają. Tyle że nikt mi o niej nie powiedział. Pilnowałam Hani cztery razy w ciągu ostatnich dwóch miesięcy. Karmiłam ją, przewijałam, śpiewałam jej „Był sobie król" fałszując okrutnie na trzeciej zwrotce. Rozmawiałam do niej, jak to babcie robią - „ale jesteś śliczna, ale masz małe paznokietki, o jaki ładny uśmiech". Robiłam to wszystko, a ktoś patrzył.

- Tomek, ty wiedziałeś? - zapytałam.

Syn odchrząknął.

- Mamo, to naprawdę nic takiego. To dla bezpieczeństwa Hani. Gdyby się zakrztusiła, gdyby coś...

- Gdybym sobie nie poradziła - dokończyłam za niego.

- Nie to miałem na myśli.

Ryszard pod stołem ścisnął moją dłoń. Taki nasz stary sygnał: „nie teraz, nie tutaj". Więc nie kontynuowałam. Dojedliśmy obiad. Patrycja podała sernik. Zjadłam kawałek, choć przechodziło mi przez gardło jak tektura.

W drodze do domu nie odzywałam się przez całą A4. Ryszard też milczał. Dopiero na parkingu pod blokiem, kiedy wyłączył silnik, powiedział:

- Może faktycznie wszyscy teraz tak mają.

- Ryszard - powiedziałam - czy jak ciebie nagrywają, to ci mówią, że cię nagrywają. W sklepie, w banku, u lekarza. Wszędzie wisi kartka.

- To co innego.

- Nie. To dokładnie to samo.

Przez tydzień nie dzwoniłam. Tomek napisał SMS-a w środę: „Mamo, wszystko ok?". Odpisałam: „Wszystko ok". I tyle. Żadnych wykrzykników, żadnego serduszka, które zawsze dodawałam. Niech pomyśli.

W sobotę zadzwoniła Patrycja. Pierwszy raz od miesięcy dzwoniła sama, nie przez Tomka. Głos miała niepewny, inny niż zwykle. Patrycja zazwyczaj mówi, jakby prowadziła zebranie - konkretnie, rzeczowo, z punktami. Teraz się jąkała.

- Pani Bożeno... Przepraszam, że nie powiedziałam o kamerze wcześniej. Powinnam była.

Cisza. Czekałam.

- Ja... ja nie dlatego ją założyłam, że pani nie ufam. Ja nikomu nie ufam. Ani mamie, ani koleżance, ani nawet Tomkowi, kiedy zostaje sam. Ja po prostu... muszę widzieć. Muszę wiedzieć, że Hania oddycha, że leży jak trzeba, że nikt nie... Pani pewnie myśli, że jestem nienormalna.

Nie myślałam, że jest nienormalna. Pomyślałam o sobie trzydzieści lat temu, kiedy Tomek miał trzy miesiące i zostawiałam go z teściową. Wracałam z pracy w księgowości i sprawdzałam, czy śpi na plecach, tak jak prosiłam. Teściowa kładła go na brzuch, bo „tak się robiło i wyrośliście". Nie miałam kamery, więc kładłam mu na materacyku jedną z moich broszek - malutką, niewidoczną prawie - a wieczorem sprawdzałam, czy jest na swoim miejscu. Jeśli nie było - znaczyło, że Tomka obracano.

Czy to było normalne? Nie wiem. Ale pamiętam ten lęk. Pamiętam to uczucie, że twoje dziecko jest u kogoś i nie wiesz, co się dzieje. Nawet jeśli ten ktoś to dobra kobieta. Nawet jeśli to babcia.

- Patrycja - powiedziałam - ja rozumiem. Ale następnym razem powiedz mi, dobrze? Żebym wiedziała.

Następnym razem powiedziała. Przyjechałam w czwartek, Hania wesoła, dwuzębna, pachnąca kremem bambino. Patrycja w przedpokoju wskazała dyskretnie na małe białe urządzenie na półce.

- Jest włączona - powiedziała.

- Dobrze - odpowiedziałam.

I weszłam do pokoju Hani. Wzięłam ją na ręce. Spojrzałam prosto w kamerę i powiedziałam:

- Dzień dobry, tu babcia Bożena. Dzisiejszy program: kaszka, „Kaczka Dziwaczka" i dwa kółka z wózkiem po osiedlu. Za chwilę wracamy z prognozą pogody.

Wieczorem Patrycja przysłała mi SMS-a: „Tomek się popłakał ze śmiechu". I emotkę z serduszkiem.

Od tamtego dnia mam swój rytuał. Wchodzę, macham do kamery. Wychodzę - macham. Między jednym a drugim machnięciem karmię, czytam, śpiewam, gadam do Hani nonsensami. Patrycja mówi, że ogląda nagrania wieczorami, kiedy tęskni za małą w pracy. Mówi, że pokazała jedno koleżankom i wszystkie chciały taką teściową. „Pani Bożeno, pani ma lepsze zasięgi niż połowa niań w internecie".

Śmieję się. Gram swoją rolę. Gram ją dobrze, bo kocham Hanię, a kamera mi nie przeszkadza. Nauczyłam się.

Ale czasem, wieczorami, kiedy siedzę z Ryszardem na kanapie i on ogląda swoje programy o przyrodzie, a ja piję herbatę z cytryną - myślę o tamtej broszce. O tym, jak podkładałam ją na materacyk mojego syna, żeby sprawdzić, czy teściowa robi to, o co ją prosiłam. I myślę o tym, że nigdy jej o tej broszce nie powiedziałam. Zmarła dwanaście lat temu, nie wiedząc.

Może powinnam była powiedzieć.

Może nie ma między kamerą a broszką żadnej różnicy - tylko technologia się zmieniła, a lęk został ten sam. A może różnica jest. Bo Patrycja mi powiedziała. W końcu - ale powiedziała. A ja swojej teściowej nie powiedziałam nigdy.

Macham do kamery i uśmiecham się. A w głowie mam pytanie, na które nie znam odpowiedzi: czy gdybym wtedy miała kamerę zamiast broszki - moja teściowa też by machała? Czy po prostu przestałaby przyjeżdżać?