Odmówiłam jednego popołudnia - miałam bilety z Ireną. Przez tydzień wnuki były „zajęte", telefon odbierała cisza. Staś szepnął potem w słuchawkę: „mama mówi, że jak babcia nie ma dla nas czasu, to my nie mamy dla babci". Powiedziałam synowej spokojnie: miłość, w której dzieci są kartą przetargową, przegrywa zawsze. I wszystkich. W czwartek czekam jak zwykle. Drzwi się u mnie nie obrażają.

Ten telefon od Stasia trwał może czterdzieści sekund. Czterdzieści sekund, w których sześcioletni chłopiec powtórzył coś, czego sam nie rozumiał, a ja zrozumiałam aż za dobrze. Odłożyłam słuchawkę, usiadłam przy stole i patrzyłam na swoje dłonie. Dłonie, które kąpały te wnuki, szyły im stroje na jasełka, lepiły pierogi w sobotnie popołudnia. Dopiero po kwadransie zauważyłam, że herbata stygnie i kapie z łyżeczki na obrus.

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt cztery lata i od trzech lat jestem na emeryturze po czterdziestu latach w księgowości. Mieszkam sama na Bielanach, w bloku z wielkiej płyty, trzecie piętro, winda co drugi dzień nie działa. Mąż, Andrzej, odszedł osiem lat temu - nie od kobiety, od raka trzustki. Zostałam z dwojgiem dorosłych dzieci. Córka Magda wyjechała do Gdańska, dzwoni regularnie, przyjeżdża na święta. Syn Tomek mieszka dwadzieścia minut autobusem, z żoną Patrycją i dwójką dzieci - Stasiem i Olą.

Przez lata byłam babcią na każde zawołanie. Środy i piątki - moje dyżury. Zabieram ze szkoły, odrabiam lekcje, gotuję obiad, czekam, aż Patrycja albo Tomek wpadną po siódmej. Nie narzekałam. Kochałam to. Kocham to nadal. Ale w kwietniu Irena - moja przyjaciółka jeszcze z technikum - kupiła nam bilety do Teatru Polskiego. Na czwartek, na szesnastą trzydzieści. Zadzwoniłam do Patrycji trzy dni wcześniej.

- Patrycja, w ten czwartek nie dam rady odebrać dzieci. Mam bilety do teatru, z Ireną.

Cisza. Potem krótkie: - Dobrze, jakoś się zorganizujemy.

Jakoś. To słowo powinno mnie zaalarmować. Ale nie zaalarmowało, bo miałam sześćdziesiąt cztery lata i myślałam, że „jakoś" znaczy po prostu „jakoś".

Spektakl był piękny. Irena płakała w drugim akcie, ja śmiałam się w trzecim, potem jadłyśmy szarlotkę w kawiarni na Nowym Świecie i gadałyśmy do dziewiątej wieczorem. Wracałam do domu lekka. Dawno się tak nie czułam.

W piątek rano napisałam do Patrycji: „Cześć, dziś odbieram jak zwykle? Buziaki dla dzieci." Niebieskie ptaszki. Żadnej odpowiedzi. Zadzwoniłam po południu. Nie odebrała. Wieczorem wybrałam numer Tomka.

- Cześć, synku, co z jutrzejszymi planami?

- Mamo, wiesz… dzieci jutro mają urodziny u kolegi. A w niedzielę jedziemy do rodziców Patrycji.

- Dobrze - powiedziałam. - To w środę jak zwykle?

- Zobaczymy, mamo. Patrycja mówi, że chce pozmieniać grafik.

Grafik. Jakby moje wnuki były spotkaniami w kalendarzu, które można przesunąć albo skasować. Nie dopytywałam. Nie chciałam być tą teściową, która ciągnie za rękaw i wymusza obecność.

Minął tydzień. Potem drugi. SMS-y bez odpowiedzi. Telefon Patrycji - prosto na pocztę głosową. Tomek odbierał, ale mówił krótko: „Dużo pracy, mamo", „Dzieci się uczą", „Patrycja trochę zmęczona". Czułam, że coś się zamknęło. Jak drzwi na łańcuch - niby uchylone, ale nie wejdziesz.

A potem zadzwonił Staś.

Było to w środowy wieczór. Rozpoznałam numer Tomka, ale w słuchawce sapał mój wnuk. Pewnie wziął telefon taty, kiedy nikt nie patrzył. Sześciolatki tak mają - robią rzeczy, które dorośli by się nie odważyli.

- Babciu?

- Stasiu, kochanie. Jak tam w szkole?

- Babciu, dlaczego nie przychodzisz?

Przełknęłam ślinę. - Babcia chciała przyjść, skarbie. Babcia dzwoniła.

I wtedy to usłyszałam. Szeptem, jakby chował się pod kołdrą: „Mama mówi, że jak babcia nie ma dla nas czasu, to my nie mamy dla babci."

W tle trzasnęły drzwi. Głos Patrycji: „Staś, komu dzwonisz? Daj telefon!" I połączenie się urwało.

Siedziałam bardzo długo. Za oknem osiedle tonęło w majowym zmierzchu, ktoś na dole grillował i zapach węgla wchodził przez uchylone okno. Myślałam o Andrzeju. Co by zrobił? Pewnie pojechałby tam natychmiast, stanął w drzwiach i powiedział sytuacji prosto w oczy. Ale Andrzej nie był dyplomatą. Ja jestem księgową. Księgowe liczą. Liczą konsekwencje.

Następnego dnia zadzwoniłam do Tomka. Nie do Patrycji - do Tomka. Bo to mój syn. Bo to on powinien był zadzwonić pierwszy.

- Tomek, muszę ci powiedzieć jedno. Kocham twoje dzieci. Kocham je tak, że mogłabym zrezygnować z każdego teatru, każdej kawy, każdego wieczoru z Ireną. Ale nie zamierzam. Nie dlatego, że wnuki są mniej ważne. Dlatego, że jeśli rezygnuję ze wszystkiego, to pewnego dnia nie będę miała czym kochać. Bo będę pusta.

Tomek milczał. Potem cicho: - Wiem, mamo.

- Więc powiedz swojej żonie, że miłość, w której dzieci są kartą przetargową, przegrywa zawsze. I wszystkich.

Kolejna cisza. Dłuższa. - Patrycja… ona nie chciała źle. Po prostu… jej matka zawsze była na każde skinienie. I ona myśli, że tak powinno być.

- Rozumiem. Ale ja nie jestem jej matka. Jestem twoja. I nie jestem na każde skinienie - jestem z miłości. To różnica, Tomek.

Nie wiem, co powiedział Patrycji. Nie pytałam. Nie podsłuchiwałam. Nie dzwoniłam codziennie, żeby sprawdzać, czy lodowa ściana już puściła. Żyłam. Poszłam z Ireną na wystawę w Zachęcie. Posadziłam pelargonie na balkonie. Gotowałam rosół w niedzielę - porcję na cztery talerze, z nadzieją.

W środę przyszła wiadomość od Patrycji. Pierwsza od trzech tygodni. „Przepraszam, że się tak pokomplikowało. Czy w czwartek mogłaby Pani odebrać dzieci?"

„Pani." Po pięciu latach mówienia mi po imieniu - znowu „Pani". To małe słowo, ale uderzyło mnie jak kamyk w szybę. Nie rozbiło, ale rysa została.

Odpisałam: „Oczywiście. W czwartek czekam jak zwykle."

I czekam. Stoję teraz przy oknie, patrzę na parking, bo za chwilę powinien podjechać Tomek z dziećmi. Pelargonie pachną na balkonie, rosół stygnie na kuchence, a na stole leżą kredki i blok rysunkowy, które kupiłam wczoraj w Empiku.

Nie wiem, czy Patrycja naprawdę zrozumiała. Nie wiem, czy za miesiąc, kiedy znowu odmówię - bo odmówię, bo Irena ma urodziny i idziemy na kolację - nie zacznie się to samo. Nie wiem, czy Staś jeszcze kiedyś usłyszy, że babcia „nie ma dla niego czasu", i czy pewnego dnia w to uwierzy.

Wiem tylko jedno. Drzwi się u mnie nie obrażają. Są otwarte zawsze. Ale ja - ja mam prawo wyjść przez nie sama, kiedy chcę.

Właśnie widzę, jak na parking skręca srebrne kombi. Staś macha ręką przez szybę. Ola trzyma pluszowego misia. Patrycja siedzi z przodu i patrzy prosto przed siebie.

Idę otworzyć.