Zamrażarkę trzymam pełną „na wszelki wypadek": pierogi, bigos, rosół w pudełkach - zapas na pooperacyjne tygodnie. Po każdej wizycie dzieci ubywa: „wzięliśmy trochę, mamo, i tak ci się zepsuje". W czwartek przed zabiegiem otworzyłam: trzy pudełka z czternastu. Zapas się nie zepsuł. Rozjechał się.

Stałam nad tą zamrażarką i liczyłam jeszcze raz, jakby od liczenia mogło przybyć pudełek. Trzy. Dwa z pierogami, jedno z bigosem. Rosołu - ani kropli. A miałam go cztery porcje w litrowych pojemnikach, każdy podpisany markerem: „rosół - marzec", „rosół - kwiecień". Zamknęłam klapę, usiadłam na taborecie i pomyślałam: kiedy?

Kiedy rozjechało się jedenaście pudełek? I dlaczego nikt nie pomyślał, że ja będę ich potrzebować?

Nazywam się Bożena. Mam sześćdziesiąt dwa lata, od trzydziestu pracuję w księgowości w hurtowni materiałów budowlanych na Woli, choć od stycznia jestem na zwolnieniu. Rak piersi, drugi stopień. Operacja wyznaczona na poniedziałek. Lekarze mówili, że rokowania dobre, ale ja i tak od jesieni gotowałam. Gotowałam tak, jak moja matka kiedyś zbierała słoiki - z lęku, że zabraknie. Że będę leżeć po zabiegu i nie dam rady stanąć przy kuchni. Że dzieci przyjdą, a ja nie będę miała czym ich nakarmić. Że ten dom, bez jedzenia na stole, przestanie być domem.

Mam dwoje dzieci. Marcin - trzydzieści osiem lat, inżynier, mieszka z żoną Patrycją na Bemowie. Kasia - trzydzieści cztery, nauczycielka w podstawówce, z mężem Tomkiem na Pradze. Oboje mają klucze do mojego mieszkania. Oboje wpadają, kiedy im pasuje - zwykle w niedzielę, czasem w tygodniu po drodze z pracy. I oboje, jak się okazało, wpadali też wtedy, kiedy mnie nie było.

To nie jest tak, że się domyślałam od razu. W styczniu, kiedy zaczęłam zapełniać zamrażarkę na poważnie, robiłam inwentarz. Marker, kartka na lodówce: co włożone, kiedy, ile porcji. Śmiałam się sama z siebie - księgowa to księgowa, nawet pierogi musi zewidencjonować. Ale dzięki temu wiedziałam, co mam. Czternaście pudełek na koniec marca. Czternaście porcji, które miały mi starczyć na dwa, może trzy tygodnie rekonwalescencji.

Marcin wpadł w ostatnią niedzielę marca. Ja akurat wracałam z kościoła. Zastałam go w kuchni z kubkiem mojej kawy.

- Mamo, wziąłem ci trochę tych pierogów z zamrażarki, bo Patrycja nie zdążyła ugotować obiadu, a teściowa przyjeżdża. I tak ci się zepsuje tyle jedzenia.

- Przecież ci mówiłam, na co to trzymam - powiedziałam, ale nie ostro, bo nie chciałam się kłócić przed operacją. Marcin machnął ręką.

- Mamo, ugotujemy ci świeże. Będziemy przychodzić codziennie.

Codziennie. To słowo powtarzało się jak refren. Kasia mówiła to samo tydzień wcześniej, kiedy zabrała bigos. „Mamo, po operacji będę u ciebie codziennie, nie musisz się martwić". Tomek, jej mąż, pokiwał głową. Pokiwał tak, jak mężczyźni kiwają, kiedy chcą, żeby temat się skończył.

Przez następne tygodnie byłam dwa razy na badaniach przedoperacyjnych, raz u onkologa, dwa razy w przychodni po skierowania. Za każdym razem wracałam zmęczona, nie zaglądałam do zamrażarki. Po co? Wiedziałam, co tam jest. Policzone, podpisane, ułożone.

A potem przyszedł czwartek. Dzień przed wyjazdem do szpitala. Pakowałam torbę - piżamę, kapcie, kubek, dokumenty - i pomyślałam, że sprawdzę, czy na pewno wszystko gotowe na powrót. Otworzyłam klapę i zobaczyłam pustkę.

Nie całkowitą pustkę. Trzy pudełka. Dwa z pierogami z kapustą i grzybami, jedno z bigosem. Z czternastu.

Zadzwoniłam do Kasi. Odebrała po piątym sygnale, w tle było słychać telewizor i głos Tomka.

- Kasiu, byłaś u mnie w tym tygodniu?

- Tak, mamo, w środę po pracy. Wzięłam trochę rosółku, bo Tomek był przeziębiony. I pierogi, bo nie miałam co dać dzieciom na kolację. Ale i tak ci się zepsuje, mamo, naprawdę trzymasz za dużo.

Milczałam. Kasia dodała szybko:

- Mamo, nie martw się. Po operacji ugotujemy ci coś. Obiecuję.

Obiecuję. Drugie słowo-refren. Ugotujemy. Będziemy przychodzić. Codziennie. Te obietnice brzmiały jak te podpisy markerem na pudełkach - konkretnie, czytelnie, z datą. Tylko że pudełka znikły, a obietnice jeszcze nie miały okazji się sprawdzić. I właśnie to mnie najbardziej bolało.

Bo ja znałam swoje dzieci. Kochałam je bezwarunkowo, ale znałam. Marcin obiecywał, że pomoże mi pomalować mieszkanie - trzy lata temu. Ściany dalej w kolorze łososiowym z 2008 roku. Kasia obiecywała, że będzie dzwonić codziennie, kiedy dostałam diagnozę - dzwoniła przez tydzień, potem co trzy dni, potem kiedy pamiętała.

Nie byli źli ludzie. Byli zajęci. Mieli swoje życia, swoje zmęczenie, swoje rachunki i swoje przeziębionego Tomka, i swoją teściową Patrycji, którą trzeba nakarmić pierogami. Moimi pierogami.

Usiadłam wtedy na tym taborecie w kuchni i zrozumiałam jedną rzecz. Nie chodziło o pierogi. Nie chodziło nawet o zamrażarkę. Chodziło o to, że przygotowywałam się na operację jak na wojnę - okop po okopie, pudełko po pudełku - a moje dzieci traktowały ten zapas jak spiżarnię, z której można brać, bo mama i tak uzupełni. Bo mama zawsze uzupełnia.

I może właśnie to chciałam usłyszeć: „Mamo, nie gotuj. My ugotujemy dla ciebie". Nie po operacji. Nie kiedyś. Teraz. W tych tygodniach, kiedy stałam nad garami z bólem w piersi i strachem w głowie, zanim jeszcze wjechałam na salę operacyjną. Ale tego zdania nikt nie powiedział.

W piątek rano zadzwonił Marcin. Wesoły, energiczny.

- Mamo, o której cię zawiozę do szpitala?

- O dwunastej - odpowiedziałam. - I Marcin... nie bierzcie więcej nic z zamrażarki. To co zostało, jest na mój powrót.

Cisza. Krótka, ale wyraźna.

- Mamo, o czym ty mówisz? Przecież to drobiazg. Ugotujemy ci po zabiegu tyle, ile będziesz chciała.

- Zobaczymy - powiedziałam.

I to jest chyba jedyne słowo, w które teraz wierzę. Zobaczymy. Bo obietnice nic nie kosztują, a pudełek w zamrażarce nie da się obiecać z powrotem.

Za dwie godziny jadę do szpitala. Torba spakowana, dokumenty na komodzie, klucze zostawiam pod wycieraczką - jak zawsze. Zamrażarka zamknięta. Trzy pudełka, podpisane moim markerem, czekają.

Tylko nie wiem, na kogo bardziej czekają - na mnie czy na następną wizytę dzieci.