Wnuczka zrobiła mi „niespodziankę": profil na portalu randkowym dla seniorów - zdjęcie z imienin, opis „wesoła wdówka pozna towarzysza". Dowiedziałam się od pana Edmunda z chóru, który „odpisał na moje zaproszenie". Profil skasowałyśmy w pięć minut. Panu Edmundowi nalałam kawy - skoro już przyszedł.

To znaczy - tak to wyglądało z zewnątrz. Pięć minut, kawa, koniec historii. Ale prawda jest taka, że ta historia wcale się wtedy nie skończyła. Właściwie dopiero się zaczęła.

Edmund stał w moich drzwiach w piątkowe przedpołudnie, w koszuli zapiętej pod szyję, z bukiecikiem bratków owiniętych w gazetę. Wyglądał, jakby szedł na pierwszą komunię, tyle że miał sześćdziesiąt osiem lat i łysinę. Znałam go od trzech lat - śpiewaliśmy razem w chórze przy kościele Świętego Krzyża na Żoliborzu. Bas-baryton, zawsze stał w drugim rzędzie, zawsze nieco z boku. Grzeczny, cichy, po żonie. A tu proszę - stoi z kwiatami i mówi: „Pani Halinko, przyszedłem, bo napisała pani, że szuka towarzysza. Pomyślałem, że mogę się nadać."

Musiałam wyglądać jak ktoś, komu właśnie oznajmiono, że wygrał w Lotto. Otwarte usta, ręka na klamce, kompletna pustka w głowie. A potem - złość. Bo zrozumiałam, co się stało. Ola. Moja dwudziestoletnia wnuczka, studentka informatyki, dziewczyna, która uważa, że każdy problem da się rozwiązać aplikacją.

Wpuściłam Edmunda do środka, bo co miałam zrobić? Zostawić człowieka na klatce schodowej? Posadziłam go w kuchni, nastawiłam kawę w tym starym ekspresie ciśnieniowym, który Zbyszek kupił jeszcze w dziewięćdziesiątym ósmym roku, i zadzwoniłam do Oli.

- Babciu, nie gniewaj się - powiedziała takim tonem, jakby rozlała sok na dywan, a nie wystawiła mnie na portal randkowy. - Ty zawsze mówisz, że jest ci smutno. Że dom pusty. Że rozmawiasz z kwiatami na parapecie.

- Bo rozmawiam z kwiatami, Olu. To nie znaczy, że chcę mężczyznę z internetu!

- To nie jest „mężczyzna z internetu". To portal dla seniorów, bardzo kulturalny, same opinie pozytywne. Babciu, ja chciałam dobrze.

Skasowałyśmy profil - Ola zdalnie, przez jakiś tam swój dostęp. Pięć minut. Tyle wystarczyło, żeby usunąć „wesołą wdówkę". Ale Edmund siedział już przy moim stole i mieszał łyżeczką cukier w filiżance po Zbyszku, tej z napisem „Najlepszy dziadek na świecie", i pytał, czy te bratki wstawić do wody.

Zbyszek odszedł cztery lata temu. Rak trzustki, bardzo szybko. W marcu dostał diagnozę, w sierpniu go nie było. Czterdzieści jeden lat małżeństwa i nagle - cisza. Dom na Żoliborzu, pięćdziesiąt sześć metrów w bloku z wielkiej płyty, trzecie piętro, winda co drugi dzień nie działa. Córka Marta w Krakowie, syn Piotr w Gdańsku. Wnucząt troje, ale to Ola odwiedzała mnie najczęściej, bo studiuje w Warszawie i mieszka na Bielanach, dwadzieścia minut autobusem.

Przez pierwszy rok po śmierci Zbyszka robiłam to, co robią wszystkie wdowy, które znam - chodziłam na cmentarz, gotowałam za dużo zupy dla jednej osoby i odmierzałam czas między wizytami dzieci. Potem zapisałam się do chóru, bo koleżanka Krysia powiedziała, że śpiewanie pomaga na bezsenność. Nie pomogło na bezsenność, ale poznałam ludzi. W tym Edmunda, który stał w drugim rzędzie i nigdy nie mówił za dużo.

A teraz siedział w mojej kuchni i opowiadał, że jego żona Irena umarła sześć lat temu, że córka namawia go na przeprowadzkę do Lublina, ale on nie chce zostawiać mieszkania i chóru, i że kiedy zobaczył moje zdjęcie na tym portalu, to pomyślał, że może los daje mu znak. Mówił to spokojnie, bez nachalności, patrząc w filiżankę. Bratki stały w słoiku na parapecie obok moich fiołków.

- Panie Edmundzie - powiedziałam - ja tego profilu nie zakładałam. To wnuczka.

- Domyśliłem się - odpowiedział. - To zdjęcie z imienin, prawda? Stała pani przy stole z szarlotką. Wyglądała pani na... radosną.

Pamiętałam to zdjęcie. Ola je zrobiła w styczniu, na moich imieninach. Stałam przy stole, trochę zarumieniona od kuchni, z nożem do ciasta w ręce. Zwykłe zdjęcie. „Wesoła wdówka." Boże drogi.

Edmund wypił kawę, zjadł kawałek sernika, podziękowałam mu za bratki i odprowadził się sam do drzwi. W progu odwrócił się i powiedział: „Pani Halinko, gdyby pani kiedyś chciała po próbie chóru pójść na spacer - to ja chętnie."

Zamknęłam drzwi i usiadłam na taborecie w przedpokoju. Serce mi waliło. Nie z zakochania - z czegoś innego. Z przerażenia, chyba. Bo przez chwilę, kiedy tak siedział i mieszał tę kawę, pomyślałam sobie, że to jest miłe. Że ktoś siada w mojej kuchni i nie jest to lekarz, listonosz ani wnuczka z praniem do pralki. Że ktoś przychodzi, bo chce.

Zadzwoniłam do Marty tego samego wieczoru. Córka zareagowała tak, jak się spodziewałam.

- Mamo, Ola zwariowała. Pogadam z nią.

- Nie, nie gadaj z nią. Ja już z nią gadałam.

- To o co chodzi? Czemu dzwonisz?

Cisza. Nie wiedziałam, czemu dzwonię. A raczej - wiedziałam, ale nie umiałam tego powiedzieć. Bo co miałam powiedzieć? „Córko, przyszedł mężczyzna z bratkami i mi się spodobało"? W wieku sześćdziesięciu sześciu lat? Cztery lata po ojcu?

- Mamo? Jesteś tam?

- Jestem. Nic się nie stało. Zadzwoniłam, bo... dawno nie rozmawiałyśmy.

Marta nie uwierzyła, ale odpuściła. Ma swoje problemy - dwoje dzieci w szkole, mąż na kontrakcie w Niemczech, pełny etat w aptece. Nie ma czasu badać, czemu matka dzwoni o dziewiątej wieczorem bez powodu.

W następny wtorek poszłam na próbę chóru. Edmund stał w drugim rzędzie, jak zawsze. Nie podszedł, nie nalegał, tylko na koniec, kiedy zbieraliśmy nuty, powiedział cicho: „Dobry wieczór, pani Halinko." I tyle.

Wracałam do domu piechotą, chociaż normalnie jeżdżę autobusem. Było ciepło jak na kwiecień, kwitły kasztany na Mickiewicza. Myślałam o Zbyszku. O tym, jak by zareagował. Pewnie powiedziałby: „Halina, nie wymyślaj", bo tak mówił na wszystko, co go niepokoiło. Ale Zbyszka nie ma. I nie będzie. A ja stoję na chodniku i zastanawiam się, czy w przyszły wtorek po próbie zaproponować Edmundowi spacer, czy poczekać, aż on zaproponuje jeszcze raz.

Ola napisała mi SMS-a przed snem: „Babciu, przepraszam za portal. Ale ten pan Edmund to fajny, bo przyszedł z kwiatami, a nie ze zdjęciem rybki."

Nie odpisałam. Zgasiłam lampkę, położyłam się na swojej stronie łóżka - bo wciąż sypiam po lewej, choć prawa jest pusta od czterech lat - i patrzyłam w sufit. Na parapecie w kuchni bratki od Edmunda stały obok fiołków, które podlewam co drugi dzień. Pomyślałam, że bratki też trzeba będzie podlewać. Że to dodatkowy obowiązek. Albo dodatkowy powód, żeby rano wstać.

Do tej pory nie wiem, co z tym zrobić. Wiem tylko, że w przyszły wtorek po próbie nie wyjdę tylnymi drzwiami, jak czasem robię, kiedy nie chcę z nikim rozmawiać. Wyjdę głównymi. A co będzie dalej - to się okaże.