W sobotę synowa zawiozła mnie do galerii „na darmowe badania dla seniorów - zdrowie przede wszystkim!". Badanie trwało dwadzieścia minut; trzy godziny przesiedziałam przy fontannie, pilnując ich kurtek i toreb. Na kolejną sobotę „znowu badania". Odmówiłam: zdrowie zbadane, kurtek niech pilnuje szatnia.
Agnieszka - bo tak ma na imię moja synowa - nie krzyknęła, nie tupnęła nogą. Zrobiła coś gorszego. Uśmiechnęła się tym swoim uprzejmym uśmiechem, który zawsze oznacza, że wieczorem mój syn Tomek dostanie na głowie. I rzeczywiście. W niedzielę Tomek zadzwonił.
- Mamo, Agnieszka mówi, że ją obraziłaś.
- Czym? Tym, że nie chcę siedzieć trzy godziny przy fontannie?
- Ale ona chciała dobrze. Zawiozła cię na te badania.
- Synu, badanie trwało dwadzieścia minut. Ciśnienie, cukier, cholesterol. A potem trzy godziny pilnowałam jej zakupów jak szatniarka.
Cisza. Tomek milczy, bo wie. Wie, że mam rację, ale nie powie tego głośno, bo potem Agnieszka nie odezwie się do niego przez dwa dni. Znam ten schemat. Funkcjonuje od czternastu lat, od kiedy się pobrali.
Mam sześćdziesiąt trzy lata, od dwóch jestem na emeryturze - pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, trzydzieści jeden lat w tym samym budynku. Mieszkam sama, bo Henryk, mój mąż, odszedł osiem lat temu. Nie umarł - odszedł. Do koleżanki z pracy. Teraz mieszka w Radomiu, czasem dzwoni na imieniny. Nie żałuję, ale samotność potrafi być ciężka. Szczególnie w soboty.
Właśnie dlatego, kiedy Agnieszka zaproponowała te „badania dla seniorów", ucieszyłam się. Naprawdę. Pomyślałam: synowa chce ze mną spędzić czas, może pójdziemy potem na kawę, pogadamy. Od kiedy urodził się Kubuś - mój wnuk, teraz pięcioletni - Agnieszka prawie ze mną nie rozmawia. Znaczy rozmawia, ale tak: „Dzień dobry, proszę, herbata, dziękuję, do widzenia". Jak z panią na poczcie.
Tamta pierwsza sobota zaczęła się obiecująco. Agnieszka podjechała pod blok o dziesiątej, Kubuś machał mi przez szybę. Wsiadłam, pojechaliśmy do tej nowej galerii za obwodnicą. Agnieszka zaparkowała, wzięła Kubusia za rękę i powiedziała: „Mamo, tam na parterze jest stoisko z badaniami, niech mama pójdzie, ja tylko wskoczę na chwilę do Zary, Kubuś potrzebuje spodnie".
Poszłam na te badania. Miła pani zmierzyła ciśnienie, pobrała krew z palca, porozmawialiśmy o diecie. Dwadzieścia minut. Stanęłam przy fontannie i zadzwoniłam do Agnieszki.
- Jeszcze chwilkę, mamo, kolejka jest straszna!
Chwilka trwała godzinę. Potem drugą. Kubuś się marudził, więc Agnieszka dała mi go pod opiekę i zniknęła w Reserved, potem w Mohito, potem w drogerii, w której spędziła czterdzieści minut przy kremach do twarzy. Siedziałam na ławce przy fontannie z Kubusiem na kolanach, a obok mnie rosła sterta kurtek, toreb i reklamówek.
Nie powiedziałam wtedy nic. Bo może przesadzam? Może synowa naprawdę chciała dobrze? Może te spodnie dla Kubusia rzeczywiście były pilne?
Ale w następną sobotę Agnieszka znowu zadzwoniła z tym samym tekstem: „Mamo, darmowe badania, zdrowie przede wszystkim!". I wtedy coś we mnie pękło. Cicho, bez huku, jak nitka w swetrze. Bo ja zrozumiałam, o co chodzi. Nie o moje zdrowie. O darmową opiekunkę do dziecka i szatnię na kurtki.
Powiedziałam: „Dziękuję, nie pojadę. Zdrowie mam zbadane, a kurtek niech pilnuje szatnia".
Agnieszka się roześmiała, takim wymuszonym śmiechem. „Mamo, ale ja się o mamę martwię!". Jasne. Martwi się tak bardzo, że przez ostatnie trzy miesiące nie zadzwoniła ani razu zapytać, jak się czuję. Za to regularnie, co drugi weekend, potrzebuje żebym wzięła Kubusia, bo „muszą z Tomkiem wyskoczyć".
Nie chcę być niesprawiedliwa. Agnieszka nie jest złą osobą. Ma trzydzieści osiem lat, pracuje w firmie logistycznej na pełny etat, wstaje o piątej, wraca o piątej. Kubuś jest wymagającym dzieckiem. Tomek - mój syn, którego kocham, ale prawda jest prawdą - nie jest specjalnie pomocny w domu. Siada przed komputerem i „pracuje", choć ja widzę, że ogląda mecze. Agnieszka jest zmęczona. Rozumiem to.
Ale czy ja jestem mniej zmęczona? Sześćdziesiąt trzy lata, bolące kolana, ciśnienie, które skacze jak szalone, i samotność, która wieczorami jest gorsza niż jakikolwiek ból. Kiedy dzwoni telefon, serce mi przyspiesza - ktoś o mnie pamięta. A potem słyszę: „Mamo, mogłaby mama wziąć Kubusia w sobotę?". Nie: jak się czujesz, mamo. Nie: może wpadniemy z obiadem. Tylko: weź dziecko, pośledź, popilnuj.
Kocham Kubusia. To cudowny chłopak, ma oczy po Tomku i upór po mnie. Bawię się z nim, czytam mu bajki, lepię z plasteliny dinozaury. Ale chciałabym, żeby ktoś mnie odwiedził nie dlatego, że potrzebuje pomocy. Tylko dlatego, że chce mnie zobaczyć.
Po mojej odmowie nastał tydzień ciszy. Tomek nie dzwonił. Agnieszka nie dzwoniła. Kubuś oczywiście nie dzwoni, bo ma pięć lat. W środę nie wytrzymałam i sama zadzwoniłam do syna.
- Jak tam u was?
- Dobrze - burknął Tomek. - Agnieszka mówi, że mama nas nie potrzebuje.
Zamknęłam oczy. Oparłam się o ścianę w przedpokoju, tę pod lustrem, w którym Henryk poprawiał krawat, zanim wyszedł do tej swojej koleżanki. I pomyślałam: dlaczego tak jest, że kiedy kobieta mówi „nie", to od razu znaczy, że nie kocha?
- Tomku - powiedziałam spokojnie. - Ja was potrzebuję. Bardzo. Ale nie chcę być waszą szatnią.
Znowu cisza. Słyszałam w tle, jak Kubuś śpiewa piosenkę z bajki o psie. I serce mi się krajało, bo tęskniłam za nim tak, że mogłabym wsiadać w ten autobus i jechać przez pół Warszawy, byle go zobaczyć.
- Mamo, to może wpadnij do nas w niedzielę na obiad - powiedział Tomek wreszcie. Cicho, niepewnie, jakby sam nie wiedział, czy Agnieszka mu na to pozwoli.
- Chętnie - odpowiedziałam. - Ugotuję rosół, jeśli chcecie.
W niedzielę pojechałam. Z rosołem w garnku, owiniętym w koc, żeby nie wystygł w autobusie. Agnieszka otworzyła drzwi i uśmiechnęła się. Nie tym uprzejmym uśmiechem. Innym - krótszym, bardziej zmęczonym, ale chyba prawdziwym. „Dziękuję, mamo" - powiedziała, zabierając garnek. Kubuś rzucił mi się na szyję.
Jedliśmy rosół, Tomek opowiadał o remoncie łazienki, Agnieszka narzekała na szefa. Normalny niedzielny obiad. Przy deserze - sernik kupiony w Biedronce, ale smaczny - Agnieszka powiedziała: „Mamo, przepraszam za te badania. To był głupi pomysł".
Pokiwałam głową. Nie powiedziałam „nic się nie stało", bo to nieprawda. Coś się stało. Powiedziałam: „Dobrze, że rozmawiamy".
Wracałam autobusem. Za oknem ciemniało. Myślałam o tym, że za tydzień znowu będzie sobota. I nie wiem, czy cokolwiek się zmieni. Może Agnieszka znów zadzwoni z jakimś pretekstem. Może Tomek znów milknie, kiedy powinien mówić. A może ja sama za bardzo się boję powiedzieć wprost: jestem samotna, potrzebuję was nie jako niania, ale jako matka.
Garnek po rosole został u nich. Muszę po niego przyjechać. A może niech sami go przywieźą.