Nowy piec gazowy ma aplikację - zainstalował ją sobie syn: „będę ci sterował ekonomicznie, mamo". Ekonomicznie wyszło dziewiętnaście stopni w styczniu i „ciepło na weekend, jak przyjeżdżamy". Serwisant przy przeglądzie pokazał mi tryb ręczny i pokrętło. Kręcę. Aplikacja pokazuje synowi błąd. Błąd nazywa się: mama.

Telefon zadzwonił jedenaście minut po tym, jak przekręciłam pokrętło. Jedenaście minut - liczyłam, bo stałam w przedpokoju i patrzyłam na termostat, jak rośnie: dwadzieścia, dwadzieścia jeden, dwadzieścia dwa. Każdy stopień był jak mała rewolucja. Na wyświetlaczu telefonu: „Grzegorz syn".

- Mamo, co ty robisz z piecem?

- Ogrzewam się, synku.

- Ale ja widzę w aplikacji, że ktoś przestawił na tryb ręczny. Coś się zepsuło?

- Nie. Ja przestawiłam.

Cisza. Taka cisza, jakby połączenie się zerwało, ale nie zerwało się, bo słyszałam w tle Basię, synową, jak mówiła coś do dzieci. Potem Grzegorz odchrząknął.

- Mamo, ale ja ci to ustawiłem optymalnie. Dziewiętnaście stopni w dzień, kiedy jesteś sama, to jest norma energetyczna. Wiesz, ile kosztuje teraz gaz?

Wiem, ile kosztuje gaz. Wiem też, ile kosztuje siedzenie w swetrze, szlafroku i wełnianych skarpetkach we własnym mieszkaniu, w którym mieszkam od trzydziestu czterech lat. Wiem, ile kosztuje bolący kręgosłup, który sztywnieje na zimnie. I wiem, ile kosztuje koc elektryczny, który Grzegorz kazał mi kupić, żebym „nie musiała grzać całego mieszkania dla jednej osoby".

Mam na imię Krystyna, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzech lat jestem wdową. Mąż Henryk zmarł na raka trzustki - szybko, w cztery miesiące. Mieszkanie na Bielanach zostało mi po nim, razem z meblościanką, którą chciał wymienić od lat, i nowym piecem gazowym, który zdążył jeszcze zamontować na miesiąc przed diagnozą. Jakby przeczuwał, że muszę mieć ciepło, kiedy go zabraknie.

Grzegorz jest moim jedynym synem. Ma czterdzieści lat, pracuje jako informatyk w dużej firmie w Poznaniu. Żona Basia, dwoje dzieci - Zuzia i Kacper. Przyjeżdżają do Warszawy mniej więcej raz w miesiącu, na weekend. Czasem rzadziej. Grzegorz mówi, że częściej nie mogą, bo Zuzia ma zajęcia, Kacper ma treningi, Basia ma projekty. Ja mam mieszkanie, które czeka.

Kiedy Henryk żył, Grzegorz dzwonił raz w tygodniu, w niedzielę. Teraz dzwoni częściej, ale inaczej. Nie pyta, jak się czuję. Pyta, czy zapłaciłam rachunek za gaz. Czy wymieniłam filtr w piecu. Czy zamknęłam okno w kuchni na noc, bo widzi w aplikacji, że temperatura spadła. Monitoruje mnie jak instalację.

Zaczęło się niewinnie. W październiku Grzegorz przyjechał na weekend i powiedział, że piec ma funkcję zdalnego sterowania. Pokazał mi coś na telefonie - wykresy, temperatury, harmonogramy. Pokiwałam głową, bo nie chciałam wypaść na starą kobietę, która nie rozumie technologii. „Będę ci sterował ekonomicznie, mamo" - powiedział z taką dumą, jakby właśnie rozwiązał problem energetyczny Europy.

W listopadzie było jeszcze znośnie. Dwadzieścia stopni w dzień, osiemnaście w nocy. Chodziłam w swetrze, ale nie marzłam. W grudniu Grzegorz obniżył o stopień - „bo zima łagodna, nie ma sensu przegrzewać". A potem nadszedł styczeń.

Dziewiętnaście stopni. Wiecie, co to jest dziewiętnaście stopni w bloku z wielkiej płyty, kiedy za oknem minus piętnaście? To jest siedzenie pod kocem. To jest herbata, która stygnie po pięciu minutach. To są dłonie, które nie mogą utrzymać książki, bo palce drętwieja. To jest budzenie się w nocy, bo stopy są jak lód, mimo dwóch par skarpet.

Ale w piątek, kiedy Grzegorz z rodziną jechał na weekend, temperatura magicznie rosła do dwudziestu dwóch. Piec grzał od czwartku wieczór. Mieszkanie robiło się ciepłe i przytulne na ich przyjazd. Zuzia biegała boso po panelach. Basia mówiła: „Ale u ciebie przyjemnie, mamo". A ja się uśmiechałam, bo co miałam powiedzieć? Że od poniedziałku do czwartku żyję w chłodni?

Próbowałam raz powiedzieć. W styczniu, kiedy Grzegorz zadzwonił w środę, a ja miałam sześć stopni na zewnątrz i katar od tygodnia.

- Synku, mogłoby być trochę cieplej? Marzną mi nogi.

- Mamo, kup sobie kapcie na futrze. Albo ten koc elektryczny, o którym mówiłem. Wiesz, że każdy stopień więcej to kilkadziesiąt złotych miesięcznie? Muszę ci pilnować budżetu, bo tata już nie pilnuje.

Muszę ci pilnować budżetu. To zdanie wbiło mi się pod żebra. Jakbym była dzieckiem, któremu trzeba kontrolować kieszonkowe. Jakby emerytura, którą dostaję z ZUS-u i po Henryku, nie wystarczała na ogrzanie pięćdziesięciu sześciu metrów kwadratowych. Jakbym nie przepracowała trzydziestu ośmiu lat w bibliotece szkolnej, żeby teraz ktoś decydował, czy mogę mieć dwadzieścia dwa stopnie w salonie.

Nie powiedziałam nic. Kupiłam koc elektryczny. Sto dziewięćdziesiąt złotych w Biedronce. Zawijałam się w niego jak w kokon i myślałam, że Henryk by tego nie pozwolił. Henryk lubił ciepło. Henryk nastawiał kaloryfery na maksa i mówił: „Kryśka, w domu ma być tak, żebyś mogła chodzić w samej bluzce".

W lutym przyszedł serwisant na przegląd. Młody chłopak, może trzydzieści lat, w niebieskim kombinezonie. Sprawdził piec, pokiwał głową, powiedział, że wszystko w porządku. A potem zerknął na termostat i zapytał:

- Pani tu mieszka na co dzień?

- Tak.

- I pani ma ustawione dziewiętnaście stopni? Pani wie, że to poniżej zalecanej temperatury dla osób starszych? Lekarz by pani powiedział, że minimum to dwadzieścia jeden.

Pokiwałam głową. A on - jakby wyczuł - pokazał mi pokrętło na piecu. Tryb ręczny. Obrót w prawo, temperatura rośnie. Obrót w lewo, spada. Proste jak obranie ziemniaka.

- Jak pani przestawi ręcznie, to aplikacja traci kontrolę - powiedział i patrzył mi prosto w oczy. - Pokaże błąd. Ale piec będzie grzał tak, jak pani ustawi.

Podziękował, wziął sto pięćdziesiąt złotych za przegląd i wyszedł. Stałam przy piecu jeszcze długo. Patrzyłam na to pokrętło jak na drzwi, o których nie wiedziałam, że istnieją.

Przekręciłam na dwadzieścia trzy. Może przesadziłam. Ale po godzinie zdjęłam szlafrok. Potem sweter. Zostałam w samej bluzce, takiej cienkiej, różowej, i usiadłam w fotelu bez koca. Nie pamiętam, kiedy ostatnio siedziałam tak po prostu, bez warstw ubrań, bez podciągniętych kolan pod brodę.

Grzegorz zadzwonił po jedenastu minutach. Powiedziałam mu prawdę. Że przestawiłam. Że będę kręcić. Że błąd w aplikacji to nie błąd, tylko jego matka, która chce mieć ciepło we własnym domu.

Odpowiedział po pauzie:

- Mamo, ja to robię dla twojego dobra. Wiesz, jakie będą rachunki?

- Zapłacę.

- Z czego?

Rozłączył się. Albo ja się rozłączyłam. Nie pamiętam. Wiem, że potem siedziałam w ciepłym mieszkaniu i płakałam. Nie dlatego, że się pokłóciliśmy. Płakałam, bo uświadomiłam sobie, że mój syn - jedyne dziecko, które z Henrykiem wychowaliśmy - naprawdę nie rozumie różnicy między oszczędnością a zimnem. Albo rozumie, ale zdecydował za mnie, że mogę marzn​ąć, bo to ekonomiczne.

W sobotę Grzegorz nie przyjechał. Pierwszy raz od trzech miesięcy nie było „ciepła na weekend". Napisał SMS: „Zuzia chora, zostajemy w Poznaniu". Może Zuzia naprawdę była chora. A może to była kara.

Jest marzec. Pokrętło stoi na dwudziestu dwóch stopniach. Aplikacja ciągle pokazuje synowi błąd. Grzegorz dzwoni rzadziej. Kiedy dzwoni, o piecu nie rozmawiamy. Rozmawiamy o Zuzi, o pogodzie, o tym, że na Wielkanoc mogliby przyjechać. Mogliby. Między nami jest teraz coś nowego - taka cisza, w której słychać, jak oboje zastanawiamy się, kto powinien przeprosić. I za co właściwie.

Czasem wieczorem kładę dłoń na kaloryferze i czuję ciepło, które sama sobie ustawiłam. I myślę o Grzegorzu. O tym, że chciał dobrze. Że może naprawdę chciał dobrze. Że pilnowanie rachunków to jego sposób na opiekę, bo nie umie inaczej - nie umie po prostu zadzwonić i zapytać: „Mamo, czy ci ciepło?".

Ale ja mam swoje pokrętło. I swój błąd, który wyświetla się na jego telefonie. Nie wiem, czy kiedyś przestanie go irytować. Nie wiem, czy na Wielkanoc przyjadą. Wiem jedno - dwadzieścia dwa stopnie to jest temperatura, w której da się żyć. A dziewiętnaście to temperatura, w której się przetrwa. I ja już nie chcę przetrwać. Chcę żyć.

Pokrętło zostaje tam, gdzie je ustawiłam.