Grządki przestały słuchać moich kolan. Zamiast oddać działkę - przekazałam ją Oli z parteru, młodej mamie bez balkonu. Ceremonia była: klucz do altanki, zeszyt z rozkładem grządek, rozsady na parapecie. W sierpniu Ola przyniosła miskę pierwszych pomidorów: „z pani szkoły, proszę spróbować". Smakowały jak moje. Bo trochę są.

Ale zanim to się stało, zanim Ola zapukała do moich drzwi z tą miską w sierpniowy poniedziałek - był marzec, i ja siedziałam na taborecie w łazience z kolanami owiniętymi elastycznym bandażem, i płakałam jak dziecko. Nie z bólu. Z decyzji, którą musiałam podjąć.

Mam na imię Halina, ale to nieważne. Ważne jest to, że przez trzydzieści jeden lat miałam działkę ROD przy ulicy Smulikowskiego w Poznaniu. Parcela numer dwadzieścia trzy. Czterdzieści metrów kwadratowych grządek, altanka z zieloną blachą, agreściak, który pamiętał jeszcze mojego Zbyszka, i dwie jabłonie - antonówka i szara reneta. Zbyszek posadził je w roku, kiedy urodziła się nasza Marta. Marta ma teraz trzydzieści lat i mieszka w Dublinie.

Kolana zaczęły odmawiać posłuszeństwa dwa lata temu. Ortopeda powiedział: „Pani Halino, endoproteza lewego, potem prawego, ale najpierw schudnąć i nie klękać". Nie klękać. A ja całe życie klękałam - przy grządkach, przy dziecku, przy mężu w szpitalu, w kościele. Całe moje życie było na kolanach, dosłownie i w przenośni.

- Mamo, sprzedaj tę działkę - powiedziała Marta przez telefon gdzieś w lutym. - Weź te pieniądze i przyjedź do mnie na miesiąc.

Sprzedaj. Jakby to był samochód albo stary rower. Jakby trzydzieści jeden lat można było zamknąć w kopercie z pieniędzmi.

Na działce był jeszcze zeszyt Zbyszka. Gruby, w twardej okładce, z Pewexu chyba, z lat osiemdziesiątych. Zbyszek prowadził w nim kalendarz ogrodniczy - kiedy siać, kiedy pikować, kiedy podlewać, kiedy zbierać. Jego pismo, drobne i równe jak on sam, zmieniało się na ostatnich stronach. W 2016 roku litery zaczęły drżeć. W 2017 zapisów nie było wcale. Bo w 2017 Zbyszka już nie było.

Po jego śmierci działka stała się moim powodem, żeby rano wstać. Miałam wtedy pięćdziesiąt dziewięć lat, pustą sypialnię i córkę, która właśnie dostała wizę do Irlandii. Wiosną jechałam autobusem 68 do ogródków i klękałam przy pomidorach. Rozmawiałam ze Zbyszkiem. Mówię poważnie - opowiadałam mu, co słychać, co Marta napisała, ile kosztuje chleb. Odpowiadał mi agreściak, bo szumiał, kiedy wiał wiatr. To mi wystarczało.

Ale ciało to nie dusza. Ciało ma swoje granice. W marcu tego roku klęknęłam przy wannie, żeby wyczyścić odpływ, i nie mogłam wstać. Dwadzieścia minut siedziałam na podłodze. Zadzwoniłam do sąsiadki, Krysi z drugiego piętra. Krysia przyszła, pomogła mi wstać, zrobiła herbatę i powiedziała to, czego nikt wcześniej nie powiedział wprost:

- Halinka, ty się na tę działkę w tym roku nie dostaniesz. Nie fizycznie.

Wiedziałam. Wiedziałam od jesieni, kiedy zbierałam ostatnie dynie i musiałam odpocząć trzy razy na ławce, zanim doszłam do furtki. Ale wiedzieć a powiedzieć to sobie na głos - to dwa różne światy.

Zarząd ROD zaproponował, żebym oddała działkę. Formalnie: zrzeczenie się prawa, potem nowy przydział. Na liście oczekujących było siedem osób. Wypełniłam pół formularza i schowałam go do szuflady. Nie mogłam.

Olę poznałam przypadkiem. Znaczy - znałam ją z widzenia. Młoda, może trzydziestoletnia, z dwójką dzieci - chłopcem i dziewczynką, bliźniaki chyba czteroletnie. Mieszkała na parterze naszego bloku, w kawalerce po babci. Bez balkonu, bez kawałka ziemi, z dwójką małych dzieci w czterdziestu metrach kwadratowych. Widziałam ją, jak wynosiła doniczki z bazylią na parapet od strony podwórka. Dzieci bawiły się w piasku, a ona podlewała tę bazylię z kubka.

- Ładna bazylia - powiedziałam kiedyś, wychodząc po bułki.

- Dziękuję. - Uśmiechnęła się tak, jakby nikt jej tego nigdy nie mówił. - Chciałabym mieć więcej miejsca, ale wie pani, kawalerka.

Nie wiem, co mną kierowało. Może Zbyszek szepnął mi to przez ten agreściak. A może to było coś prostszego - zobaczyłam w Oli siebie sprzed trzydziestu lat. Młodą matkę z marzeniami i doniczką na parapecie.

Poszłam do zarządu i zapytałam, czy mogę wskazać osobę, której chcę przekazać działkę. Mogłam - pod warunkiem, że Ola stanie się członkinią stowarzyszenia i podpisze umowę dzierżawy. Formalności trwały trzy tygodnie. Ola nie mogła uwierzyć.

- Pani Halino, ale dlaczego ja? Przecież pani mnie nie zna.

- Znam twoją bazylię - powiedziałam. - To mi wystarczy.

Ceremonię zrobiłam sobie sama. W sobotni poranek w maju zaprosiłam Olę na działkę. Dałam jej klucz do altanki - ten sam, który dostałam od Zbyszka w 1993 roku. Dałam jej zeszyt z rozkładem grządek. Na ostatniej zapisanej stronie dopisałam swoim pismem: „Pomidory malinowe - pikować w maju, nie za mokro, lubią słońce po południu". Pod spodem zostawiłam tacki z rozsadami, które przygotowałam na parapecie w kuchni. Ostatnie rozsady z moich rąk.

Ola stała z tym kluczem i płakała. Jej bliźniaki biegały między grządkami. Chłopczyk próbował jeść szczypiorek prosto z ziemi. I ja pomyślałam: Zbyszek by się uśmiechnął.

Marta zadzwoniła wieczorem.

- Naprawdę oddałaś działkę obcej osobie? - W jej głosie było coś, czego nie spodziewałam się usłyszeć. Nie złość. Żal. - Mamo, to była nasza działka. Taty działka.

- Tata by chciał, żeby ktoś tam klękał - odpowiedziałam.

- Mogłam ją przejąć. Mogłam przyjeżdżać latem.

Milczałam chwilę. Marta nie była w Poznaniu od dwóch lat. Na działce nie była od pięciu. „Mogłam" brzmiało jak „powinnaś była mnie zapytać", a nie jak prawdziwa chęć.

- Martuś, ty masz swoje życie w Dublinie. A Ola ma dzieci, które nie widziały, jak rośnie pomidor.

Marta się rozłączyła. Napisała SMS dwie godziny później: „Przepraszam. Chyba jestem zazdrosna o kogoś, kto dostał to, czego sama nie chciałam pilnować". Przeczytałam ten SMS cztery razy. Za piątym - zapisałam go na kartce i włożyłam do szuflady, obok niedokończonego formularza z zarządu ROD.

W czerwcu Ola przysłała mi zdjęcie pierwszych kwiatów na pomidorach. W lipcu - zdjęcie bliźniaków z konewkami. W sierpniu zapukała do drzwi z czerwoną plastikową miską pełną pomidorów malinowych. Były ciepłe od słońca, lekko pęknięte, idealne.

- Z pani szkoły, proszę spróbować - powiedziała.

Zjadłam jednego nad zlewem, jak zawsze. Sok ciekł mi po palcach. Smakowały jak moje. Jak te, które Zbyszek podlewał wieczorami z węża, nucąc pod nosem jakąś piosenkę, której nigdy nie umiałam rozpoznać.

Wieczorem stałam na balkonie i patrzyłam w dół, na parapet Oli, gdzie kiedyś stała tylko bazylia. Teraz stały tam doniczki z ziołami - mięta, tymianek, rozmaryn. Pomyślałam o Marcie, o jej SMS-ie, o tym, że może nie miałam prawa oddać cudzej pamięci. Że może ta działka nie była tylko moja.

A potem pomyślałam o bliźniakach jedzących szczypiorek prosto z grządki i nie byłam już niczego pewna. Oprócz jednego - te pomidory naprawdę smakowały jak moje.