Odrabianie lekcji przeszło na mnie: ułamki, czytanki, niemiecki - od poniedziałku do czwartku, bo „ty masz cierpliwość, mamo". Cierpliwość skończyła się w maju, przed klasówką z procentów. Wyjechałam do Stegny - na leżaku liczyłam procent składany: ile lat odejmuje morze. Klasówkę napisali beze mnie. Na czwórkę. Czyli umieli.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w maju. Zaczęła się we wrześniu, kiedy Olek poszedł do piątej klasy, a Zuzia do trzeciej. I kiedy Dariusz po raz kolejny powiedział zdanie, które słyszę w snach: „Ty się nimi zajmij, Bożena, bo ja po dwunastogodzinnej zmianie nie mam głowy do ułamków".

Dariusz jest elektrykiem. Pracuje na budowach, czasem po dwanaście godzin, czasem po czternaście. Wracał zmęczony - to prawda. Rzucał kurtkę na wieszak w przedpokoju, mył ręce tak długo, jakby chciał z nich zmyć cały cement świata, siadał przy stole i pytał: „Co na obiad?". A ja między obiadem a myciem naczyń miałam jeszcze ułamki. I czytanki. I niemiecki, którego sama nie znam, więc uczyłam się razem z dziećmi ze słowniczka na końcu podręcznika.

Pracuję w księgowości w hurtowni materiałów budowlanych na Woli. Osiem godzin, od siódmej do piętnastej. Wracałam do domu na Bielany koło szesnastej, odbierając po drodze Zuzię ze świetlicy. Olek wracał sam, bo piątaklasista to już prawie dorosły - tak przynajmniej twierdził Dariusz, który w piątej klasie sam gotował sobie obiad, bo jego matka pracowała na dwie zmiany w zakładach mięsnych.

„Ja w jego wieku już byłem samodzielny" - to był argument na wszystko. Na pytanie, czemu nie sprawdzi dyktanda. Na prośbę, żeby pojechał na wywiadówkę. Na sugestię, że może mógłby w weekend poćwiczyć z Olkiem tabliczkę mnożenia, bo Olek się blokuje, jak ja tłumaczę, może potrzebuje innego głosu. Dariusz patrzył na mnie wtedy tak, jakbym prosiła go o wycieczkę na Księżyc.

Nie żeby był złym ojcem. Lubił dzieci. W weekendy grał z Olkiem w piłkę na podwórku, czasem zabrał oboje na lody do parku Kępa Potocka. Ale nauka? Nauka to był mój rewir. Mój obowiązek. Moja odpowiedzialność. I moja wina, gdy coś szło nie tak.

Bo jak Olek dostał dwójkę z niemieckiego, to Dariusz nie powiedział: „Czemu nie umiesz?". Powiedział: „Bożena, nie przerabiałaś z nim tego?". Jakbym była korepetytorką na etacie, a nie matką, która po ośmiu godzinach faktur ledwo widziała na oczy.

W marcu zaczęły się procenty. Piąta klasa, matematyka. Olek siedział nad zeszytem i patrzył na zadanie jak na coś z innej planety. „Mamo, ile to jest dwadzieścia procent ze stu pięćdziesięciu?". Tłumaczyłam. Rysowałam kółka na kartce, kroiłam jabłko na części. „Mamo, a ile to jest trzydzieści pięć procent z dwustu osiemdziesięciu?". Trzeciego dnia poczułam, że mnie ściska w gardle. Że nie dam rady. Że siedzę z jedenastolatkiem do dwudziestej pierwszej nad procentami, a Zuzia czeka z czytanką, a patelnia z kotletami stygnie na kuchence, a Dariusz ogląda mecz.

Poszłam do pokoju. Stanęłam w drzwiach. „Dariusz, chodź pomóż Olkowi z procentami".

Nawet nie odwrócił głowy od telewizora. „Bożena, ja nie mam cierpliwości do tego. Ty to lepiej tłumaczysz".

Cierpliwość. Moja legendarna cierpliwość. Przez jedenaście lat słyszałam, jaka jestem cierpliwa. Od Dariusza, od teściowej, od wychowawczyni na zebraniu. „Pani Bożeno, widać, że pani z nimi pracuje w domu". Pewnie, że pracuję. Bo kto ma pracować? Dariusz, który ma dwunastogodzinne zmiany? Teściowa Halina, która uważa, że dziecko powinno samo się uczyć, bo „za moich czasów nikt nikomu nie pomagał"?

Któregoś wieczoru w kwietniu zadzwoniła moja siostra Marzena z Poznania. Gadałyśmy o tym i o owym, aż w końcu powiedziałam jej o procentach, o Olku, o Dariuszu przy telewizorze. Marzena milczała chwilę, a potem powiedziała coś, co zostało ze mną na dobre.

„Bożena, czy ty wiesz, że Olek nigdy się nie nauczy sam, jeśli ty będziesz się uczyć za niego?".

Chciałam się obrazić. Chciałam powiedzieć, że nie uczę się za niego, tylko mu pomagam. Ale zamiast tego usiadłam na podłodze w łazience - jedynym miejscu, gdzie miałam pięć minut spokoju - i pomyślałam, że Marzena ma rację. Że przez jedenaście lat zbudowałam system, w którym ja jestem filarem, a bez tego filaru wszystko się wali. I że może to wcale nie jest powód do dumy.

Piątego maja zobaczyłam ofertę w internecie. Pokój w pensjonacie w Stegnie, trzy noce, cena śmieszna, bo sezon jeszcze nie zaczęty. Olek miał klasówkę z procentów ósmego maja, w czwartek. Wyjazd wypadałby od poniedziałku do środy.

Serce mi łomotało, kiedy rezerwowałam. Jakbym robiła coś zakazanego. Jakbym uciekała z więzienia, a nie jechała na trzy dni nad morze.

Dariuszowi powiedziałam w niedzielę wieczorem. Siedział przy stole, jadł kanapki z szynką.

„Jadę do Stegny na trzy dni".

Podniósł głowę. „Teraz? W maju?".

„Teraz. W poniedziałek rano. Wrócę w środę wieczorem".

„A dzieci?".

„Dzieci zostaną z tobą. Olek ma klasówkę z procentów w czwartek. Podręcznik leży na biurku, ćwiczenia w zielonej koszulce. Zuzia ma przeczytać trzy strony do środy. Obiad jest w zamrażarce, trzy pojemniki, podpisane".

Patrzył na mnie tak, jakbym mu powiedziała, że wylatuję na Marsa. Przez chwilę myślałam, że będzie krzyczeć. Ale Dariusz nie krzyczy - Dariusz milczy, co jest gorsze. Milczał całą kolację. Milczał, kiedy szłam spać. Rano, gdy wychodziłam z torbą podróżną, powiedział tylko: „No to pa".

Jechałam pociągiem z Gdańska Głównego do Stegny autobusem. Patrzyłam przez okno na pola rzepaku i płakałam. Nie ze smutku. Z ulgi. Z poczucia winy. Z wolności, która smakowała jak coś zakazanego.

Trzy dni. Spacery po plaży. Kawa w barze z widokiem na wydmy. Czytałam książkę - pierwszą od dwóch lat przeczytaną do końca. Nie sprawdzałam zadań. Nie kroiłam jabłek na ułamki. Leżałam na leżaku i liczyłam procent składany zmęczenia: ile lat odjęło mi to codzienne siedzenie nad zeszytami do dwudziestej pierwszej. Ile procent mojego życia było - moim.

Dariusz zadzwonił raz, we wtorek wieczorem. Krótko. „Olkowi poszło ćwiczenie z procentami. Zuzia przeczytała te strony. Zjadłem te pojemniki".

Nie powiedział: „tęsknię". Nie powiedział: „wracaj". Ale w jego głosie było coś, czego wcześniej nie słyszałam. Jakby zdziwienie. Jakby odkrywał, że te dzieci to też jego dzieci i że on też potrafi z nimi usiąść wieczorem przy stole.

Wróciłam w środę. W czwartek Olek poszedł na klasówkę z procentów. Ja nie powtarzałam z nim materiału. Dariusz - nie wiem, czy powtarzał. Nie pytałam. Olek wrócił ze szkoły i rzucił plecak na kanapę.

„Czwórka, mamo".

Czwórka. Bez mojego krojenia jabłek, bez rysowania kółek na kartce, bez siedzenia do dwudziestej pierwszej. Umieli. Cały czas umieli.

Minął miesiąc. Jest czerwiec. Dariusz czasem siada z Olkiem wieczorem - nie codziennie, ale w poniedziałki i środy. Mówi, że nie ma cierpliwości, ale jakoś mu jej starcza. Zuzia czyta sama i przynosi mi książkę tylko wtedy, gdy naprawdę nie rozumie słowa. Ja wracam z pracy, gotuję obiad i około dziewiętnastej mam czas. Dla siebie. Czytam. Piję herbatę z cytryną. Oglądam przez okno dachy Bielan.

Nie wiem, czy naprawiłam coś w naszej rodzinie, czy zepsuła. Nie wiem, czy Dariusz mi wybaczył ten wyjazd, czy go pamięta jak cichą zdradę. Czasem widzę, jak patrzy na mnie dziwnie - z czymś między podziwem a wyrzutem. A ja patrzę na niego i myślę: czy to naprawdę musiało trwać jedenaście lat, żebyś usiadł z własnym synem nad zeszytem?

Ale tego nie mówię. Piję herbatę. I liczę procenty.