Stacjonarny syn mi „unowocześnił": przekierowanie na jego komórkę - „nic nie przegapisz, mamo". Przegapiłam pół roku: Irena trafiła na zajętego pana, Gienia na pocztę głosową - przestały dzwonić. Prawda wyszła przy brydżu: „myślałyśmy, że już nie chcesz rozmawiać".
Herbata Ireny stygła w filiżance, a ja nie mogłam oderwać wzroku od jej twarzy. Trzymała karty w rozłożonym wachlarzu, ale nie patrzyła na nie. Patrzyła na mnie - z tym swoim łagodnym wyrazem, jakby mi właśnie powiedziała, że ktoś umarł.
- Halinka, no jak to? Dzwoniłam do ciebie ze trzydzieści razy od stycznia. Najpierw jakiś pan mówił, że jestem pod zły numer, potem w ogóle poczta głosowa. Gienia to samo. Myślałyśmy, że się na nas obraziłaś.
Siedziałam w salonie Ireny na Bielanach, w tym samym fotelu co co czwartek od ośmiu lat, i czułam, jak mi się ziemia usuwa spod nóg. Nie obraziłam się. Nic takiego się nie stało. Po prostu - pół roku ciszy. Pół roku, w którym moje dwie najbliższe przyjaciółki myślały, że je wykreśliłam z życia. A ja myślałam, że to one wykreśliły mnie.
- Ale jak to pan? Jaki pan? - zapytałam głupio, choć gdzieś w głębi brzucha już wiedziałam.
- No męski głos. „Kogo pani szuka?" Raz powiedział, że się pomyliłam, raz że „ta pani tu nie mieszka". Gienia trafiała na nagranie. Dałyśmy spokój.
Gienia pokiwała głową znad swoich kart. Nie dodała nic. Nie musiała. Obie miały tę samą historię, a ja - tę samą odpowiedź, której jeszcze nie potrafiłam wypowiedzieć na głos.
Mam na imię Halina, mam siedemdziesiąt dwa lata i mieszkam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Żoliborzu, które po śmierci Tadeusza - już siedem lat temu - stało się za duże i za ciche. Syn Marek, jedynak, mieszka z żoną i dwójką dzieci w nowym apartamentowcu na Białołęce. Dzieli nas pół godziny tramwajem, ale widujemy się coraz rzadziej. Żona Marka, Patrycja, zawsze grzeczna, zawsze uśmiechnięta, ale z takim uśmiechem, po którym czujesz, że powinnaś już wychodzić.
To był luty, kiedy Marek przyjechał z „niespodzianką". Wszedł z torbą, pochylił się nad moim starym telefonem stacjonarnym - białym, z klawiszami, który pamiętał jeszcze czasy, kiedy Tadeusz dzwonił z pracy, żeby powiedzieć, że kupi chleb. Marek grzebał przy nim z dwadzieścia minut, coś przeklikiwał na swoim smartfonie, a potem powiedział z dumą:
- Gotowe, mamo. Ustawiłem przekierowanie na mój telefon. Jakby ktoś do ciebie dzwonił, a ty akurat byłaś na spacerze albo nie dosłyszałaś - ja odbiorę i ci przekażę. Nic nie przegapisz.
Powiedział to takim tonem, jakby mi podarował wycieczkę do sanatorium. A ja - no co ja. Ucieszyłam się. Pomyślałam: syn się martwi, syn się troszczy. „Dziękuję, synku" - powiedziałam i zrobiłam mu naleśniki z serem, bo od dziecka lubił z cukrem pudrem i skórką cytryny.
I potem - cisza. Taka stopniowa, jak przymknięcie drzwi. Nie usłyszałam trzasku, bo drzwi zamykały się milimetr po milimetrze. Irena nie dzwoniła. Gienia nie dzwoniła. Nawet pani Krysia z dawnej pracy, ta co zawsze składała życzenia na imieniny, nie zadzwoniła w marcu. Nikt. Telefon stacjonarny milczał jak zaklęty.
Pamiętam, że w kwietniu podniosłam słuchawkę sprawdzić, czy działa - usłyszałam sygnał. Działa, pomyślałam. Po prostu nikt nie dzwoni. Ludzie mają swoje życie. Nie będę się narzucać.
Bo widzicie - ja jestem z tego pokolenia, które nie narzuca się. Które czeka. Które myśli: jeśli chcą, to zadzwonią. A jak nie dzwonią, to znaczy, że nie chcą. I wtedy człowiek się kurczy. Robi się mniejszy. Zaczyna oglądać telewizję nie dlatego, że go coś ciekawi, tylko żeby zagłuszyć ciszę. Zaczyna wychodzić na zakupy trzy razy dziennie, bo w Biedronce przynajmniej pani przy kasie powie „dzień dobry".
Przez sześć miesięcy nie zadzwoniłam do Ireny ani do Gieni, bo myślałam, że to one mnie zostawiły. A one nie zadzwoniły do mnie, bo słyszały obcego mężczyznę albo automatyczną sekretarkę. Żadna z nas nie przeszła na drugą stronę ciszy, żeby sprawdzić, co się stało. Bo każda miała swoją dumę.
Dopiero tamten czwartek, kiedy Gienia wpadła na mnie w aptece przy Krasińskiego i powiedziała: „Halinka, ty żyjesz? My z Ireną już myślałyśmy, że coś ci się stało" - dopiero wtedy coś pękło. Złapałam ją za rękę jak tonąca i powiedziałam: „Przyjdę na brydża". Przyszłam. I usłyszałam prawdę.
Wróciłam do domu na miękkich nogach. Usiadłam przy telefonie, tym białym, starym, i zadzwoniłam do Marka. Odebrał po czwartym sygnale.
- Mamo? Coś się stało?
- Synku - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło - to przekierowanie, które mi ustawiłeś. Moje przyjaciółki do mnie dzwoniły. Przez pół roku. Dlaczego mi nie przekazywałeś?
Cisza. Dłuższa niż te sześć miesięcy razem wzięte.
- Mamo, no... Ja nie zawsze mogłem odebrać. Czasem byłem w pracy, czasem...
- A ten pan, który mówił Irenie, że się pomyliła? To byłeś ty?
Znowu cisza. A potem cicho, prawie szeptem:
- Mamo, to chyba Patrycja mogła raz odebrać... Nie wiem, naprawdę nie pamiętam.
Patrycja. Ta zawsze grzeczna, zawsze uśmiechnięta Patrycja. Odłożyłam słuchawkę, bo gdybym powiedziała jeszcze jedno słowo, tobym powiedziała za dużo.
Tej nocy nie spałam. Leżałam w ciemności i myślałam o tym, czy Marek wiedział, co robi. Czy to był plan - odciąć mnie, żebym była tylko jego? Żebym nie miała nikogo innego, tylko syna, który dzwoni w niedzielę na pięć minut? A może po prostu było mu wszystko jedno. Odebrał, nie przekazał, zapomniał. Moje przyjaciółki były dla niego niczym - jakąś starszą panią Ireną, jakąś Gienią, o których nie musiał pamiętać.
Nie wiem, co gorsze. Celowe działanie czy obojętność.
Następnego dnia poprosiłam wnuka, Kubę - szesnastolatek, dobry chłopak, jedyny, który mówi do mnie „babciu" bez pośpiechu - żeby mi wyłączył to przekierowanie. Popatrzył na telefon, poklikał i powiedział: „Gotowe, babciu. Teraz dzwonią prosto do ciebie." Zrobiłam mu kakao, bo od dziecka lubił z pianką.
Wieczorem zadzwoniła Irena. Usłyszałam jej głos po pierwszym sygnale i rozpłakałam się jak idiotka. Ona też.
- No co ty, Halinka. Nie becz. Przecież jesteśmy.
Z Markiem nie rozmawiałam od tamtej rozmowy. Minął tydzień, potem drugi. W niedzielę zadzwonił jak zwykle, o wpół do drugiej, między obiadem a meczem. Nie odebrałam. Nie dlatego, że się gniewam. Albo może właśnie dlatego. Sama nie wiem.
Irena mówi: „Powiedz mu, co czujesz." Gienia mówi: „Daj mu nauczkę." A ja siedzę przy tym białym telefonie i myślę, że przez pół roku straciłam coś, czego nie da się odzyskać. Nie chodzi o rozmowy. Chodzi o to, że kiedy myślałam, że jestem sama na świecie - naprawdę byłam sama. I że to mój syn mi to zrobił. Mój jedyny syn.
Nie wiem, czy mu powiem. Nie wiem, czy chcę usłyszeć odpowiedź.