Dzieci wykupiły „abonament opieki nad grobem": firma myje pomnik, wymienia znicze, przysyła zdjęcia z raportem. Córka tłumaczyła: „już nie musisz jeździć, wszystko widać w aplikacji". Jeżdżę co dwa tygodnie, jak jeździłam. Firma myje kamień - ja rozmawiam ze Stefanem. W raporcie tego nie widać.
Pierwszą wiadomość z aplikacji dostałam w lutym. Zdjęcie grobu z lotu ptaka, jakby satelita sfotografował kwadrat granitu z dwoma zniczami i bukietem sztucznych chryzantem. Pod spodem napis: „Usługa wykonana.
Ocena: 5 gwiazdek?". Patrzyłam na ekran telefonu i nie wiedziałam, czy się śmiać, czy płakać. Stefan leżał tam od trzech lat, a ktoś pytał mnie o gwiazdki, jakbym zamawiała pizzę.
Zadzwoniłam do Marty, mojej córki, która to wszystko wymyśliła. Mieszka w Poznaniu, pracuje w jakiejś korporacji - zawsze tłumaczy mi, czym się zajmuje, a ja i tak zapominam. Ważne, że dobrze zarabia. I że kocha. Na swój sposób.
- Mamo, to nowoczesne rozwiązanie - powiedziała tonem, którego używa chyba na zebraniach. - Firma dba o grób profesjonalnie. Nie musisz jeździć w zimnie, w deszczu, z tą swoją nogą.
- Z moją nogą jest w porządku - odpowiedziałam, choć akurat tego dnia kolano bolało tak, że schodziłam po schodach tyłem.
- Wiktor się dorzucił, zapłaciliśmy za cały rok z góry. Kamień myją, kwiaty wymieniają, znicze zapalają przed świętami. Wszystko widać w aplikacji.
Wiktor to mój syn. Mieszka we Wrocławiu, jest elektrykiem, ma własną firmę. Na grób ojca był dwa razy od pogrzebu.
Za pierwszym razem na rocznicę, za drugim - gdy przyjechał na Wielkanoc i zawiozłam go sama, bo wiedziałam, że inaczej nie pojedzie. Nie dlatego, że nie kochał Stefana. Kochał. Ale Wiktor jest z tych, co myślą, że jak raz się popłacze, to potem trzeba zaczynać od nowa. Więc woli nie zaczynać.
Stefan odszedł w listopadzie, trzy lata temu. Rak płuc, choć nigdy nie palił. Lekarze mówili, że to bywa. Ja mówię, że to niesprawiedliwe, ale komu to mówię? Nikomu. Stefanowi mówię. Tam, na cmentarzu, przy tym granitowym kamieniu, który wybrałam sama, bo Marta chciała czarny marmur, a Stefan za życia powtarzał, że marmur to fanaberia.
Czterdzieści jeden lat byliśmy razem. Poznaliśmy się na zabawie andrzejkowej w siedemdziesiątym ósmym roku. Ja miałam dwadzieścia lat i pracowałam jako krawcowa w zakładzie na Woli, Stefan miał dwadzieścia trzy i właśnie skończył szkołę kolejową. Zaprosił mnie do tańca, a potem odprowadził na przystanek i stał, dopóki autobus nie odjechał. Następnego dnia czekał na mnie pod zakładem z goździkiem. Jednym. Bo na więcej nie miał.
Marta i Wiktor myślą, że ten abonament to pomoc. Że zdejmują ze mnie ciężar. Marta przysyła mi linki do artykułów o tym, jak seniorzy powinni oszczędzać siły. Wiktor dzwoni w niedziele i pyta: „Mamo, byłaś gdzieś?", a ja wiem, że chodzi mu o cmentarz, i mówię: „Byłam na spacerze", bo spacer brzmi zdrowiej niż cmentarz.
Ale ja jeżdżę. Co dwa tygodnie, w czwartek, bo w czwartek Stefan miał wolne ze zmiany i to był nasz dzień. Wsiadam w autobus na Bielanach, jadę czterdzieści minut, przesiadam się, jadę jeszcze piętnaście. Noga boli, tak. Czasem deszcz, czasem upał. Ale co z tego?
Biorę ze sobą termos z herbatą - tą z cytryną, którą Stefan lubił - i plastikowy kubek. Stawiam go na krawędzi nagrobka, jakby siedział naprzeciwko. I rozmawiam.
Opowiadam mu o sąsiadce z trzeciego piętra, która znowu pokłóciła się z mężem o pieniądze. O kocie, który przychodzi pod mój balkon i miauczy tak, jakby chciał się wprowadzić. O tym, że Marta ma nowego chłopaka, ale nie chce mi go pokazać, bo pewnie myśli, że będę oceniać. O tym, że Wiktor wreszcie naprawił sobie ten samochód, ale na grób ojca nie przyjechał.
Mówię mu też rzeczy, których nikomu innemu nie powiem. Że się boję, bo w nocy budzę się i nasłuchuję jego oddechu, a potem przypominam sobie. Że czasem złoszczę się na niego, bo odszedł pierwszy, choć był młodszy. Że żałuję tamtej kłótni z września, tej tuż przed diagnozą, kiedy pokłóciliśmy się o remont łazienki i nie odzywałam się do niego dwa dni. Dwa dni, których nigdy nie odzyskam.
Na to nie ma abonamentu.
W kwietniu przyjechała Marta na weekend. Poszłyśmy razem na obiad, a potem, między kompotem a sernikiem, powiedziała:
- Mamo, widziałam w aplikacji, że firma była na grobie w środę. Nie musisz już jeździć co dwa tygodnie. Pomyśl o sobie.
Odłożyłam widelczyk. Popatrzyłam na nią. Ma oczy Stefana - takie ciemnobrązowe, ciepłe, ale uparte.
- Martuś - powiedziałam spokojnie. - Firma myje kamień. Ja rozmawiam z tatą. To nie jest to samo.
Zamilkła. Mieszała kompot łyżeczką, choć nie było czego mieszać. Potem powiedziała cicho:
- A on odpowiada?
Nie zapytała złośliwie. Zapytała tak, jakby naprawdę chciała wiedzieć. I zobaczyłam w jej oczach coś, co mnie zatrzymało. Smutek. Nie o mnie. O siebie. Bo Marta od pogrzebu nie płakała. Ani razu. Zabrała się za organizowanie - abonament, aplikacja, raporty ze zdjęciami. Jakby śmierć ojca była projektem, który trzeba zamknąć i oznaczyć jako wykonany.
- Odpowiada - powiedziałam. - Nie słowami. Ale odpowiada.
Marta odwróciła głowę do okna. Przez chwilę myślałam, że w końcu się rozpłacze. Ale nie. Wstała, zaniosła talerze do zlewu i powiedziała, że jutro rano jedzie, bo w poniedziałek ma spotkanie.
W czwartek pojechałam na cmentarz jak zwykle. Postawiłam termos, nalałam herbatę do kubka, usiadłam na ławeczce obok.
- Stefan - powiedziałam - córka się martwi. Myśli, że zwariowałam. A może zwariowałam? Gadać do kamienia, w którym cię nie ma?
Wiatr poruszył gałęziami kasztana nad alejką. Znicz zamigotał. I poczułam dokładnie to, co czuję za każdym razem - że on słucha. Że te czterdzieści jeden lat nie kończy się na dacie wyrytej w granicie.
Wiem, co powiedzieliby moi znajomi. „Halinka, jedź do sanatorium, zapisz się na gimnastykę, żyj dla siebie." Marta pewnie by się z nimi zgodziła. Wiktor by milczał, bo Wiktor zawsze milczy, kiedy nie wie, co powiedzieć.
Ale ja nie jeżdżę na cmentarz, bo nie umiem żyć. Jeżdżę, bo tak właśnie żyję.
W zeszłym tygodniu dostałam kolejne zdjęcie z aplikacji. Grób umyty, świeże znicze, nowe kwiaty. Wszystko czyste, zadbane, profesjonalne. Pod spodem znowu: „Ocena: 5 gwiazdek?".
Dałam pięć. Bo kamień rzeczywiście był czysty.
A w czwartek i tak pojadę. Z termosem. Z herbatą z cytryną. I z tym wszystkim, czego w żadnej aplikacji nie widać.