Zauważyłam wzór: gorączka, katar, ospa - wiozą do mnie. Zoo, kino, wesołe miasteczko - jadą sami albo z drugą babcią. Jestem babcią od termometru. Powiedziałam to głośno przy obiedzie. W sobotę przyjechali po mnie: zoo, żyrafy, lody w trzech smakach, wnuk zasnął mi na ramieniu w tramwaju. Umiem też to. Zawsze umiałam.

Ale zacznę od początku, bo ta historia nie zaczęła się w zoo. Zaczęła się od arkusza papieru, który Olek - mój pięcioletni wnuk - przyniósł z przedszkola. Rysował rodzinę. Były tam dwie babcie. Jedna miała żółte włosy, duży uśmiech i obok niej stał narysowany samochód z napisem „BASEN".

Druga miała brązowe włosy i trzymała w ręku coś, co wyglądało jak łyżka. Albo termometr. Zapytałam Olka, kto jest kto.

- Ta to babcia Krysia, bo jedziemy z nią na basen - powiedział, nie odrywając się od kolorowanki. - A ta to ty, babciu Jolu. Bo ty robisz mi herbatę, jak jestem chory.

Uśmiechnęłam się wtedy. Dzieci mówią wprost, nie wiedzą jeszcze, że słowa mogą boleć. Dopiero wieczorem, kiedy zostałam sama w mieszkaniu na Gocławiu i wyłączyłam telewizor, ten rysunek wrócił. Babcia od herbaty. Babcia od choroby. Babcia, do której się dzwoni, kiedy Olek pali się na czterdzieści stopni, a Tomek z Agnieszką muszą lecieć do pracy.

Nie od razu to dostrzegłam. Człowiek nie zauważa wzorów, kiedy jest w środku. Dopiero jak się cofnie o krok, widzi to, co inni widzą od dawna. Moja koleżanka Lucyna powiedziała mi kiedyś przy kawie, że jestem za dobra. Machnęłam ręką. Lucyna lubi dramatyzować. Ale potem zaczęłam liczyć.

Ostatni rok. Olek miał anginę w lutym - byłam u nich codziennie przez tydzień, z rosołem w słoiku, z zapasowymi piżamkami. Rotawirusy w marcu - trzy noce na kanapie w ich salonie, bo Agnieszka nie dawała rady. Ospa tuż przed Wielkanocą - dziesięć dni, mazanie zielenką, czytanie bajek do zachrypnięcia. A majówka? Zoo z babcią Krysią. Dzień Dziecka? Kino z babcią Krysią. Urodziny Olka? Wesołe miasteczko - z babcią Krysią, Tomkiem i Agnieszką. Ja dostałam zdjęcia na WhatsAppie. Olek na karuzeli, cały w uśmiechu. Pod zdjęciem: „Pozdrowienia od Olusia!"

Pozdrowienia. Jakbym była ciocią z Australii.

Krysia - matka Agnieszki - jest ode mnie młodsza o pięć lat, jeździ własnym samochodem, zrobiła sobie paznokcie hybrydowe i chodzi na jogę. Nie mam do niej pretensji, naprawdę nie mam. Krysia jest w porządku. Kiedy Olek miał ospę, dzwoniła, pytała, czy potrzebuję czegoś ze sklepu. Ale widzę, jak to wygląda. Krysia jest babcią od zabawy. Ja jestem babcią od obowiązku.

Tomek - mój syn, jedynak, czterdzieści dwa lata, programista - pewnie nawet tego nie widzi. Dla niego to naturalne. Mama pomoże. Mama zawsze pomagała. Kiedy był mały, to ja zostawałam z nim w domu na każdej chorobie, bo Zbyszek - mój mąż, niech mu ziemia lekka będzie - nie mógł brać wolnego z fabryki. Potem Zbyszek odszedł osiem lat temu, zawał w pięćdziesiąt dziewięć lat, i zostałam sama. Tomek był wtedy moją podporą. Przyjeżdżał, pomagał, naprawił kran, który ciekł trzy miesiące. Ale jakoś z czasem role się odwróciły i to ja znowu zaczęłam być tą, która pomaga.

Nie narzekam na pomoc. Kocham Olka tak, że czasem boli mnie serce, dosłownie. Ale chciałabym też być przy nim, kiedy się śmieje. Nie tylko kiedy płacze.

Powiedziałam to głośno trzy tygodnie temu, przy niedzielnym obiedzie. Ugotowałam schabowe, bo Tomek lubi, i buraczki, i kompot z jabłek. Olek jadł frytki, które mu oddzielnie zrobiłam, bo schabowego nie tyka. Agnieszka opowiadała, że Krysia zabiera Olka w następną sobotę do Łazienek na łódki.

I wtedy powiedziałam. Spokojnie. Bez pretensji. Przynajmniej tak mi się wydawało.

- Zauważyłam, że kiedy Olek jest chory, dzwonicie do mnie. A kiedy jest zdrowy i jest coś fajnego, to jedzie z babcią Krysią. Nie mówię, że robicie to specjalnie. Ale tak to wygląda.

Cisza. Olek grzebał widelcem we frytkach. Agnieszka popatrzyła na Tomka. Tomek popatrzył w talerz.

- Mamo, przesadzasz - powiedział w końcu.

- Nie przesadzam. Policz sam. W tym roku nie byłam z Olkiem ani razu w miejscu, gdzie się ludzie bawią. Ani razu.

Agnieszka zaczerwieniła się. Widziałam, że chce coś powiedzieć - może że to nie tak, może że Krysia po prostu proponuje, a oni nie myśleli... Ale się powstrzymała. Zamiast tego powiedziała cicho:

- Przepraszam, mamo Jolu. Nie pomyślałam o tym w ten sposób.

Tomek milczał. Zjadł resztę schabowego. Olek poprosił o kompot. Temat zawisł w powietrzu jak ta para nad garnkiem z ziemniakami - niby nic, a wszystko nią przesycone.

Przez tydzień nic. Żadnego telefonu. Zaczęłam się zastanawiać, czy nie powinnam była milczeć. Lucyna powiedziała, że dobrze zrobiłam. „Jolka, jak nie powiesz, to się nic nie zmieni. A ty potem będziesz leżeć z ciśnieniem i pretensją do całego świata." Lucyna czasem przesadza, ale tym razem miała rację.

W piątek wieczorem zadzwonił Tomek.

- Mamo, jutro zoo. Przyjedziemy po ciebie o dziesiątej. Olek chce ci pokazać żyrafy.

Głos miał taki zwyczajny. Jakby to była najnormalsza rzecz na świecie. Nie powiedział „przepraszam", nie powiedział „miałaś rację". Powiedział: „Olek chce ci pokazać żyrafy." I wie pani co? Wystarczyło.

Albo nie. Nie wystarczyło. Ale wystarczyło na sobotę.

Przyjechali punktualnie. Olek wbiegł na klatkę schodową i krzyczał: „Babciu Jolu, babciu Jolu, żyrafy!" Agnieszka miała ze sobą plecaczek z kanapkami i sokiem. Tomek prowadził. W zoo było tłoczno, bo maj, bo ciepło, bo długi weekend. Olek ciągnął mnie za rękę od wybiegu do wybiegu. Żyrafy obejrzeliśmy cztery razy. Potem lody - trzy smaki, bo Olek nie mógł się zdecydować między truskawkowym a pistacjowym, więc wziął oba i jeszcze czekoladowe. Agnieszka przewróciła oczami, ale się uśmiechnęła.

W tramwaju w drodze powrotnej Olek zasnął mi na ramieniu. Głowa ciężka, ciepła, włosy pachnące tym dziecięcym szamponem o jabłku. Tomek siedział naprzeciwko i patrzył na nas. Nie wiem, co myślał. Może widział to, o czym mówiłam. Może po prostu czekał na swój przystanek.

Kiedy wysiadaliśmy, Agnieszka powiedziała: „Mamo Jolu, może w przyszłą sobotę Łazienki? Krysia mówi, że łódki już pływają."

Więc będę z Krysią. Dwie babcie i jeden Olek. Zobaczymy, jak to wyjdzie. Może normalnie. Może niezręcznie. Nie wiem.

Wiem za to, że ten rysunek z przedszkola wisi u mnie na lodówce. Babcia od termometru. Chcę, żeby Olek kiedyś narysował nowy. Taki, gdzie trzymam go za rękę przy żyrafach, a nie łyżkę z syropem.

Ale czasem w nocy myślę - czy gdybym nie powiedziała tego przy obiedzie, to ta sobota w zoo by się wydarzyła? Czy moje dzieci naprawdę zrozumiały, o co mi chodzi? Czy następna gorączka znowu wszystko ustawi po staremu?

Nie wiem. Umiem tylko tyle, że w sobotę byłam babcią od żyraf. I że zawsze umiałam nią być. Tylko nikt wcześniej nie pytał.