Ogłosiłam sobie „dzień niczego": bez prania, garów, telefonu. O dziewiątej przyszły wyrzuty sumienia - przeczekałam przy herbacie. O czternastej zasnęłam z książką na twarzy, o siedemnastej nuda zmieniła się w spokój. Świat się nie zawalił. Nicnierobienie okazało się umiejętnością. Ćwiczę co czwartek - robię postępy.

Ale żeby opowiedzieć, jak do tego doszło, muszę cofnąć się do tamtego poniedziałku. Do momentu, kiedy stałam w łazience o szóstej rano z mokrym ręcznikiem w jednej ręce i telefonem w drugiej, a córka pisała mi, że znowu nie ma kto odebrać Zosi z przedszkola.

Mąż spał. Pralka kończyła cykl. Na kuchence stygł owsiany budyń, który nikt oprócz mnie nie jadł, ale który robiłam od lat, bo kiedyś przeczytałam, że jest zdrowy. I wtedy zobaczyłam swoją twarz w lustrze - zmęczoną, szarą, z podkówkami pod oczami. I pomyślałam: Grażyna, ty się chyba nie zatrzymujesz nawet we śnie.

Mam na imię Grażyna, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu sześciu jestem żoną Andrzeja. Mieszkamy w bloku na Gocławiu, trzecie piętro, widok na plac zabaw. Andrzej jest po emeryturze - był elektrykiem w zakładach na Targówku.

Ja pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej, ale od dwóch lat jestem na świadczeniu przedemerytalnym. Mamy dwie córki - Kasię i Joannę. Kasia ma trójkę dzieci, Joanna jedno. I wszystkie te dzieci, w różnych konfiguracjach i o różnych porach, potrzebują babci.

Nie żebym narzekała. Kocham je. Kocham zapach główki Zosi po kąpieli, kocham, jak Olek przynosi mi żołędzie w kieszeni kurtki. Ale gdzieś po drodze - między praniem ręczników, wstawianiem bigosu na niedzielę i wożeniem Frania na angielski - zgubiłam się. Dosłownie. Przestałam wiedzieć, co lubię robić. Co lubię jeść. Jaką książkę chciałabym przeczytać. Czy w ogóle jeszcze potrafię usiąść i nic nie robić.

Andrzej, kiedy mu to powiedziałam tamtego poniedziałkowego wieczoru, spojrzał na mnie znad gazety i powiedział:

- Grażyna, to se usiądź.

Jakby to było takie proste.

We wtorek zadzwoniła Kasia. Że Zosia ma anginę, że ona musi jechać do pracy, że Darek znowu na delegacji. Pojechałam. W środę Joanna poprosiła, żebym odebrała Frania, bo jej się spotkanie w pracy przedłuża. Odebrałam. Nakręciłam przy okazji rosół, bo Joanna nie gotuje rosołów - mówi, że to strata czasu. Wróciłam do domu o dziewiętnastej, z pęcherzem na pięcie od nowych butów i z poczuciem, że znowu przegapiłam cały dzień.

Andrzej siedział przed telewizorem. Na stole leżała nieprzeczytana gazeta. Obiad zjadł - to znaczy odgrzał sobie wczorajsze kotlety, bo zostawiłam mu karteczkę. Karteczki to osobny temat. Zostawiam Andrzejowi instrukcje jak saperce - „kotlety w lodówce, drugie półka, pod miską z surówką, podgrzej 3 minuty, talerze w zmywarce SĄ CZYSTE". Bo jeśli nie napiszę, to on zadzwoni.

- Wiesz co, Andrzej - powiedziałam, ściągając buty w przedpokoju. - W czwartek nigdzie nie jadę. Nic nie gotuję. Nikogo nie odbieram. Ogłaszam dzień niczego.

Podniósł głowę.

- A obiad?

- Zjesz kanapkę.

- Ale w czwartek miała przyjść Kasia z dziećmi.

- To jej powiedz, że nie przyjeżdża.

Patrzył na mnie, jakbym powiedziała, że wyjeżdżam do Australii. A ja czułam, że albo to zrobię, albo pewnego dnia po prostu stanę w tej łazience i nie ruszę się z miejsca. Jak zepsuty automat.

W środę wieczorem wyłączyłam telefon. Uprzedziłam córki - krótko, bez dyskusji. „Jutro jestem niedostępna, chyba że ktoś umiera." Kasia się roześmiała i powiedziała, że dobrze mi to zrobi. Joanna napisała: „Mamo, ale gdyby co, to tato odbierze Frania, tak?". Nie odpowiedziałam. Niech się dogada z ojcem.

Czwartek. Budzik nie zadzwonił, bo go nie nastawiłam. Obudziłam się sama o siódmej trzydzieści. Andrzej już wstał, słyszałam, jak krząta się w kuchni. Leżałam. Po prostu leżałam. I czekałam, aż przyjdzie ta fala - ta znajoma, gęsta fala, która mówi: „wstawaj, pralka czeka, lodówka pusta, trzeba zadzwonić do przychodni po receptę".

Przyszła. O dziewiątej, punktualnie. Siedziałam w kuchni z herbatą, w piżamie - Andrzej poszedł na działkę - i nagle poczułam to w żołądku. Wyrzuty sumienia. Że marnuję dzień. Że Zosia pewnie jeszcze chora. Że w lodówce nie ma masła. Że powinnam przynajmniej odkurzyć salon. Łapałam się na tym, że wstaję, żeby coś zrobić, i siadałam z powrotem. Jak tresura. Organizm wyszkolony na trzydzieści lat nieprzerwanej służby nie chciał się wyłączyć.

Ale przeczekałam. Piłam herbatę. Patrzyłam przez okno, jak sąsiadka z dołu wiesza pranie na balkonie. Kiedyś się z nią ścigałam - kto pierwsza wywiesi, kto ma bielsze prześcieradła. Teraz patrzyłam na te prześcieradła i myślałam: no wiszą. I co z tego.

O jedenastej wzięłam książkę. Kryminał, którego kupiłam na straganie w zeszłym roku i który leżał na szafce nocnej z zakładką na stronie dwudziestej trzeciej. O czternastej książka leżała na mojej twarzy, a ja spałam. Tak po prostu. W środku dnia. Jak dziecko.

Obudziło mnie trzaśnięcie drzwi - Andrzej wrócił z działki. Stanął w progu pokoju, popatrzył na mnie, leżącą na kanapie w piżamie o piętnastej trzydzieści, i powiedział:

- Grażyna, ty chora?

- Nie. Ja odpoczywam.

Usiadł w fotelu. Milczał chwilę.

- No to dobrze - powiedział w końcu. I włączył telewizor.

To był może najlepszy moment tego dnia. Że nic nie powiedział. Że nie skomentował, nie zapytał, co na kolację. Po prostu usiadł obok. Może dlatego, że przez trzydzieści sześć lat nauczył się, kiedy lepiej milczeć. A może dlatego, że w głębi duszy sam wiedział, że mnie od dawna nie ma. Że jestem ciałem, które krząta się po mieszkaniu, ale duszą gdzieś uciekłam.

O siedemnastej nuda się skończyła. Nie przyszła euforia. Przyszedł spokój. Cichy, miękki, trochę jak ten koc, którym się przykryłam na kanapie. Poczucie, że jestem tu. Że siedzę. Że nic się nie dzieje i to jest w porządku.

Wieczorem zadzwoniła Kasia. Włączyłam telefon i odebrałam.

- Mamo, jak twój dzień wolny?

- Dobry.

- To co robiłaś?

- Nic.

Cisza. A potem Kasia powiedziała coś, co mnie zatrzymało:

- Wiesz, ja nie pamiętam, kiedy ostatnio nic nie robiłam.

Miała trzydzieści cztery lata. Trójkę dzieci. Pełen etat. I nie pamiętała.

Teraz ćwiczę. Co czwartek. Andrzej wie, że w czwartek nie ma obiadu - radzi sobie, choć raz przypalił jajecznicę tak, że wietrzylam kuchnię do soboty. Córki nie dzwonią w czwartki. Joanna nawet powiedziała Franiowi: „Babcia w czwartki jest na urlopie". I Franek to zaakceptował szybciej niż ktokolwiek dorosły w tej rodzinie.

Tylko że czasami, gdzieś między herbatą a drzemką, łapię się na myśli, która nie daje mi spokoju. Że potrzebuję pięćdziesięciu ośmiu lat i skrajnego zmęczenia, żeby pozwolić sobie na jeden dzień w tygodniu. Jeden. I że Kasia idzie tą samą drogą. I że ja jej tego nie powiem - bo ona i tak nie posłucha. Tak jak ja nie słuchałam swojej matki, kiedy mówiła mi: „Grażyna, usiądź, świat się nie zawali".

Nie zawali się. Sprawdzałam. Co czwartek sprawdzam.

Tylko pytanie brzmi - czy zdążę się tego nauczyć, zanim naprawdę będę za stara, żeby cieszyć się z niczego?