W wieku sześćdziesięciu sześciu lat poszłam do pracy - szatnia w teatrze, trzy wieczory w tygodniu. Córka: „wstyd, mamo, co ludzie powiedzą, przecież masz emeryturę". Ludzie mówią: „dobry wieczór, pani Basiu". Premiery oglądam za darmo.
Tamten czwartek pamiętam dokładnie, bo właśnie wieszałam płaszcz jakiejś eleganckiej pani, kiedy zobaczyłam na wyświetlaczu telefonu: „Dorota". Trzeci raz tego dnia. Nie odebrałam. Wiedziałam, co usłyszę - ten sam ton, jakby tłumaczyła coś dziecku, które nie rozumie prostych rzeczy. A ja rozumiałam aż za dobrze.
Zanim opowiem, dlaczego stałam za tą ladą z numerkami zamiast siedzieć na kanapie przed telewizorem, muszę cofnąć się trochę. Nie za daleko. Do momentu, kiedy zaczęłam umierać - choć nikt tego tak nie nazywał.
Po odejściu Staszka - trzy lata temu, rak trzustki, pięć miesięcy od diagnozy do pogrzebu - zostałam w naszym mieszkaniu na Ochocie sama. Dwa pokoje z kuchnią na trzecim piętrze, widok na podwórko z kasztanowcem.
Czterdzieści lat razem, a potem cisza tak gęsta, że można ją było kroić nożem. Budziłam się o piątej, bo Staszek zawsze wstawał o piątej - przyzwyczajenie ciała, którego nie da się wyłączyć. Robiłam herbatę w dwóch kubkach. Czasem dopiero przy drugim łyku orientowałam się, że ten drugi stygnie na blacie dla nikogo.
Dorota, moja jedyna córka, mieszka z mężem Grzegorzem w nowym apartamentowcu na Białołęce. Wnuków nie mają - „jeszcze nie teraz, mamo" - choć Dorocie stuknęło czterdzieści dwa lata. Pracuje w banku, Grzegorz w jakiejś firmie informatycznej. Pieniądze mają, czas mają, a do mnie dzwonią dwa razy w tygodniu. We wtorki i w niedziele, jak w zegarku. Czasem myślałam, że Dorota ma mnie w kalendarzu obok dentysty i przeglądu samochodu.
Przez pierwszy rok po pogrzebie robiłam to, co się robi. Sprzątałam. Gotowałam rosół, choć nikt go nie jadł - zamrażałam porcjami, a potem wyrzucałam, bo zamrażarka pękała w szwach. Chodziłam na cmentarz w poniedziałki. Oglądałam seriale. Czekałam na wtorki i niedziele.
W drugim roku zaczęłam zapominać, po co wstałam z krzesła. Nie dlatego, że coś mi się działo z głową - po prostu nie było po co wstawać. Kiedyś złapałam się na tym, że od trzech godzin siedzę w kuchni i patrzę na lodówkę. Nie byłam smutna. Nie byłam wesoła. Byłam niczym.
To wtedy Hania, moja sąsiadka z parteru - siedemdziesiąt trzy lata, energia jak u nastolatki - powiedziała mi przy śmietniku: „Basiu, moja koleżanka odchodzi z szatni w Teatrze Dramatycznym, szukają kogoś na jej miejsce. Trzy wieczory, głównie piątki i soboty, czasem czwartki. Pomyśl."
„Haniu, ja mam sześćdziesiąt sześć lat" - powiedziałam, jakby to był argument.
„I co, za stara jesteś, żeby wieszać płaszcze?"
Pomyślałam. Dwa dni. A potem zadzwoniłam na numer, który mi dała, i umówiłam się na rozmowę.
Kierowniczka, pani Lucyna, kobieta w moim wieku, obejrzała mnie od stóp do głów i spytała jedno: „Lubi pani ludzi?". Powiedziałam, że tak. Chyba nie skłamałam - po prostu dawno nie miałam okazji sprawdzić. Dostałam granatowy fartuch, szafkę na rzeczy i numerki na mosiężnym kółku. Zaczęłam w następny piątek.
Dorota dowiedziała się przypadkiem. Zadzwoniła w niedzielę, jak zawsze o osiemnastej, a ja powiedziałam, że wczoraj był „Proces" Kafki w nowej inscenizacji i że aktorka grająca Leni ma niesamowity głos.
„Jaki proces? Mamo, skąd ty to oglądasz?"
„Z teatru, córeczko. Pracuję teraz w szatni."
Cisza. Taka cisza, w której słyszysz, jak ktoś na drugim końcu przełyka powietrze.
„Mamo. Jaką szatnię. Ty masz emeryturę. Dwa tysiące osiemset złotych. Nie potrzebujesz pieniędzy na chleb. Co ludzie powiedzą? Że córka matki nie utrzyma?"
„Dorota, ludzie mówią mi 'dobry wieczór, pani Basiu' i dziękują, kiedy podaję im płaszcz."
„Mamo, to jest wstyd."
Rozłączyłam się. Po raz pierwszy w życiu rozłączyłam się pierwsza.
Potem było gorzej. Dorota przyjechała w następną środę - bez zapowiedzi, co samo w sobie było wydarzeniem. Usiadła na kanapie Staszka, w jego wgłębieniu, które do dziś nie wróciło do kształtu, i zaczęła mówić tonem, który znam ze szkolnych wywiadówek - spokojnym, wyważonym, nieznoszącym sprzeciwu.
Że to niestosowne. Że Grzegorz powiedział, że jego matka by się nie zgodziła. Że emerytura jest po to, żeby odpocząć. Że jeśli chcę się czymś zająć, to proszę bardzo, jest haft, jest ogródek działkowy - po Staszku została działka na ROD-zie przy Czerniakowskiej, mogłabym tam pojechać.
„Córeczko" - powiedziałam, nalewając jej herbatę do filiżanki z różyczkami, tej samej, z której piła jako dziecko - „na tej działce rozmawiałabym z pomidorami. W teatrze rozmawiam z ludźmi."
„A ze mną to nie możesz porozmawiać?"
Chciałam powiedzieć: mogę, ale dzwonisz we wtorki i niedziele po piętnaście minut. Zamiast tego zagryzłam wargi i dolałam sobie wrzątku.
Od tamtej rozmowy minęły cztery miesiące. Dorota nie wspomina o teatrze, ale nie pyta też, co grają. Dzwoni dalej we wtorki i niedziele. Czasem jest o minutę krócej.
A ja wieszam płaszcze. Znam już stałych bywalców - pan Jerzy z laską, który zawsze przychodzi z żoną i zawsze mówi „pani Basiu, jak pani pięknie dziś wygląda"; pani Elżbieta, profesorka z uniwersytetu, która kiedyś zostawiła w kieszeni torebkę krówek i powiedziała, że to dla mnie; młoda para, która przychodzi na każdą premierę i trzyma się za ręce jak na pierwszej randce. Znam zapach tego teatru - kurz, stare drewno, drobinka perfum każdego widza, która zostaje na płaszczu.
W zeszły piątek pani Lucyna powiedziała mi, że jest wolne miejsce na czwarty wieczór - środy. Czy bym chciała?
Chciałam.
Wieczorem, wracając do domu tramwajem, myślałam o tym, że Staszek by się śmiał. „Basia, ty to masz drugie życie" - powiedziałby pewnie, bo zawsze tak mówił, kiedy robiłam coś, czego się po sobie nie spodziewałam. Uśmiechnęłam się do szyby i zobaczyłam w odbiciu kobietę, którą prawie nie poznawałam. Miała jasne oczy.
Dorota zadzwoniła w niedzielę. Piętnaście minut, jak zawsze. Pod koniec, już prawie na „pa, mamo", powiedziała coś, czego się nie spodziewałam:
„Mamo, a kiedy jest ta najbliższa premiera?"
Nie wiem, czy przyjdzie. Nie wiem, czy pyta z ciekawości, czy dlatego, że chce sprawdzić, jak wyglądam za tą ladą. Nie wiem, czy mnie to obchodzi.
Wiem jedno: w czwartek wieszam nowy grafik na szafkę i idę na próbę generalną „Trzech sióstr". Podobno piękna inscenizacja.
Ludzie mówią: „dobry wieczór, pani Basiu". I to jest więcej niż ktokolwiek mówił do mnie przez ostatnie trzy lata.