Córka dodała mnie do wspólnej listy zakupów w telefonie: „dopisuj, mamo, co trzeba, oddasz przy okazji". Dopisałam krople do oczu i maść rozgrzewającą. W piątek obie pozycje były skreślone, z jej dopiskiem: „za drogie, mama ma jeszcze stare".
Siedziałam z telefonem w ręku i czytałam to zdanie chyba z dziesięć razy. Stare krople skończyły się dwa tygodnie temu. Maść rozgrzewająca, ta z zieloną etykietą, wysychała już w tubce tak, że trzeba było ją zwijać od samego końca i cisnąć z całej siły. Ale Beata zdecydowała, że mama ma jeszcze stare.
Odłożyłam telefon ekranem w dół i nastawiłam czajnik. Herbata z cytryną. Zawsze herbata z cytryną, kiedy coś mnie bolało, a nie chciałam tego pokazać. Siedemdziesiąt złotych - tyle kosztowałyby obie rzeczy razem. Siedemdziesiąt złotych, które moja córka uznała za zbyt dużo dla matki.
Mieszkam sama od pięciu lat, odkąd Andrzej odszedł. Nie od żony - z tego świata. Udar na działce ROD, między grządką pomidorów a malinami.
Trzydzieści osiem lat małżeństwa skończyło się jednego sierpniowego popołudnia, a ja zostałam w trzypokojowym mieszkaniu na Gocławiu z emeryturą tysiąc dziewięćset złotych i wspomnieniami w każdym kącie.
Beata jest moją jedyną córką. Ma czterdzieści dwa lata, męża Tomka, dwójkę dzieci - Zosię i Kubę. Mieszkają pięć przystanków autobusem ode mnie, w nowym bloku z windą i podziemnym garażem. Tomek pracuje w firmie informatycznej, Beata prowadzi księgowość w kancelarii prawnej. Nie narzekają na pieniądze. Przynajmniej nigdy przy mnie nie narzekali.
Ta wspólna lista zakupów pojawiła się w marcu. Beata wytłumaczyła mi to przy niedzielnym obiedzie, kiedy przyjechali na rosół.
- Mamo, zainstalowałam ci aplikację. Jak czegoś potrzebujesz, dopisujesz, a ja kupię w drodze z pracy. Ty oddajesz pieniądze, jak się widzimy. Prościej niż dzwonić za każdym razem.
Ucieszyłam się. Pomyślałam, że to taki nowoczesny sposób na bycie bliżej. Że córka o mnie myśli, że chce mi pomóc. Dopisywałam ostrożnie, bo nie chciałam nadużywać. Masło, chleb żytni, ser biały. Rzeczy, które sama kupowałam, ale czasem nogi bolały tak, że autobus do Biedronki stawał się wyprawą. Beata kupowała, ja oddawałam pieniądze co do grosza. Zawsze odliczone, w kopercie na blacie.
Przez pierwsze tygodnie wszystko szło gładko. Raz dopisałam herbatę owocową, tę droższą, z maliną i żurawiną, bo zwykła Earl Grey mi spowszedniała. Beata kupiła. Nie skreśliła, nie skomentowała. Oddałam jedenaście złotych. Pomyślałam - widzisz, Halina, działa.
A potem przyszedł piątek z tymi kroplami.
Zadzwoniłam do niej dopiero w niedzielę. Nie od razu, bo musiałam poukładać w głowie, co chcę powiedzieć. Żeby nie zabrzmiało jak pretensja. Żeby nie wyszło, że stara matka się czepia.
- Beatko, widziałam na liście, że skreśliłaś mi te krople i maść.
Cisza. Słyszałam w tle Kubę grającego w coś na tablecie.
- Bo mamo, ty masz jeszcze te krople z zeszłego miesiąca. Sprawdzałam, jak byłam u ciebie.
- Skończyły się, córeczko.
- No to wyciśnij do końca. I ta maść, jeszcze połowa tubki była.
Nie była połowa. Była może na dwa razy. Ale Beata pamiętała tubkę, którą widziała dwa tygodnie temu, i zdecydowała za mnie, że mi starczy.
- Beatko, ja oddam pieniądze. Ja zawsze oddaję.
- Wiem, mamo, ale po co kupować nowe, jak stare jeszcze są? Trzeba oszczędzać. My też oszczędzamy.
Rozłączyłam się i stałam przy oknie. Na podwórku kwitły kasztany. Piękny maj. I to słowo - oszczędzać. Moja córka, która w zeszłym tygodniu wrzuciła na Facebooka zdjęcie nowej torebki, kazała mi oszczędzać krople do oczu za trzydzieści pięć złotych.
Nie powiedziałam tego na głos. Nigdy bym nie powiedziała.
Poszłam do apteki sama. Autobus 117 do centrum, potem piechotą. Kupiłam krople, kupiłam maść. Pani farmaceutka spytała, czy mam Kartę Seniora. Miałam. Wyszło sześćdziesiąt trzy złote z rabatem. Zmieściłam się w budżecie na ten tydzień, ale zrezygnowałam z sera żółtego i kawy rozpuszczalnej.
W kolejnych dniach na liście pojawiały się zakupy Beaty. Awokado, hummus, mleko owsiane, krewetki mrożone. Patrzyłam na te pozycje i przeliczałam w głowie. Nie z zawiści - z ciekawości, ile kosztuje życie mojej córki. I ile kosztuje jej matka.
W czerwcu dopisałam na listę witaminy. Te zwykłe, z Rossmanna, za dwadzieścia kilka złotych. Beata odpisała na liście: „mamo, w przychodni dają za darmo, zapytaj lekarza". Nie dają za darmo. Dają recepty, a na recepcie i tak płacisz. Ale Beata najwyraźniej wiedziała lepiej.
Przestałam dopisywać.
Lista została. Widziałam, jak Beata dodaje swoje rzeczy - sushi do zamówienia, krem za osiemdziesiąt złotych, wino na kolację z przyjaciółmi. Czytałam to wszystko jak cudzy pamiętnik, który ktoś zostawił otwarty na stole.
Na Dzień Matki Zosia zadzwoniła i powiedziała „kocham cię, babciu". Beata wysłała SMS-a: „Wszystkiego najlepszego, Mamo! ❤️". Tomek nic nie napisał, ale Tomek nigdy nie pisał, więc się nie dziwiłam. Prezentu nie było. Kiedyś kupowały mi z Zosią kwiaty. Teraz kwiaciarnia pewnie też była za droga.
Nie jestem niewdzięczna. Wiem, że Beata ma swoje życie, swoje rachunki, swoje problemy, o których mi nie mówi. Wiem, że kredyt za mieszkanie zjada im pół wypłaty. Wiem, że Zosia chodzi na angielski i taekwondo, a Kuba na robotykę, i że to wszystko kosztuje.
Ale te krople do oczu kosztowały trzydzieści pięć złotych.
Wczoraj Beata zadzwoniła z propozycją. Radosnym głosem, tym swoim organizatorskim tonem, który znam od lat.
- Mamo, na wakacje jedziemy do Chorwacji. Może byś popilnowała nam mieszkania? Podlałabyś kwiatki, nakarmisz kota. Dwa tygodnie. Tobie zmiana otoczenia, a nam spokój.
Zmiana otoczenia. Z mojego trzypokojowego na ich trzypokojowe. Z moich kwiatów na ich kwiatki. Z mojej samotności na samotność w cudzym mieszkaniu z kotem.
- Jasne, córeczko - powiedziałam. - Popilnuję.
Rozłączyłam się i otworzyłam tę listę zakupów w telefonie. Beata właśnie dopisała: „krem z filtrem 50 - Chorwacja", „nowe klapki Zosia", „adapter do ładowarki".
Palec mi zawisł nad ekranem. Mogłam dopisać coś od siebie. Mogłam napisać: „krople do oczu, te same co ostatnio". Sprawdzić, co zrobi. Ale nie dopisałam.
Zamknęłam aplikację i poszłam do kuchni nastawić czajnik. Herbata z cytryną. W szafce stała jeszcze ta owocowa, z maliną i żurawiną. Ale sięgnęłam po zwykłego Earl Greya. Sama już nie wiedziałam, czy oszczędzam, czy po prostu oduczyłam się prosić.