Zegarek po Stefanie - ślubny, z grawerem - zięć wziął jeszcze przed pogrzebem: „na pamiątkę, mamo, przecież leżałby w szufladzie". Wczoraj zobaczyłam go w witrynie lombardu przy targu. Grawer ten sam: „Stefanowi - Hala". Cena: czterysta złotych.
Stałam tam jak wryta, z siatką z Biedronki w jednej ręce i portfelem w drugiej, i patrzyłam na tę witrynę, aż sprzedawca wyjrzał zza drzwi i zapytał, czy pomóc. Nie byłam w stanie odpowiedzieć.
Chciałam powiedzieć: to zegarek mojego męża, to ja go kupiłam trzydzieści osiem lat temu, za pół swojej wypłaty, w jubilerze na Marszałkowskiej. Ale nie powiedziałam nic. Odwróciłam się i poszłam do domu.
Stefan odszedł w styczniu. Rak płuc, szybki, bezlitosny - od diagnozy do pogrzebu minęły cztery miesiące. Przez te cztery miesiące świat się skurczył do pokoju w szpitalu na Banacha, do zapachu środków dezynfekcyjnych i do dźwięku jego coraz cięższego oddechu. Byliśmy razem czterdzieści lat. Nie idealnie - kto jest razem idealnie? - ale razem. Dwie córki, mieszkanie na Grochowie, działka pod Otwockiem. Normalne życie.
Kiedy Stefan umarł, dom się napełnił ludźmi. Córki, wnuki, sąsiadki, koleżanki z dawnej pracy w bibliotece. Ktoś przyniósł bigos, ktoś sernik. Na komodzie stało zdjęcie Stefana z wakacji nad Bałtykiem, sprzed pięciu lat, uśmiechnięty, opalony. I zegar tykał, bo życie jakoś szło dalej, choć mi się wydawało, że powinno się zatrzymać.
Dariusz - mąż mojej młodszej córki Iwony - zjawił się następnego dnia po śmierci. Wszedł, objął mnie mocno i powiedział: „Mamo, trzymaj się, Stefan byłby dumny, że jesteś taka silna". Lubię Dariusza. Lubiłam. Zawsze był ciepły, konkretny. Elektryk z dobrego zakładu na Pradze, solidna praca. Dwadzieścia lat z Iwonką, dwóch synów - Kacper i Olek, piętnaście i dwanaście lat. Na Wigilię przywoził mi drzewko, bo ja już nie miałam siły dźwigać. Pomagał Stefanowi na działce. To on pomalował nam kuchnię dwa lata temu, nie wziął ani złotówki.
Tego wieczoru, jeszcze przed pogrzebem, Dariusz podszedł do mnie w kuchni. Iwona zmywała naczynia, starsze wnuki siedziały w pokoju przed telewizorem.
- Mamo, mogę o coś zapytać? - Przysunął się, ściszył głos. - Ten zegarek Stefana, ślubny, wiesz który. Stefan mi kiedyś powiedział, że chciałby, żebym go miał. Że leżałby tylko w szufladzie, a on wolałby, żeby ktoś go nosił. Na pamiątkę.
Popatrzyłam na niego. Miał takie łagodne oczy. A ja byłam wtedy w takim stanie, że wszystko mi było jedno - mogliby zabrać całe mieszkanie, byleby Stefan żył. Otworzyłam szufladę w komodzie, wyjęłam zegarek. Srebro, kopertę lekko matową od lat, ale grawer wyraźny jak pierwszego dnia: „Stefanowi - Hala". Podałam mu go. Nawet nie zawahałam się.
- Noś go z szacunkiem - powiedziałam.
- Oczywiście, mamo. Oczywiście.
Pogrzeb, stypa, potem cisza. Luty, marzec. Iwona dzwoniła codziennie, starsza Małgorzata raz w tygodniu. Dariusz wpadał co drugą sobotę, naprawiał kran, przywoził wnuków. Raz go zapytałam o zegarek - czy nosi, czy mu się podoba. Powiedział: „Noszę na co dzień, mamo, pasuje jak ulał". I uśmiechnął się tak, jak Stefan się uśmiechał, kiedy coś sprawiało mu przyjemność.
Potem przyszedł kwiecień. Środa, normalny dzień. Szłam na targ przy Szembeka po truskawki, bo wnuki miały przyjść w niedzielę na obiad. Szłam tą samą drogą co zawsze - obok lombardu, który tam stoi od lat, i na który nigdy w życiu nie zwróciłam uwagi.
Ale tego dnia witryna lśniła w wiosennym słońcu i coś mnie zatrzymało. Srebrny zegarek na granatowym aksamitnym podkładzie. Okrągła koperta, lekko matowa. Wiedziałam, zanim jeszcze pochyliłam się bliżej, zanim przeczytałam grawer. To był on. „Stefanowi - Hala". Cena na białej karteczce: 400 zł.
Czterysta złotych. Za trzydzieści osiem lat miłości. Za godziny, które spędziłam w jubilerze, wybierając ten zegarek. Za minę Stefana, kiedy go otworzył. Za to, jak go nakręcał co rano przy śniadaniu, precyzyjnym ruchem nadgarstka, przez czterdzieści lat.
Wróciłam do domu i usiadłam w kuchni. Herbata stygła. Nie płakałam - minęłam jakoś płacz, byłam za tym, głębiej. Myślałam. Kiedy? Jak? Dlaczego? Czy Dariusz ma kłopoty finansowe? Czy Iwona wie? A może to pomyłka, może go okradziono, może ktoś go podrobił?
Ale nikt nie podrabia zegarka za czterysta złotych. I nikt nie graweruje „Stefanowi - Hala" przypadkiem.
Zadzwoniłam do Iwony wieczorem. Głos mi się nie trzęsał - pilnowałam tego.
- Córeczko, jak tam u was? Jak Dariusz?
- Dobrze, mamo. Czemu pytasz?
- Tak sobie. Dużo pracuje?
Cisza. Krótka, ale wystarczająca.
- Pracuje normalnie. Mamo, co się stało?
- Nic, kochanie. Nic.
Nie powiedziałam jej. Nie umiałam. Bo jeśli powiem, to co dalej? Iwona zapyta Dariusza, Dariusz się zdenerwuje albo zacznie kłamać, będzie kłótnia, dzieci usłyszą. A może Iwona wie i tłumaczy to sobie jakoś - rachunkami, ratami, kredytem na samochód? Nie chciałam tego ruszać. A jednocześnie nie mogłam tego zostawić.
Przez tydzień chodziłam na targ codziennie. Zegarek leżał. Nikt go nie kupił. W piątek weszłam do lombardu.
- Przepraszam, ten srebrny zegarek z grawerem - mogę się zapytać, kto go przyniósł?
Sprzedawca - młody chłopak, może trzydziestka - wzruszył ramionami.
- Nie mogę podawać takich informacji, proszę pani. Chce pani kupić?
- Chcę wiedzieć, kto sprzedał zegarek mojego zmarłego męża.
Chłopak zmieszał się. Popatrzył na mnie, potem na zegarek. Powiedział cicho:
- Mężczyzna. Czterdzieści kilka lat. Więcej nie powiem.
Czterdzieści kilka lat. Dariusz ma czterdzieści cztery.
Kupiłam zegarek. Czterysta złotych, które miały starczyć na truskawki, obiad niedzielny i rachunek za prąd. Wzięłam go do ręki i poczułam zapach metalu, ciepły od witryny, i nic więcej. Zegarek stał. Nikt go nie nakręcał.
Leży teraz w szufladzie. Tej samej, z której go wyjęłam dla Dariusza. Nakręciłam go i znów tyka. A ja nie wiem, co robić dalej.
Mogę powiedzieć Iwonie. Mogę powiedzieć Dariuszowi, że wiem. Mogę milczeć i nosić to w sobie, jak noszę żałobę po Stefanie - cicho, codziennie, bez widowiska. Mogę zapytać wprost: czy masz kłopoty? Czy mogę pomóc? A może powiedzieć: oddałam ci coś najcenniejszego, a ty sprzedałeś to za czterysta złotych, i nawet nie drgnęła ci ręka?
Małgorzata - starsza córka - powiedziałaby: „Mamo, co się dziwisz, zawsze mówiłam, że on jest z tych, co patrzą, gdzie co leży". Ale Małgorzata nigdy nie lubiła Dariusza. A ja lubiłam. Lubiłam go jak syna.
Najbardziej boli mnie jedno. Nie to, że sprzedał. Ludzie robią głupie rzeczy, kiedy potrzebują pieniędzy - wiem, bo sama kiedyś zaniosłam do lombardu obrączkę matki, żeby opłacić czynsz, i Stefan nigdy się o tym nie dowiedział. Boli mnie to, że przez trzy miesiące patrzył mi w oczy, uśmiechał się i mówił, że nosi zegarek na co dzień. Że pasuje jak ulał.
W niedzielę przyjeżdżają na obiad. Kacper prosił o naleśniki z truskawkami. Zegarek leży w szufladzie. Tyka.
I ja nie wiem, czy otworzyć tę szufladę przy nich, czy zamknąć ją na klucz - może na zawsze.