Po śmierci Stefana syn odziedziczył jedną szóstą naszego mieszkania - tak liczy prawo. Trzy lata nawet o tym nie wspomniał. W październiku przyszedł z wyceną od rzeczoznawcy: „mamo, spłać mnie albo sprzedajemy. Jedna szósta jest moja".
Położył te kartki na stole, obok mojego talerza z resztką sernika. Spokojnie, rzeczowo, jakby przyniósł rachunek za prąd. Nawet usiadł, nawet przyjął herbatę. A ja patrzyłam na logo kancelarii rzeczoznawczej i czułam, jak coś w środku powoli pęka - jak lód na Wiśle wczesną wiosną, cicho, ale nieodwracalnie.
- Marek, co ty mówisz? - zapytałam, choć doskonale słyszałam każde słowo.
- Mamo, to nie jest zaskoczenie. Tato umarł trzy lata temu. Ja mam swoje prawa.
Swoje prawa. Mój syn, Marek, trzydzieści osiem lat, elektryk z własną firmą w Poznaniu. Firma szła dobrze, przynajmniej tak mi mówił przez telefon w każdą niedzielę. Zawsze o siedemnastej, zawsze krótko, zawsze „u mnie dobrze, mamo, a u ciebie?".
Nigdy o pieniądzach. Nigdy o mieszkaniu. Aż do tego październikowego czwartku.
Stefan umarł w lutym dwa tysiące dwudziestego pierwszego roku. Rak płuc, osiem miesięcy od diagnozy do końca. Czterdzieści lat małżeństwa, z czego ostatnich siedem trudnych - bo Stefan po przejściu na emeryturę z kolejki zrobił się ciężki, milczący, zamknięty w sobie. Ale to był mój mąż. To było nasze mieszkanie na Wildzie - trzy pokoje, czwarte piętro, balkon wychodzący na stary kasztan. Kupiliśmy je wspólnie w osiemdziesiątym szóstym roku, jeszcze za książeczki mieszkaniowe. Pamiętam, jak Stefan nosił karton z talerzami na te schody, a ja byłam w siódmym miesiącu ciąży z Markiem.
Po pogrzebie przyszła ta cała papierologia. Sąd, postanowienie o nabyciu spadku. Okazało się, że połowa mieszkania była Stefana - wspólność majątkowa - i tę połowę dziedziczymy po równo: ja i Marek. Czyli ja mam swoją połowę plus jedną czwartą z jego połowy, a Marek - jedną czwartą z połowy Stefana. Jedna szósta całości, jak przeliczył notariusz. Matematyka spadkowa, zimna i precyzyjna jak skalpel.
Przez trzy lata Marek nie pisnął o tym słowem. Przyjeżdżał na Wigilię, na Wielkanoc, na moje imieniny w czerwcu. Przywoził kwiaty, wnuczka Kubusia, synową Patrycję. Jedliśmy rosół, potem pierogi, potem sernik mojej mamy - piekę go z jej przepisu od trzydziestu lat. Marek chwalił, Kubuś biegał po korytarzu, Patrycja pomagała zmywać. Normalnie. Rodzinnie. Ani słowa o wycenie, o pieniądzach, o jednej szóstej.
A potem nagle - czwartek, szesnasta trzydzieści, dzwonek do drzwi. Stoi Marek. Sam, bez Kubusia, bez Patrycji. W ręku teczka.
- Mamo, musimy porozmawiać jak dorośli ludzie.
Jak dorośli ludzie. Jakby do tej pory rozmawiał z dzieckiem.
Wycena rzeczoznawcy: trzysta osiemdziesiąt tysięcy złotych za całe mieszkanie. Jedna szósta to sześćdziesiąt trzy tysiące. Marek chciał albo przelew na konto, albo sprzedaż mieszkania i podział pieniędzy. Dał mi czas do końca roku. Dwa miesiące.
- Skąd ja wezmę sześćdziesiąt trzy tysiące? - zapytałam cicho.
- Mamo, możesz wziąć kredyt. Albo odwróconą hipotekę. Albo sprzedajemy i kupujesz sobie coś mniejszego. Kawalerkę.
Kawalerkę. Po czterdziestu latach w tym mieszkaniu - kawalerkę. Mam sześćdziesiąt trzy lata, emeryturę dwa tysiące osiemset złotych i chore kolana. Który bank da mi kredyt?
Nie krzyczałam. Nawet nie płakałam - przynajmniej nie przy nim. Zapytałam tylko:
- Czy Patrycja o tym wie?
Zawahał się. Tylko na sekundę, ale to wystarczyło.
- To nasza wspólna decyzja - powiedział.
Kłamał. Znałam to spojrzenie - takie samo miał Stefan, kiedy mówił, że nie pali w pracy. Patrycja. Zawsze grzeczna, zawsze pomocna, zawsze „mamo, niech mama siada, ja pozmywam". Zaczęłam się zastanawiać, ile z tych uśmiechów było prawdziwych.
Przez tydzień po wizycie Marka nie mogłam spać. Wstawałam o czwartej, parzylam herbatę z cytryną i siadałam w kuchni przy oknie. Patrzyłam na kasztan - już bez liści, z czarnymi gałęziami jak popękane żyły na dłoniach starej kobiety. Myślałam o Stefanie. O tym, jak powiedziałby: „Bożena, daj spokój, jakoś to będzie". Stefan zawsze tak mówił. I jakoś było - ale teraz Stefana nie ma, a Marek stoi po drugiej stronie stołu z teczką w ręku.
Zadzwoniłam do Lucyny, sąsiadki z drugiego piętra, bo nie miałam do kogo. Lucyna jest starsza ode mnie o pięć lat, owdowiała jeszcze wcześniej, też ma syna. Wysłuchała, pokiwała głową i powiedziała:
- Bożena, a pamiętasz, jak mój Grzegorz chciał mnie wziąć do notariusza, żebym mu przepisała działkę na ROD? Odprawiłam go z kwitkiem. To jest twoje mieszkanie. Nie daj się.
Ale ja nie byłam pewna, czy to jest takie proste. Bo prawo mówi jedno, a serce drugie. Marek ma rację - formalnie ta szósta część jest jego. Stefan by chciał, żeby syn dostał to, co mu się należy. Ale Stefan by nie chciał, żebym ja przez to straciła dach nad głową.
W listopadzie poszłam do prawniczki. Młoda dziewczyna, mogłaby być moją córką. Wytłumaczyła, że Marek nie może mnie zmusić do sprzedaży z dnia na dzień, ale może złożyć wniosek o zniesienie współwłasności do sądu. Sąd może zarządzić sprzedaż. To trwa, ale kończy się tak samo.
- Może pani zaproponować synowi spłatę w ratach - powiedziała. - Albo porozmawiać o dożywotnim prawie do mieszkania z jednoczesnym zapisem udziału na jego rzecz po pani śmierci.
Wychodząc z kancelarii, przystanęłam na klatce schodowej. Trzymałam się poręczy i myślałam: trzy lata milczał. Trzy lata jadł mój sernik, całował mnie na pożegnanie i mówił „kocham cię, mamo". A przez cały ten czas w głowie miał sześćdziesiąt trzy tysiące złotych.
A może nie. Może to przyszło nagle - kłopoty z firmą, jakiś dług, presja Patrycji na większe mieszkanie dla Kubusia. Może Marek też nie spał w nocy. Może też siedział w kuchni i patrzył w okno. Nie wiem. Nie zapytałam. Bo się bałam odpowiedzi.
W grudniu zadzwoniłam do niego. Powiedziałam, że nie wezmę kredytu, nie sprzedam mieszkania i nie wyprowadzę się do żadnej kawalerki. Że proponuję mu notarialne zobowiązanie - po mojej śmierci cały udział przechodzi na niego. A na razie niech da mi spokój.
Cisza w słuchawce trwała chyba z dziesięć sekund.
- Mamo, to może być za dwadzieścia lat.
- No - powiedziałam. - Mam nadzieję, że tak.
Na Wigilię nie przyjechał. Pierwszy raz od dwudziestu lat nakryłam do stołu tylko dla siebie. Zostawiłam jedno dodatkowe nakrycie - jak nakazuje tradycja - i pomyślałam, że nie wiem, na kogo czekam bardziej. Na niespodziewanego gościa czy na własnego syna.
Sernik stygnie na blacie. Nie tknęłam go. Kasztan za oknem stoi nagi i cichy, czeka na wiosnę. Ja chyba też czekam - tylko nie jestem pewna, czy to, co nadejdzie, będzie cieplejsze od tego, co zostawiam za sobą.