Telewizor wybierała mi rodzina tydzień: „ten jest najlepszy!" - sześćdziesiąt pięć cali, tryb dla konsoli, pilot o sześćdziesięciu przyciskach. Konsola wnuka wprowadziła się dzień po dostawie. Dokupiłam sobie mały telewizorek do sypialni: siedem przycisków, wszystkie zrozumiałe. Duży stoi w salonie - „dla gości". Goście grają. Ja oglądam. Każdy swoje.

Mogłoby się wydawać, że to historia o telewizorze. Ale to nie jest historia o telewizorze. To jest historia o tym, jak powoli, po centymetrze, zaczęłam tracić własne mieszkanie. I o tym, jak długo nie potrafiłam tego powiedzieć na głos.

Zaczęło się niewinnie, jak to zwykle bywa. Syn Darek zadzwonił we wtorek po południu. Słyszałam w tle głos Patrycji, jego żony, i piski mojego wnuka Olka.

- Mamo, twój telewizor to już muzeum techniki. Olek mówi, że nie podłączy do niego niczego. Pomyśleliśmy, że ci kupimy porządny. Na urodziny, z okazji i bez okazji. Co ty na to?

Co ja na to. Mój stary telewizor miał dwadzieścia lat i działał bez zarzutu. Siedemnaście kanałów, które oglądałam, pokazywał doskonale. Ale spróbujcie powiedzieć trzydziestoośmioletniemu synowi informatykowi, że nie potrzebujecie nowego telewizora. To jakbyście powiedzieli chirurgowi, że wolicie się leczyć ziółkami.

Mam na imię Bożena, mam sześćdziesiąt dwa lata i od trzech lat jestem na emeryturze. Trzydzieści lat przepracowałam w księgowości w hucie szkła pod Wrocławiem. Mąż Henryk odszedł osiem lat temu - nie umarł, nie bójcie się, po prostu odszedł do Teresy z działu kadr. Rozwód, podział majątku, ja zostałam z trzypokojowym mieszkaniem na Kozanowie. Dużym jak na jedną osobę. Może za dużym.

Tydzień trwały narady. Darek wysyłał mi linki do porównań, których nie otwierałam. Patrycja dzwoniła z pytaniami o „rozmiar ściany w salonie". Olek, lat czternaście, nagrał mi filmik, na którym tłumaczył, co to jest „input lag" i dlaczego to ważne. Nie zrozumiałam ani słowa, ale filmik był uroczy, więc powiedziałam: kupujcie, co chcecie.

Telewizor przyjechał w sobotę. Sześćdziesiąt pięć cali. Kiedy Darek go rozpakował i postawił na szafce, miałam wrażenie, że salon się skurczył o połowę. Ekran był większy niż okno w kuchni.

- No, mamo - Darek promieniał. - Teraz to dopiero będziesz oglądać Sanatorium miłości!

Nie oglądam Sanatorium miłości. Nigdy nie oglądałam. Ale nie powiedziałam tego, bo Darek był taki szczęśliwy, jakby to jemu ktoś kupił prezent.

Pilot miał sześćdziesiąt przycisków. Policzyłam. Niektóre były identyczne w dotyku, różniły się tylko kolorem, którego i tak nie widziałam bez okularów. Darek pokazał mi „te trzy najważniejsze", ale za każdym razem, gdy chciałam zmienić kanał, włączał się jakiś tryb, ekran ciemniał albo wyskakiwało menu w języku angielskim.

- Tato, to jest babciny pilot! - usłyszałam, jak Olek mówi do Darka tydzień później, kiedy przyjechali „sprawdzić, czy wszystko działa". Olek trzymał w ręku prostokątne czarne pudełko z napisem, którego nie potrafiłam odczytać. Podłączył konsolę w kwadrans. Od tamtej pory salon przestał być mój.

Nie od razu, oczywiście. Najpierw Olek przyjeżdżał w piątki po szkole. „Babciu, mogę pograć godzinkę?" Godzinka zamieniała się w trzy. Potem zaczął zostawać na noc. Potem Patrycja przywoziła go we wtorki i czwartki, bo „Darek ma dyżur, a Olek sam w domu siedzi, u ciebie mu weselej".

Nie zrozumcie mnie źle. Kocham wnuka. Kocham, kiedy wchodzi do kuchni i mówi: „Babciu, a masz te naleśniki z serem?". Kocham jego śmiech, nawet ten przez słuchawki, kiedy gra z kolegami i krzyczy rzeczy, których nie chcę rozumieć. Ale zaczęłam się czuć jak lokatorka we własnym mieszkaniu.

Salon - zajęty. Olek grał albo leżał na kanapie z telefonem. Kuchnia - zajęta, bo Olek musiał jeść, a ja gotowałam. Łazienka - zajęta, bo czternastolatek myje się czterdzieści minut. Zostawała mi sypialnia. I balkon, kiedy nie padało.

Kupiłam sobie mały telewizor. Trzydzieści dwa cale, prosty jak cep, siedem przycisków na pilocie. Sprzedawca w sklepie patrzył na mnie jak na wariatkę. „Pani Bożeno, za te pieniądze mogę dać pani smart TV z..." - „Nie chcę smart" - powiedziałam. - „Chcę głupi. Najgłupszy, jaki pan ma".

I wiecie co? Byłam szczęśliwa. Siadałam wieczorem na łóżku, robiłam herbatę z cytryną, włączałam dwójkę i oglądałam film. Słyszałam z salonu odgłosy bitew i eksplozji, a u mnie Krystyna Janda mówiła coś mądrym, spokojnym głosem. Dwa światy oddzielone ścianą z wielkiej płyty.

Aż pewnego wieczoru zadzwoniła Patrycja.

- Bożena, mamy z Darkiem sprawę. Chcieliśmy z tobą porozmawiać. Olek tyle czasu spędza u ciebie, może by tak... formalnie ustalić, że on u ciebie zamieszka na stałe? Bliżej ma do szkoły, ty masz towarzystwo, a my z Darkiem moglibyśmy wreszcie w soboty...

Nie dokończyła, bo chyba usłyszała ciszę po mojej stronie. Tę ciszę, która jest głośniejsza niż krzyk.

- Bożena? Jesteś tam?

Byłam. Siedziałam na łóżku, w sypialni, przy swoim małym telewizorku, i nagle zobaczyłam to wszystko z góry. Trzypokojowe mieszkanie emerytowanej księgowej. Salon z konsolą wnuka. Kuchnia, w której gotuję dla wnuka. Sypialnia, w której się chowam. I synowa, która mówi mi, że to „towarzystwo".

- Patrycja - powiedziałam powoli. - Ja was bardzo kocham. Ale to jest moje mieszkanie.

Po drugiej stronie znowu cisza. Chyba się tego nie spodziewała. Nikt się nie spodziewał, że Bożena powie coś innego niż „oczywiście, kochanie".

- Nie rozumiem - Patrycja odpowiedziała chłodno. - Myślałam, że lubisz, jak Olek u ciebie jest.

- Lubię. Lubię, jak przyjeżdża. Lubię, jak wychodzi. Lubię, jak zostaję sama i nikt nie siedzi w moim salonie.

Rozmowa skończyła się grzecznie, ale w powietrzu zostało coś ciężkiego. Darek nie dzwonił trzy dni. Potem napisał SMS: „Mamo, chyba Patrycja Cię źle zrozumiała". Nie odpisałam. Bo Patrycja zrozumiała doskonale.

W piątek Olek nie przyjechał. Ani w następny. Mieszkanie było ciche. Za ciche. Stałam w salonie i patrzyłam na ten ogromny czarny ekran sześćdziesiąt pięć cali, na konsolę z plątaniną kabli, na dwa kontrolery rzucone na kanapie. I na swoje odbicie w wyłączonym telewizorze - drobna kobieta w swetrze, z kubkiem w ręku, w pustym pokoju.

Zadzwoniłam do Olka. Odebrał po trzecim sygnale.

- Babciu? Wszystko dobrze?

- Wszystko dobrze, synku. Przyjedziesz w piątek? Zrobię naleśniki z serem.

- Jasne, babciu! - w jego głosie nie było żadnego żalu, żadnej pretensji. Czternaście lat. W tym wieku nie zauważa się dorosłych wojen.

Odłożyłam telefon. Poszłam do sypialni, włączyłam swój mały telewizor, siedem przycisków, i usiadłam na łóżku.

Za trzy dni Olek wróci. Konsola się włączy. Salon znowu nie będzie mój. I znowu nie powiem nic, bo jest różnica między tym, czego chcemy, a tym, na co nas stać, kiedy patrzymy w oczy własnemu wnukowi. Tylko nie wiem, czy to jest miłość, czy tchórzostwo. I nie wiem, czy chcę znać odpowiedź.