Działkę wystawiłam na sprzedaż - od trzech lat kopię tam sama. Syn zadzwonił tego samego wieczoru: „mamo, jak możesz, tam są nasze wspomnienia!". Wspomnienia zarastały pokrzywą. Kupił je pan Wiesiek - przyjeżdża z wnukami co sobotę.

Ogłoszenie wrzuciłam w poniedziałek rano, tuż po ósmej. Zdjęcia robiłam dzień wcześniej - specjalnie poczekałam, aż słońce wyjdzie zza chmur, żeby altanka nie wyglądała tak żałośnie. Ale i tak wyglądała. Farba odchodziła płatami, rynna zwisała jak złamana ręka, a grządki, na których Tadek hodował pomidory malinowe, tonęły w pokrzywach do pasa.

Napisałam krótko: „Działka ROD, 320 m², altanka murowana, prąd, woda. Do negocjacji." Palce trzęsły mi się nad klawiaturą. Przez trzydzieści dwa lata ta działka była częścią mojego życia. A teraz wyceniałam ją na osiemdziesiąt tysięcy złotych.

Telefon zadzwonił o dwudziestej trzeciej. Na wyświetlaczu - „Grzegorz". Syn. Dzwoni do mnie raz na dwa tygodnie, zwykle w niedzielę po obiedzie, więc od razu poczułam, że coś jest nie tak.

„Mamo, jak możesz?" - usłyszałam zamiast dzień dobry. - „Kasia mi przesłała link. Sprzedajesz działkę? Naszą działkę?"

Naszą. Zawsze mnie to bawiło - to „naszą". Grzegorz od siedmiu lat mieszka we Wrocławiu. Pracuje w firmie informatycznej, ma żonę Kasię, dwójkę dzieci. Na działce był ostatni raz cztery lata temu, na imieninach Tadka. Rok przed tym, jak Tadek zachorował.

„Grzesiek, tam jest pokrzywa do kolan" - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło. - „Od trzech lat kopię tam sama. Sama malowałam altankę, sama naprawiałam płot, sama ciągnęłam węża przez pół ogrodu, bo pan Zdziś z sąsiedniej działki powiedział, że kran przy moim stanowisku trzeba wymienić."

„To mogłaś powiedzieć, pomógłbym."

„Kiedy, Grzesiu? Kiedy?"

Cisza. Słyszałam, jak w tle Kasia mówi coś do dzieci - chyba kazała im iść do pokoju. Grzegorz odchrząknął.

„Tam tata sadził jabłonki. Pamiętasz? Ja i Marta pomagaliśmy mu kopać doły, a ty robiłaś lemoniadę z tych miętowych listków."

Pamiętałam. Oczywiście, że pamiętałam. Tadek w koszulce w kratę, z łopatą większą od Marty, która miała wtedy sześć lat. Grzegorz - dziesięć, poważny jak mały mężczyzna, trzymał drzewko prosto, żeby ojciec mógł zasypać korzenie. Te jabłonki rosną do dziś. Jedna papierówka, jedna antonówka. Tadek mówił, że jak dzieci dorosną, będą przyjeżdżać po jabłka na szarlotkę.

Dzieci dorosły. Marta jest w Krakowie, uczy angielskiego w prywatnej szkole. Grzegorz we Wrocławiu. Po jabłka nikt nie przyjeżdża. W zeszłym roku opadły na ziemię i gniły, aż pan Zdziś powiedział mi delikatnie, że osy latają na jego stronę i żona się boi.

„Grzesiu" - zaczęłam cierpliwie. - „Tata nie żyje od dwóch lat. Mam sześćdziesiąt trzy lata. Mam chore kolano i nie dam rady dźwigać konewek. Kto ma się tym zajmować?"

„Marto, powiedz coś mamie!" - Grzegorz musiał gdzieś do niej napisać, bo następnego dnia córka zadzwoniła. Ale Marta jest inna niż brat. Praktyczna. Spytała tylko: „Mamo, ile chcesz za nią dostać? Bo jeśli potrzebujesz pieniędzy, to mogę ci pożyczyć, żebyś nie musiała sprzedawać."

Nie chodziło o pieniądze. Znaczy - nie tylko. Emerytura po trzydziestu latach w księgowości w zakładach mięsnych to nie jest fortuna, ale jakoś sobie radzę. Chodziło o coś innego. O te sobotnie poranki, kiedy pakowałam do torby narzędzia, rękawice, kanapki z serem i jechałam dwoma autobusami na Bielany, na naszą działkę. Siadałam w altance i patrzyłam na te zarosłe grządki i czułam się tak, jakby Tadek gdzieś tu był, tuż za rogiem, zaraz wyjdzie z szopy z grabiami. Ale nie wychodził. I te soboty zamiast pocieszać - dusiły.

Pan Wiesiek zadzwonił w środę. Uprzejmy, spokojny głos. Powiedział, że szuka działki dla siebie i wnuków, bo córka samotnie wychowuje trójkę i on chce, żeby dzieciaki miały kawałek ziemi. Umówiliśmy się na piątek.

Przyjechał punktualnie. Niski, siwy, w kurtce z polaru mimo ciepłego maja. Chodził po działce powoli, oglądał altankę, kucnął przy jabłonkach. „Ładne drzewa" - powiedział. - „Ktoś o nie dbał." Pokiwałam głową. Nie umiałam nic powiedzieć, bo nagle gardło mi się ścisnęło.

Zapytał, czy cena jest do negocjacji. Powiedziałam, że tak. Zaproponował siedemdziesiąt. Zgodziłam się, nie targując się ani minuty. Pan Wiesiek popatrzył na mnie uważnie i powiedział: „Będziemy o nią dobrze dbać, pani Tereso."

Podpisaliśmy papiery u notariusza w następny wtorek. Grzegorz nie odzywał się przez tydzień. Potem napisał SMS: „Żałuję, że nie mogłem częściej przyjeżdżać." Nie odpisałam. Nie ze złości. Po prostu nie wiedziałam, co odpowiedzieć na coś, co było jednocześnie prawdą i wymówką.

Marta zadzwoniła w niedzielę, jak zwykle. Rozmawiałyśmy o pogodzie, o jej uczniach, o moim kolanie. Ani słowa o działce. Dopiero na koniec powiedziała cicho: „Mamo, dobrze zrobiłaś." A ja pomyślałam - skąd ona wie? Skąd ja mam wiedzieć?

Minął miesiąc. W sobotę szłam z zakupami z Biedronki i przeszłam obok przystanku, z którego jeździłam na działkę. Dwójka z kierunkiem na Bielany właśnie odjeżdżała. Stałam z siatkami i patrzyłam, jak znika za rogiem.

A potem - sama nie wiem, po co - pojechałam następną. Wysiadłam, przeszłam wzdłuż ogrodzenia ROD. Moja działka - już nie moja - była trzecia od bramy. Usłyszałam śmiech. Dziecięcy, piskliwy, głośny. Zajrzałam przez siatkę.

Pan Wiesiek klęczał przy grządce, a obok niego troje dzieci w kaloszach - jedno sadzące coś łopatką, drugie podlewające konewką, trzecie goniące kota po ścieżce. Grządki były przekopane. Pokrzywy nie było. Przy altance stała doniczka z pelargonią, a na sznurku między jabłonkami suszyły się ręczniki w paski.

Pan Wiesiek mnie zauważył. Podniósł rękę, pomachał. „Pani Tereso! Niech pani zobaczy, co posadziliśmy! Pomidory malinowe!"

Pomidory malinowe. Tadka pomidory.

Nie weszłam. Pomachałam tylko i odwróciłam się szybko, zanim łzy zrobiły swoje. Szłam do przystanku i myślałam o tym, że Grzegorz miał rację - tam były nasze wspomnienia. I że ja miałam rację - zarastały pokrzywą. I że pan Wiesiek sadzi nowe pomidory w miejsce naszych starych, i jego wnuki będą miały swoje wspomnienia, i może kiedyś też będą o nie walczyć, kiedy przyjdzie czas.

Wieczorem Grzegorz zadzwonił. Pierwszy raz od trzech tygodni. Głos miał cichy, jakby niepewny.

„Mamo, myślałem... może w sobotę przyjadę? Moglibyśmy gdzieś pojechać. Na obiad albo..."

„Albo na działkę?" - wyrwało mi się.

Cisza.

„Na działkę to chyba już nie" - powiedział w końcu.

„Nie" - potwierdziłam. - „Już nie."

Umówiliśmy się na obiad. Nie wiem jeszcze, o czym będziemy rozmawiać. Może o pomidorach. Może o jabłonkach. A może wreszcie o tym, o czym nie rozmawialiśmy od pogrzebu Tadka - o tym, jak bardzo nam go brakuje i jak bardzo brakuje nam siebie nawzajem. Albo znów porozmawiamy o pogodzie. Zobaczymy.

Jedno wiem na pewno: klucza do furtki już nie mam. I jakoś dziwnie - lżej mi się z tym oddycha.