Syn z synową zamawiają wszystko na mój adres - „mama i tak jest w domu". W przedpokoju piętrzą się ich kartony. Wywiesiłam na drzwiach regulamin: przyjmuję tylko paczki zapowiedziane SMS-em. Pierwszą niezapowiedzianą kurier zabrał w środę.

Kurier spojrzał na mnie ze zrozumieniem, a nawet - wydaje mi się - z cichą sympatią. „Pani, to się zdarza częściej, niż pani myśli" - powiedział, skanując zwrot. Patrzyłam, jak znika w windzie z kartonem, w którym pewnie była kolejna lampka nocna albo filtr do ekspresu, albo cokolwiek innego, czego Tomek z Kasią nie chcieli odebrać w swoim mieszkaniu trzy przystanki dalej.

Mam sześćdziesiąt dwa lata, jestem od roku na emeryturze, po trzydziestu ośmiu latach pracy w księgowości w fabryce opakowań na Pradze. Całe życie byłam osobą uporządkowaną. Rachunki w segregatorach, odkurzanie w poniedziałki, pranie we wtorki.

Mój mąż Ryszard mówił, że gdyby mnie nie było, świat by się zatrzymał. Ryszard umarł pięć lat temu - i świat się nie zatrzymał, ale mój na jakiś czas stanął.

Tomek jest moim jedynym dzieckiem. Urodził się, kiedy miałam dwadzieścia sześć lat, i od pierwszego dnia był moim słońcem. Wiem, że tak mówi każda matka, ale Tomek naprawdę był grzecznym chłopcem. Spokojny, cichy, zawsze z książką albo klockami. Kłopoty zaczęły się, kiedy poznał Kasię.

Nie, to niesprawiedliwe. Nie zaczęły się. Raczej - zmieniły kształt.

Kasia jest energiczna, szybka, ma opinię na każdy temat i kupuje rzeczy, które widzi w telefonie, zanim zdąży pomyśleć, czy ich potrzebuje. Pracuje w korporacji, więc zarabia nieźle, ale mieszkania prawie nie widzi - wraca po ósmej, czasem dziewiątej. Tomek jest programistą, pracuje z domu. Z ich domu. Które jest dwupokojowe, na osiedlu za rondem, osiemnaście minut autobusem ode mnie.

Osiemnaście minut. Nie osiemnaście godzin. A jednak paczki przyjeżdżają do mnie.

Zaczęło się niewinnie, jak to zwykle bywa. Ze dwa lata temu Kasia zamówiła sukienkę i poprosiła, żebym odebrała, bo akurat oboje byli w delegacji. Odebrałam, nie ma sprawy. Potem przyszła paczka z butami. Potem z książkami dla Tomka. Potem z karmą dla kota, którego nawet u mnie nie trzymają. Potem trzy paczki jednego dnia - termos, poduszka ortopedyczna i jakiś krem w pudełku wielkości walizki.

„Mamo, to wygodniej, bo ty i tak jesteś w domu" - powiedział Tomek przez telefon, kiedy zapytałam, dlaczego nie podadzą swojego adresu. „U nas paczkomat jest ciągle pełny, a kurier dzwoni, jak nikt nie odbiera, i wraca z paczką. U ciebie nie ma problemu."

U mnie nie ma problemu. Bo mama jest w domu. Mama nigdzie nie chodzi. Mama nie ma życia.

Tylko że mama ma życie. Małe, spokojne, ale swoje. W poniedziałki chodzę na gimnastykę dla seniorów w domu kultury przy Grochowskiej. We wtorki mam kółko brydżowe z Haliną, Bożeną i Teresą. W środy jeżdżę na działkę, nawet zimą, bo lubię tam siedzieć z herbatą i patrzeć na śpiące grządki. W czwartki robię zakupy, a w piątki czasem idę do kina na tani seans o czternastej. Nie jestem kurierem. Nie jestem punktem odbioru paczek.

Ale próbowałam to tłumaczyć łagodnie i nie działało.

„Mamo, no przecież to nic takiego" - mówił Tomek. „Otwierasz drzwi, bierzesz paczkę, odkładasz. Trzy minuty." Kasia dodawała z uśmiechem: „My byśmy panią tak nie obciążali, ale te paczkomaty to masakra, a kurierzy coraz gorsi." Panią. Mówiła do mnie na panią. Znaczy - pani mamo. Taka forma. Niby grzeczna, a jednak czułam się jak usługodawczyni.

Kartony zaczęły się piętrzyć w przedpokoju, bo Tomek z Kasią nie zawsze odbierali je od razu. Czasem leżały trzy, cztery dni. Raz - ponad tydzień. Chodziłam korytarzem bokiem, omijając stos pudełek jak slalom. W pewnym momencie zorientowałam się, że nie widzę własnych butów, bo stoją za ścianą z kartonów.

Wtedy pękłam.

Nie od razu, bo ja nigdy niczego nie robię od razu. Najpierw leżałam wieczorem w łóżku i myślałam. Potem rozmawiałam z Haliną przy brydżu - Halina powiedziała: „Grażyna, ty jesteś za dobra, a oni ci wchodzą na głowę". Bożena była ostrożniejsza: „No ale to syn, nie obcy. Nie przesadzaj." Teresa milczała, bo Teresa zawsze milczy, kiedy temat jest o rodzinie. Ale po partii szepnęła mi: „Zrobiłabym to samo co ty, tylko szybciej."

Kupiłam kartkę A4. Napisałam flamastrem, starannym pismem, bez złości, ale bez wykrzykników:

„Przyjmuję wyłącznie paczki zapowiedziane SMS-em minimum dzień wcześniej. Paczki niezapowiedziane - proszę kuriera o zwrot."

Podpisałam: G. Kowalska. I przykleiłam na drzwiach od wewnątrz - ale tak, żeby było widać przez wizjer. A potem wysłałam Tomkowi zdjęcie kartki z krótkim SMS-em: „Synku, od teraz tak. Proszę, uprzedzajcie."

Odpowiedź przyszła po godzinie. Nie od Tomka. Od Kasi.

„Pani mamo, chyba żartuje? To tylko paczki, nie bomby. Nie rozumiem tego cyrku."

Nie odpisałam. Trzęsły mi się ręce, ale nie odpisałam. Poszłam do kuchni, zalałam herbatę, wyjęłam z szafki sernik, który upiekłam rano. Zjadłam dwa kawałki. Trzeci włożyłam na talerz dla Teresy, bo Teresa wpadała następnego dnia.

W środę przyszedł kurier z dużym kartonem. Nie miałam żadnego SMS-a. Spojrzałam na paczkę, spojrzałam na kuriera, powiedziałam: „Nie przyjmuję. Proszę zabrać." Kurier wzruszył ramionami, wyciągnął telefon, zeskanował. Zabrał.

Wieczorem zadzwonił Tomek.

„Mamo, zwrócili nam oczyszczacz powietrza. Wiesz, ile kosztował? Kasia jest wściekła."

„Synku, napisałam SMS-a tydzień temu. Regulamin wisi na drzwiach."

„Jaki regulamin, mamo? To jest dom, nie urząd pocztowy. Zachowujesz się dziwnie."

Milczałam chwilę. Słyszałam w tle głos Kasi - ostry, przyciszony, ale wyraźny: „Daj mi ten telefon."

„Tomek" - powiedziałam szybko, zanim Kasia przejęła słuchawkę. „Ja was kocham. Ale nie jestem magazynem. Przyjeżdżajcie po paczki albo zamawiajcie do siebie. A jak chcecie przyjść - to przyjdźcie na obiad, nie po kartony."

Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam, jak Kasia szepcze coś gwałtownie, a Tomek oddycha ciężko.

„Dobra, mamo" - powiedział w końcu. „Dobra."

Minęły dwa tygodnie. Paczki przestały przychodzić. Ale Tomek też nie dzwonił. Nie pisał. Nie przyjechał. Kartki z regulaminem nie zdjęłam - wisi na drzwiach, trochę już zagięta na rogach. Halina mówi, że dobrze zrobiłam. Bożena mówi, że mogłam łagodniej. Teresa milczy.

Wczoraj wieczorem, kiedy już myłam zęby, usłyszałam SMS-a. Tomek. Trzy słowa: „Mamo, mogę jutro?"

Nie napisał, po co. Nie napisał, czy z Kasią. Nie uprzedził o żadnej paczce.

Odpisałam: „Ugotuję rosół."

Ale kartki z drzwi nie zdjęłam.