Od lat przed Wszystkimi Świętymi robię wiązanki na rodzinne groby - jedenaście sztuk, z chryzantem z mojej działki. W tym roku zrobiłam jedną, dla Stefana. Na grupę wysłałam listę grobów i numer kwiaciarni. Córka: „mamo, a ty się dobrze czujesz?".

Dobrze się czuję. Właśnie o to chodzi - że wreszcie się dobrze czuję.

Ale zanim to wytłumaczę, muszę cofnąć się do początku. Do trzydziestu lat wiązanek, brudnych paznokci od ziemi, do bólu kręgosłupa nad stołem w altance, gdzie układałam gałązki tui, wrzos i chryzantemy w kompozycje, których nikt nigdy nie docenił.

Mam na imię Halina. Sześćdziesiąt cztery lata, emerytowana księgowa z poznańskiego Rataj. Działka ROD przy Naramowickiej - czterdzieści metrów kwadratowych mojego świata. Stefan, mój mąż, leży na Junikowie od marca. Czterdzieści lat małżeństwa, troje dzieci: Agnieszka, Tomek i Kasia. I właśnie te troje dzieci teraz uważa, że zwariowałam.

Może zacznę od listy. Bo ta lista grobów to jest cała historia naszej rodziny.

Grób Stefanowych rodziców. Grób jego babki Marianny. Grób wujka Tadeusza, który nie miał własnych dzieci. Grób mojej mamy i taty. Grób mojego brata Zdzisława, który zginął w wypadku w osiemdziesiątym szóstym.

Grób dziadków ze strony mamy. Grób cioci Lucyny. I jeszcze trzy, do których trafili dalsi krewni Stefana - ludzie, których ledwo znałam, ale Stefan mówił: „Halinka, wypada". Jedenaście grobów. Jedenaście wiązanek. Co roku.

Stefan nigdy ich nie robił. Stefan zawoził. Pakował do bagażnika starej Toyoty, wiózł na trzy cmentarze - Junikowo, Miłostowo i ten mały w Swarzędzu - i stawiał. Potem wracał, siadał przed telewizorem i mówił: „No, załatwione na kolejny rok". Jakby to był przegląd techniczny, nie pamięć o zmarłych.

A ja od września zaczynałam przygotowania. Chryzantemy trzeba dobrze wyhodować, odpowiednio przyciąć, żeby zakwitły na czas. Tui kupowałam od pani Zosi z sąsiedniej działki. Wrzos - z marketu, bo na działce nie chciał mi rosnąć. Druciki, wstążki, gąbki florystyczne. Cały październik spędzałam w altance, robiąc te wiązanki po dwie dziennie, bo ręce już nie te co kiedyś.

Nikt nigdy nie zapytał, czy potrzebuję pomocy.

Nie. To nieprawda. Raz zapytała Kasia. Miała wtedy może szesnaście lat, przyszła na działkę, popatrzyła na moje ręce - pokaleczone drucikiem, brudne - i powiedziała: „Mamo, mogę ci pomóc?". Powiedziałam, że tak, i pokazałam jej, jak układać gałązki. Zrobiła jedną wiązankę. Powiedziała, że jest brzydka, i poszła do koleżanki. Więcej nie pytała.

Agnieszka, najstarsza, mieszka we Wrocławiu. Tomek w Warszawie. Kasia tu, w Poznaniu, ale ma swoje życie, dwójkę małych dzieci, męża Dariusza, który pracuje na dwie zmiany. Rozumiem to. Naprawdę rozumiem. Dzieci mają swoje życie.

Tylko że kiedy Stefan umarł w marcu - nagle, udar, trzy dni na OIOM-ie i koniec - to te jedenaście grobów zostało ze mną. I kiedy przyszedł wrzesień, usiadłam na ławce na działce, popatrzyłam na chryzantemy i pomyślałam: po co?

Po co robię wiązankę na grób wujka Tadeusza, którego widziałam może dziesięć razy w życiu? Po co na grób Stefanowej babki Marianny, która za życia mówiła o mnie „ta od rachunków"? Po co na grób ludzi, których jedyną więzią ze mną było to, że Stefan powiedział „wypada"?

Stefan nie żyje. I to jego „wypada" umarło razem z nim.

Zrobiłam jedną wiązankę. Piękną. Z najlepszych chryzantem - białych i złotych, takich, które Stefan lubił. Włożyłam w nią wrzos, odrobinę lawendy z działki, kilka gałązek tui. Robiłam ją cały wieczór, powoli, bo tym razem nie goniło mnie jedenaście terminów. Przy jednej wiązance mogłam usiąść, napić się herbaty, wspominać. Pogładzić płatki i pomyśleć o tym, jak Stefan przynosił mi kawę na działkę w niebieskim termosie.

Potem napisałam na rodzinną grupę na WhatsAppie. Wymieniłam wszystkie groby, dołączyłam numer kwiaciarni na Wildzie, gdzie można zamówić gotowe wiązanki z dostawą na cmentarz. Napisałam: „W tym roku ja zajmuję się grobem taty. Resztą proszę, żebyście zajęli się sami albo zamówili w kwiaciarni. Numer poniżej".

Cisza przez dwie godziny.

Potem Agnieszka: „Mamo????".

Tomek: „Nie rozumiem".

I Kasia, ta jedyna, która kiedyś chciała mi pomóc: „Mamo, a ty się dobrze czujesz?".

Zadzwoniła wieczorem. Głos miała taki ostrożny, jakby rozmawiała z kimś, kto stoi na krawędzi dachu.

- Mamo, co się stało? Zawsze robiłaś wiązanki. Uwielbiałaś to.

- Nie uwielbiałam - powiedziałam. - Robiłam, bo nikt inny nie robił.

Milczała chwilę. Słyszałam w tle, jak mały Kubuś się kłóci z siostrą o pilota od telewizora.

- Ale to tradycja, mamo. Babcia by chciała twoje wiązanki, nie z kwiaciarni.

- Babcia nie żyje, Kasiu. Nie rozróżni moich chryzantem od sklepowych. A ja mam sześćdziesiąt cztery lata i bolą mnie ręce.

Kolejna cisza. Potem, ciszej:

- Mówisz tak, bo tęsknisz za tatą?

Pomyślałam chwilę. Tęsknię? Tak. Ale to nie o tęsknotę chodzi. Chodzi o to, że przez czterdzieści lat robiłam rzeczy, bo „wypada". Bo Stefan tak powiedział. Bo rodzina tego oczekiwała. Jedenaście wiązanek, dwanaście potraw na Wigilię, trzydzieści słoików przetworów, czterdzieści osiem pączków na tłusty czwartek - dla Agnieszki, Tomka, Kasi, ich rodzin, sąsiadów, koleżanek Stefana z pracy.

- Mówię tak, bo wreszcie mogę - odpowiedziałam.

Agnieszka zadzwoniła następnego dnia. Była bardziej rzeczowa, mniej delikatna. Powiedziała, że „ludzie zobaczą" i „co pomyślą", że puste groby to wstyd. Powiedziałam jej, że numer kwiaciarni wysłałam, że mogą zamówić. Że mogą też przyjechać i sami postawić kwiaty, bo mają samochody, mają pieniądze, mają ręce.

- Ja nie umiem robić wiązanek - powiedziała Agnieszka tonem, jakby to był argument nie do podważenia.

- Ja też nie umiałam, jak zaczynałam - odpowiedziałam. - Miałam dwadzieścia pięć lat i instrukcję z „Przyjaciółki".

Tomek się nie odezwał. Tomek nigdy się nie odzywał w rodzinnych sprawach. Jak Stefan - stał z boku i czekał, aż ktoś zrobi.

Pierwszy listopada był tydzień temu. Pojechałam na Junikowo z jedną wiązanką. Postawiłam na grobie Stefana. Zapaliłam znicz. Usiadłam na ławce naprzeciwko i po raz pierwszy od lat nie myślałam o tym, że muszę jeszcze zdążyć na Miłostowo i do Swarzędza.

Siedziałam i piłam herbatę z termosu. Z tego niebieskiego termosu Stefana.

Wieczorem Kasia przysłała zdjęcie. Grób mojej mamy - świeże kwiaty, znicz, zamiecione liście. Napisała: „Byłam z Kubusiem. Zamówiłam też w kwiaciarni na resztę. Ale w przyszłym roku chciałabym spróbować zrobić wiązankę sama. Nauczysz mnie?"

Długo patrzyłam na ten telefon. Trzydzieści lat robiłam jedenaście wiązanek i nikt nie chciał się nauczyć. Stefan umarł i nagle córka pyta, czy ją nauczę.

Nie odpisałam od razu. Odłożyłam telefon, umyłam termosik, powiesiłam kurtkę. Dopiero przed snem wzięłam komórkę i napisałam: „Zobaczymy".

Bo nie wiem jeszcze, czy chcę wracać do tej altanki we wrześniu z drucikiem i tują. Może chcę. Może nie. Może jedno „zobaczymy" to jest dokładnie tyle, na ile mam teraz siłę.