Wnuk poprosił, żebym ładnie przepisała jego list do Mikołaja - „bo ty masz piękne litery, babciu". Lego, rower, sanki. Punkt czwarty podyktował po namyśle: „żeby mama i tata mieli czas zawieźć mnie do babci w każdą sobotę". Przepisałam kaligraficznie, bez poprawek. List leży u nich pod choinką.
Kiedy Olek dyktował mi ten czwarty punkt, musiałam wstać od stołu i odwrócić się w stronę kuchennego okna, bo nie chciałam, żeby zobaczył, jak mi się oczy szklą. Stałam tak może pięć sekund, może dziesięć. Wytarłam ręce o fartuch, odchrząknęłam i wróciłam do pisania. Sześciolatek nie powinien widzieć, że babcia płacze nad jego listem do Mikołaja.
Mam na imię Halina, za dwa miesiące skończę sześćdziesiąt cztery lata. Przez trzydzieści osiem lat pracowałam jako księgowa w spółdzielni mieszkaniowej na Bielanach, a teraz od dwóch lat jestem na emeryturze.
Mój mąż Ryszard umarł osiem lat temu - zawał na działce ROD, między grządką z pomidorami a malinami. Zostałam z trzypokojowym mieszkaniem w bloku i z synem Tomkiem, który wtedy kończył studia. I z takim uczuciem, że oto świat się skończył, a ja wciąż oddycham.
Tomek skończył informatykę, dostał pracę w korporacji na Mokotowie, potem poznał Agatę. Ładna dziewczyna, drobna, z takimi zdecydowanymi oczami. Analityczka w banku.
Ślub wzięli cztery lata temu, skromny, w urzędzie, potem obiad dla dwudziestu osób w restauracji przy Łazienkach. Ja upiekłam sernik na zimno i szarlotkę. Agata podziękowała grzecznie, ale widziałam, jak zerka na telefon, sprawdza coś, organizuje. Wtedy pomyślałam: ta dziewczyna lubi mieć kontrolę. Nie pomyślałam jeszcze, że ta kontrola obejmie też mnie.
Przez pierwszy rok po ślubie Tomek wpadał do mnie prawie co tydzień. Czasem sam, czasem z Agatą. Jedli rosół, zabierali słoiki z dżemem, Agata chwaliła moje pierogi. Normalnie. Potem urodził się Olek i wszystko zaczęło się zmieniać - nie nagle, nie z hukiem, tylko tak, jak rdza zjada rower zostawiony na balkonie. Powoli, kawałek po kawałku.
Najpierw były rady. Moje rady, znaczy. Powiedziałam kiedyś, że Olek za lekko ubrany na październik. Agata zacisnęła usta i odpowiedziała: „Dzieci się hartuje, mamo, teraz inne czasy". Kiedy zasugerowałam, że może herbatka z lipy na kaszel, usłyszałam: „Pediatra powiedział, że domowe sposoby mogą zaszkodzić". Nauczyłam się milczeć. Ale milczenie nie wystarczyło.
Zaczęły się odwoływane wizyty. „Mamo, sorry, Olek źle spał, nie przyjedziemy". „Mamo, Agata ma migrenę, może za tydzień". „Mamo, sobota nam nie pasuje, a w niedzielę jedziemy do rodziców Agaty". Do rodziców Agaty - to zdanie wracało jak refren. Oni mieszkali w Piasecznie, mieli dom z ogrodem, plac zabaw dla Olka, dwa labradory. Ja miałam trzecie piętro bez windy i balkon z pelargoniami.
Próbowałam nie porównywać. Naprawdę próbowałam. Ale kiedy Olek zaczął mówić „babcia z Piaseczna" i „babcia z bloku", poczułam coś ostrego pod żebrami. Babcia z bloku. Jakbym była dodatkiem do adresu.
Rozmawiałam z Tomkiem. Raz, drugi, trzeci. Zawsze to samo: „Mamo, nie przesadzaj. Agata nic złego nie robi. Po prostu mamy dużo na głowie". A ja słyszałam w jego głosie zmęczenie, takie głębokie, jak u człowieka, który od dawna stoi między dwoma ścianami i żadna nie chce się cofnąć.
Nie winię Agaty. To znaczy - próbuję nie winić. Wiem, że to nie jest zła kobieta. Widzę, jak się stara z Olkiem, jak organizuje mu zajęcia, jak pilnuje diety. Ma swoje wyobrażenie o tym, jak powinna wyglądać rodzina. W tym wyobrażeniu jest porządek, plan, harmonogram. A ja jestem tym elementem, który się w harmonogram nie mieści.
W październiku Olek skończył sześć lat. Przyjęcie było u nich, w wynajętym mieszkaniu na Ursynowie. Animatorka, balony, tort z dinozaurem. Byłam zaproszona. Siedziałam przy stole z rodzicami Agaty - Helena i Bogdan, mili ludzie, nie mam do nich pretensji. Helena pochyliła się do mnie i powiedziała cicho: „Halinka, ty się nie martw. Olek cię uwielbia. Ciągle mówi o twoim serniku".
Chciałam jej podziękować, ale mnie ścisnęło w gardle. Bo to było jednocześnie pocieszenie i potwierdzenie - że jest coś, z czego trzeba pocieszać.
A potem przyszedł grudzień i ten list do Mikołaja.
Tomek przywiózł Olka w sobotę rano, wyjątkowo, bo Agata miała szkolenie. Olek wbiegł z plecaczkiem i oświadczył, że musi napisać list, i że to pilne, bo Mikołaj zbiera zamówienia do piątku. Usiedliśmy przy kuchennym stole, tym samym, przy którym Ryszard jadł śniadania przez trzydzieści lat. Olek dyktował, a ja notowałam na brudno. Lego Technic, rower - taki niebieski, z przerzutkami - i sanki, bo „te stare są zepsute i tata mówił, że się nie da naprawić".
Potem zamyślił się. Gryzł końcówkę długopisu, marszczył nos - identycznie jak Ryszard, kiedy wypełniał PIT-y.
- Babciu, a mogę poprosić Mikołaja o coś, co nie jest zabawką?
- Możesz poprosić o wszystko, Olku.
- To napisz: żeby mama i tata mieli czas zawieźć mnie do babci w każdą sobotę.
Zapisałam to na brudno. Potem wstałam, podeszłam do okna. Za szybą osiedle tonęło w grudniowej szarości, na parkingu sąsiad skrobał szybę w swoim passacie. Normalny dzień. A u mnie trzęsienie ziemi.
Przepisałam list na czysto, tym samym wiecznym piórem, którym Ryszard podpisywał kiedyś życzenia urodzinowe. Każdą literę starannie, kaligraficznie. Olek patrzył z podziwem i powiedział: „Ty masz najpiękniejsze litery na świecie, babciu". Potem złożyliśmy list, włożyliśmy do koperty. Olek narysował na niej choinkę i napisał drżącą ręką: MIKOŁAJ.
Kiedy Tomek przyjechał po niego wieczorem, Olek pochwalił się listem. Tomek przeczytał, nic nie powiedział. Tylko na mnie spojrzał - szybko, krótko - i odwrócił wzrok. Widziałam, jak zacisnął szczękę.
- Mamo, to ja go biorę - powiedział cicho. Wziął list, wziął Olka, wyszedł.
Zadzwoniłam do niego następnego dnia. Odebrał po piątym sygnale.
- Czytałeś? - spytałam.
- Czytałem.
- I co?
Cisza. Długa, grudniowa cisza. Słyszałam w tle telewizor, jakiś program dla dzieci.
- Mamo, ja wiem. Wiem, że za rzadko. Pogadam z Agatą.
Nie powiedział: „naprawię to". Nie obiecał sobotnich wizyt. Powiedział „pogadam" - a ja od dwóch lat wiem, co to słowo u niego oznacza. Oznacza, że chce, ale nie jest pewien, czy może. Że jest między mną a Agatą, między swoim dzieciństwem a swoim małżeństwem, i nie umie wybrać, bo wybór w jedną stronę boli drugą.
List leży u nich pod choinką. Olek sprawdza codziennie, czy Mikołaj już zabrał. Tomek napisał mi SMS-a wczoraj wieczorem: „Agata widziała list. Nic nie powiedziała".
Nie wiem, co to znaczy. Może złości się. Może coś poczuła. A może po prostu przeszła obok i nie zwróciła uwagi, bo ma harmonogram i szkolenia, i pediatrę, i sto innych rzeczy, które wypełniają jej życie tak szczelnie, że na mnie nie zostaje wolnego okienka.
Siedzę teraz w kuchni, patrzę na wieczne pióro leżące na stole i myślę o jednej rzeczy. Czy powinnam była zmienić ten czwarty punkt? Napisać zamiast niego jakąś zabawkę, oszczędzić wszystkim tego kłopotliwego zdania? Ochronić Tomka przed tym wzrokiem, który rzucił mi przy drzwiach?
Ale Olek poprosił, żebym przepisała bez poprawek. I przepisałam.
Może sześciolatek nie powinien mówić dorosłym, co im nie wychodzi. A może tylko sześciolatek jeszcze potrafi.