Na nową protezę odkładałam dwa lata, po sto z emerytury. Córka pożyczyła te pieniądze „na tydzień, mamo, do wypłaty" - minął rok. Schabowego nie ugryzę, jem kluski i zupy. W niedzielę córka przy schabowych opowiadała o nartach w Dolomitach. Ja jadłam zupę.

Siedziałam naprzeciwko niej, z łyżką w ręce, i patrzyłam, jak kroi mięso. Nóż wchodził w panierowaną skórkę z tym cichym chrzęstem, który kiedyś był dla mnie zwykłym odgłosem niedzieli.

Teraz brzmiał jak policzek. Renata nakładała sobie sos pieczarkowy i opowiadała, że Kuba - mój wnuk - dostał narty za dwa tysiące, bo w wypożyczalni to brudne i porysowane.

- Mamo, a tobie nałożyć schabowego? - zapytała między jednym zdaniem a drugim, nawet nie podnosząc wzroku.

- Nie, dziękuję, córciu. Zupka mi wystarczy.

Nie powiedziałam dlaczego. Nie musiałam. Renata wiedziała. Albo nie chciała wiedzieć - to w sumie na jedno wychodzi.

Mam na imię Halina, mam sześćdziesiąt siedem lat i od trzech jestem na emeryturze. Trzydzieści osiem lat przepracowałam jako sprzedawczyni w sklepie spożywczym na Pradze, najpierw tym państwowym, potem prywatnym.

Stopy mam zniszczone od stania, kręgosłup od dźwigania skrzynek, a zęby - no właśnie. Zęby mam zniszczone od życia. Proteza górna pękła mi dwa lata temu, w grudniu, kiedy próbowałam ugryźć jabłko od sąsiadki z parteru. Pani Krysia przyniosła mi te jabłka z działki, piękne, czerwone, twarde jak kamień. Usłyszałam trzask i poczułam, jak coś odpada od podniebienia. Stałam w kuchni z połową protezy w ręku i myślałam: no to teraz się zaczyna.

Dentysta powiedział: nowa proteza to koszt około trzech tysięcy złotych. NFZ refunduje raz na pięć lat, ale moja poprzednia była robiona trzy lata wcześniej, więc musiałam czekać albo płacić z własnej kieszeni. Zaczęłam odkładać. Sto złotych miesięcznie z emerytury, która po opłatach, lekach na ciśnienie i jedzeniu zostawia mi może czterysta na życie. Sto złotych to był mój schabowy, moja kawa z mlekiem, moja jedyna przyjemność - odłożona na później. Ale odkładałam. Dwadzieścia cztery miesiące - cierpliwie, złotówka do złotówki, w kopercie schowanej w szufladzie pod ręcznikami kuchennymi.

W październiku zeszłego roku Renata zadzwoniła w środku dnia. Głos miała taki, jak kiedy była mała i rozlała kompot na nową sukienkę - przestraszony, przymilny, z nutką desperacji.

- Mamo, potrzebuję pożyczyć trochę pieniędzy. Na tydzień, do wypłaty. Grzegorzowi nie zapłacili za nadgodziny, a nam rata leasingu wpada w piątek.

- Ile? - zapytałam, chociaż już wiedziałam, że dam, nieważne ile.

- Dwa tysiące czterysta. Oddamy za tydzień, mamo, słowo.

Dwa tysiące czterysta złotych. Dwadzieścia cztery miesiące odkładania. Stałam z telefonem przy uchu i patrzyłam na szufladę z ręcznikami. Mogłam powiedzieć nie. Mogłam powiedzieć: córciu, to moje pieniądze na protezę, bez której nie mogę jeść normalnie, bez której wstydzę się uśmiechać, bez której czuję się jak stara, bezużyteczna kobieta. Ale powiedziałam:

- Przyjdź po piątej, to ci dam.

Renata przyjechała z Kubą. Wnuk siedział w przedpokoju i grał na telefonie. Córka wzięła kopertę, policzyła, ucałowała mnie w policzek. Pachniała tymi nowymi perfumami, słodkimi, ciężkimi. Obiecała, że za tydzień odda co do grosza.

Tydzień minął. Potem drugi. Po miesiącu zadzwoniłam.

- Renata, jak tam z tymi pieniędzmi?

- Mamo, jeszcze nie teraz. Grzegorzowi dalej nie zapłacili tych nadgodzin. Daj nam jeszcze ze dwa tygodnie.

Dwa tygodnie zamieniły się w dwa miesiące. Potem w pół roku. Przestałam dzwonić, bo za każdym razem czułam się jak żebraczka proszącą o własne pieniądze. Za każdym razem Renata miała powód - rata za samochód, kurs angielskiego dla Kuby, nowa pralka, bo stara się zepsuła. Ja rozumiałam. Naprawdę rozumiałam. Życie jest drogie, dziecko ma potrzeby, Grzegorz zarabia jako elektryk, nie jako dyrektor. Rozumiałam wszystko.

Tylko te kluski przestały mi smakować gdzieś w okolicach marca.

Jem zupy, kaszki, rozgotowany makaron. Chleb muszę najpierw namoczyć w herbacie. W sklepie omijam ladę z wędlinami, bo i tak nie mam czym gryźć. Pani Krysia z parteru przynosi mi czasem rosół, taki prawdziwy, z dużą kością, i mówi: Halina, jedz, bo chuda jesteś jak szczapa. Nie mówię jej dlaczego. Wstydzę się. Nie tego, że nie mam zębów - wstydzę się, że moja własna córka o tym wie i nic.

A potem przyszła ta niedziela.

Renata zaprosiła mnie na obiad. Tak robi raz, dwa razy w miesiącu - nie mogę narzekać, że się nie odzywa. Mieszkają z Grzegorzem w ładnym mieszkaniu na Białołęce, kupione na kredyt, ale ładne - jasne, duże, z balkonem. Renata nakryła do stołu na cztery osoby: ja, ona, Grzegorz i Kuba. Schabowe, ziemniaki, surówka z kapusty. Dla mnie zupa pomidorowa z ryżem - bo Renata pamięta, że „mama woli zupy".

Nie woli. Mama musi.

I wtedy Renata zaczęła opowiadać o nartach.

- Znaleźliśmy fantastyczny hotel w Val di Fassa - mówiła, nakładając sobie dokładkę. - Grzegorz, pokaż mamie zdjęcia. Cztery gwiazdki, z basenem, ski-in ski-out, cokolwiek to znaczy, ale Kuba mówi, że to ważne.

Grzegorz wyciągnął telefon. Piękne góry, śnieg, drewniane balkony. Kuba przeglądał jakiś katalog sprzętu narciarskiego.

- A ile to kosztuje? - zapytałam cicho.

- No, z przelotem i karnetami jakieś dwanaście tysięcy na trójkę. Ale jedziemy w styczniu, to trochę taniej - powiedziała Renata lekko, jakby mówiła o cenie pomidorów.

Dwanaście tysięcy. Pięć razy moja proteza. Pięć razy moje dwa lata odkładania po stówce. Zamieszałam łyżką w zupie, patrzyłam na pomidorowe smugi na powierzchni i myślałam, że chyba się zaraz rozpłaczę. Nie rozpłakałam się. Sześćdziesiąt siedem lat uczy panowania nad twarzą.

- Fajnie - powiedziałam. - Kuba się ucieszy.

Wróciłam do domu autobusem. Siedziałam przy oknie, patrzyłam na bloki za szybą i układałam w głowie zdania. Chciałam do niej zadzwonić i powiedzieć: Renata, oddaj mi pieniądze. Chciałam powiedzieć: ja przez ciebie nie mogę zjeść schabowego. Chciałam powiedzieć: czy ty w ogóle pamiętasz, że mi je winnaś? Chciałam powiedzieć dużo rzeczy, ale każde zdanie kończyło się tym samym strachem - że córka się obrazi. Że powie: mamo, znowu zaczynasz. Że Grzegorz na mnie spojrzy tym swoim wzrokiem. Że Kuba przestanie do mnie przychodzić na imieniny.

Bo ja mam tylko ich. Męża pochowałam jedenaście lat temu. Siostra mieszka w Anglii. Koleżanki ze sklepu porozjeżdżały się albo poumierały. Została mi Renata, Grzegorz i Kuba. I pani Krysia z parteru, ale to nie rodzina.

Następnego dnia rano wstałam, zrobiłam sobie kaszę mannę, usiadłam przy stole i wyciągnęłam czystą kartkę z bloku. Zaczęłam pisać. Nie list do córki - nie, na to bym się nie odważyła. Zaczęłam liczyć. Ile mi zostaje. Ile jeszcze muszę odkładać, znowu, od zera. Ile miesięcy klusek i zup. Napisałam liczbę i popatrzyłam na nią długo.

Potem wzięłam telefon. Wybrałam numer Renaty. Usłyszałam sygnał, drugi, trzeci. Odebrała wesoło:

- Cześć, mamo! Co tam?

Otworzyłam usta. I zamknęłam. I znowu otworzyłam.

- Renata - zaczęłam. - Muszę z tobą porozmawiać o tych pieniądzach.

W słuchawce zapadła cisza. Krótka, może dwie sekundy, ale ja usłyszałam w niej wszystko.

- Jakich pieniądzach, mamo?

Jakich pieniądzach. Stałam w kuchni z telefonem przy uchu, patrzyłam na pusty talerzyk po kaszy i myślałam, że to pytanie jest gorsze niż odmowa. Odmowa przynajmniej znaczy, że ktoś pamięta.

Nie wiem jeszcze, co powiem dalej. Ale wiem, że tym razem nie odłożę słuchawki pierwsza.