Przy wigilijnym stole dzieci żartem podzieliły moje mieszkanie: syn - salon z balkonem, córka - sypialnia, kuchnię „się sprzeda". Spytałam, a gdzie ja. Syn nie oderwał się od karpia: „ty, mamo, na zmianę - tydzień u nas, tydzień u Ani".
Zaśmiali się wszyscy. Synowa Magda, córka Ania, nawet mój pięcioletni wnuk Franio, choć on śmieje się zawsze, kiedy dorośli się śmieją. Ja też się uśmiechnęłam. Podniosłam kieliszek z kompotem z suszonych śliwek, stuknęłam o talerz i powiedziałam „Wesołych Świąt".
Ale ręka mi drżała i trochę kompotem kapnęłam na obrus. Na ten biały obrus, który dwadzieścia lat temu kupiłam z mężem Andrzejem na jarmarku w Poznaniu, bo mieszkaliśmy wtedy jeszcze na Jeżycach, zanim przenieśliśmy się na Rataje.
Andrzej nie żyje od czterech lat. Zawał, w środku nocy, w tym samym pokoju, który Bartek - mój syn - właśnie przydzielił sobie razem z balkonem. Pamiętam, jak leżałam obok i czułam, że coś jest nie tak, bo Andrzej zawsze chrapał, a tamtej nocy było cicho. Strasznie, nienaturalnie cicho.
Po pogrzebie dzieci mówiły: „Mamo, nie zostawimy cię samej". I nie zostawiły - przez pierwsze pół roku. Bartek przyjeżdżał w soboty, Ania dzwoniła codziennie. Potem soboty zamieniły się w co drugi weekend, telefony w SMS-y, SMS-y w krótkie „cześć mamo, żyjesz? to pa". Nie winię ich. Mają swoje życia, swoje dzieci, swoje rachunki za prąd i wizyty u dentysty. Rozumiem. Ale tamtej Wigilii coś we mnie pękło.
Nie od razu. Pękanie trwało powoli, jak rysa na ścianie nad kaloryferem - ta w przedpokoju, którą Andrzej zamierzał naprawić „po emeryturze". Nigdy nie naprawił. Ja też jej nie naprawiłam. Teraz pewnie naprawiłby ją nowy właściciel tej kuchni, którą „się sprzeda".
Wigilia poszła dalej swoim torem. Bartkowa Magda przyniosła barszcz z uszkami - kupnymi, ale dobrymi. Ania upiekła sernik, trochę za słodki, ale zjadłam dwa kawałki, bo córce się nie odmawia. Franio rozdarł prezenty w trzy minuty i zasnął pod choinką. Było ciepło, było rodzinnie. Nikt nie wrócił do tematu mieszkania.
Ale ja wróciłam. W głowie, w nocy, kiedy zmywałam talerze po dwunastu potrawach - a właściwie po ośmiu, bo cztery już od lat robiłam „na pokaz", żeby tradycji stało się zadość, choć nikt ich nie tykał. Stałam przy zlewie, patrzyłam na swoje odbicie w ciemnym oknie i myślałam: oni to planują. Może nie dzisiaj, może nie jutro. Ale planują.
Żart? Andrzej mawiał, że w każdym żarcie jest ziarno prawdy, a reszta to łuska, którą zdejmuje się łatwiej, niż się myśli. Bartek miał trzydzieści osiem lat, kredyt na dom pod Swarzędzem i drugie dziecko w drodze. Ania - trzydzieści pięć, kawalerka na Wildzie, które rosła z córką i mężem jak za ciasny but. Moje mieszkanie na Ratajach - trzy pokoje, kuchnia, balkon z widokiem na park Tysiąclecia - warte było na rynku więcej niż ich oboje zarabiają przez rok.
Zaczęłam liczyć. Sześćdziesiąt trzy lata. Emerytka, była księgowa w hurtowni materiałów budowlanych. Zdrowa - o ile można tak powiedzieć o kobiecie, która bierze trzy tabletki dziennie na ciśnienie i jedną na tarczycę. Samodzielna. Gotująca, sprzątająca, chodząca na spacery nad Wartę, czytająca książki, podlewająca kwiaty na balkonie, który Bartek sobie już mentalnie urządzał.
Tydzień po Wigilii zadzwoniłam do Ani.
- Aniu, to co Bartek powiedział przy stole, o mieszkaniu... to był żart, prawda?
Cisza. Trzy sekundy ciszy, które trwały jak godzina.
- No pewnie, mamo. Żart. Wiesz, jaki Bartek jest - gada, zanim pomyśli.
- A ty? Ty co myślisz?
- Ja? - Ania odchrząknęła. - Mamo, no wiesz... kiedyś trzeba będzie pogadać o przyszłości. Ty sama w takim dużym mieszkaniu, to bez sensu. My z Karolem nie mamy gdzie dziecku biurka postawić. Ale to nie na teraz, mamo. Nie na teraz.
„Nie na teraz" brzmiało jak „niedługo". Podziękowałam, odłożyłam słuchawkę i usiadłam na kanapie w salonie. W tym salonie z balkonem, Bartkowym salonie. Patrzyłam na ścianę, na zdjęcie z naszego ślubu z Andrzejem - ja w welonie, on w garniturze pożyczonym od brata. Na meblościankę, którą kupiliśmy w dziewięćdziesiątym trzecim roku i która przeżyła trzy przeprowadzki. Na dywan, na którym Bartek stawiał pierwsze kroki, a Ania potem rysowała kredkami po podłodze, kiedy dywan się przesunął.
Całe moje życie mieściło się w tych trzech pokojach z kuchnią.
W styczniu poszłam do notariusza. Nie do tego, żeby cokolwiek podpisać - żeby zapytać. Miła pani w okularach wytłumaczyła mi, co to jest dożywocie, co to służebność, co to darowizna z warunkami. Wyszłam z głową pełną paragrafów i pustym żołądkiem, bo ze stresu zapomniałam zjeść śniadanie.
W lutym Bartek przyjechał z Magdą „na obiad". Zjadł dwa talerze żurku, pochwalił kotlety, a potem usiadł przy stole i powiedział:
- Mamo, pogadajmy poważnie. To mieszkanie jest za duże na jedną osobę. Rachunki za ogrzewanie - widziałem, ile płacisz. My z Magdą moglibyśmy sprzedać dom pod Swarzędzem, zamieszkać tutaj, a ty miałabyś pokój, opiekę, wnuki na co dzień...
- A Ania? - spytałam.
- Ania dostałaby swoją część w gotówce. Już rozmawialiśmy.
Już rozmawialiśmy. We trójkę. Beze mnie.
Postawiłam talerze w zlewie i odwróciłam się do niego. Bartek wyglądał dokładnie jak Andrzej w jego wieku - te same szerokie ramiona, ten sam sposób pochylania głowy, kiedy czeka na odpowiedź, której się boi.
- Bartku - powiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło jak w tamtą noc, kiedy obudziłam się w ciszy. - To jest moje mieszkanie. Moje i taty. Tata nie żyje, ale ściany pamiętają. I ja jeszcze żyję. I zamierzam tu żyć.
- Mamo, nikt ci nie każe...
- Każe. W Wigilię Franio jeszcze nie skończył jeść karpia, a wy już dzieliliście pokoje.
Magda szarpnęła Bartka za rękaw. Bartek wstał, pocałował mnie w czoło - jak Andrzej, dokładnie jak Andrzej - i powiedział: „Przepraszam, mamo. Pomyśl o tym spokojnie. Nie spieszymy się".
Nie spieszycie się. Ale ja też nie.
Wieczorem zadzwoniła Ania. Płakała. Że Bartek jej powiedział, że się pokłóciliśmy. Że ona nie chciała. Że to wszystko wyszło nie tak. Że kocha mnie i że nigdy by mnie nie wyrzuciła z mojego własnego domu.
- Wiem, córeczko - powiedziałam. - Wiem.
Ale czy naprawdę wiedziałam?
Minął marzec. Na balkonie, tym Bartkowym balkonie, posadzilam nowe pelargonie. Różowe, takie jak Andrzej lubił. Wieczorami siadam tam z herbatą i patrzę na park. Czasem myślę, że dzieci mają rację - że to za dużo metrów na jedną starą kobietę. A czasem myślę, że te metry to jedyne, co mi naprawdę zostało.
W szufladzie biurka leży wizytówka notariuszki. Na odwrocie zapisałam ołówkiem dwa warianty - jeden dla Bartka, jeden dla Ani. Żadnego jeszcze nie wybrałam. I nie wiem, czy kiedykolwiek wybiorę. Bo jak się dzieli życie między dwoje dzieci, to zawsze ktoś dostaje mniej. A ja nie chcę być tą kuchnią, którą „się sprzeda".