Córka wyliczyła, że trzy pokoje to dla mnie za dużo: „sprzedajmy, kupimy ci kawalerkę na parterze, a różnica - na start dla Kuby". Co do metrażu się zgodziłam. Kawalerkę kupiłam w Kołobrzegu, z widokiem na port. Różnica - na start dla mnie.
Widzę, jak to brzmi. Że matka okradła wnuka. Że stara kobieta zgłupiała z samotności i zrobiła coś nie do pomyślenia. Ale zanim ktokolwiek mnie osądzi, niech najpierw wysłucha, jak to wszystko wyglądało od środka. Bo z zewnątrz - owszem - mogło to wyglądać na szaleństwo. Od środka było pierwszą rozsądną decyzją, jaką podjęłam od czasu, gdy umarł Rysiek.
Mam na imię Halina i od trzech lat jestem wdową. Ryszard odszedł na raka trzustki - szybko, bezlitośnie, w osiem tygodni od diagnozy. Zostałam sama w trzypokojowym mieszkaniu na Ratajach w Poznaniu.
Blok z wielkiej płyty, trzecie piętro, winda, która działała co drugi dzień. Sześćdziesiąt trzy lata, emerytura po trzydziestu latach pracy w księgowości w fabryce mebli. Nie narzekam - zdrowie trzyma, pieniędzy nie mam dużo, ale na jedzenie i leki wystarcza.
Córka Agnieszka mieszka w Poznaniu, na Piątkowie, z mężem Damianem i synem Kubą. Kuba ma dwadzieścia trzy lata, właśnie skończył zarządzanie i chce się usamodzielnić. To znaczy - chce mieszkanie. Damian prowadzi mały serwis komputerowy, Agnieszka pracuje w urzędzie skarbowym. Żyją przyzwoicie, ale na mieszkanie dla syna nie mają.
I wtedy Agnieszka wpadła na pomysł.
Przyszła w niedzielę, z sernikiem. Sernik powinien mnie zaalarmować - Agnieszka piecze tylko wtedy, kiedy czegoś potrzebuje. Usiadłyśmy w kuchni, nalałam herbaty. Agnieszka kroiła ciasto i mówiła o cenach nieruchomości, o rynku, o stopach procentowych. Słuchałam cierpliwie. Znałam tę technikę - długi wstęp, potem prośba.
- Mamo, pomyśl logicznie - powiedziała w końcu, odkładając nóż. - Ty tu siedzisz sama w trzech pokojach. Pokój Ryśka stoi pusty, mój dawny pokój stoi pusty. Ogrzewasz siedemdziesiąt metrów dla jednej osoby. Ile płacisz za czynsz? Tysiąc dwieście? Tysiąc trzysta?
- Tysiąc sto osiemdziesiąt - odpowiedziałam automatycznie.
- No właśnie. A za kawalerkę płaciłabyś pięćset, sześćset. Parter, bez problemu z windą. Nowoczesne, ciepłe, mniejsze rachunki. A za różnicę w cenie Kuba mógłby wpłacić wkład własny na kredyt.
Wyliczyła wszystko na kartce. Moje mieszkanie - jakieś czterysta pięćdziesiąt tysięcy. Kawalerka w nowym bloku na Wildzie - dwieście siedemdziesiąt. Zostaje sto osiemdziesiąt tysięcy. Dla Kuby. Na start.
Patrzyłam na tę kartkę i na swoją córkę. Na jej oczy, w których widziałam nie troskę o matkę, ale kalkulację. Na jej paznokcie, starannie pomalowane na beż. Na sernik, który smakował jak z przepisu z internetu, nie jak z serca.
- Pomyślę - powiedziałam.
Agnieszka się uśmiechnęła. Tym uśmiechem, który oznaczał: sprawa załatwiona.
Ale ja naprawdę zaczęłam myśleć. Tylko że myśli poszły w zupełnie innym kierunku, niż Agnieszka zakładała.
Siedziałam wieczorem w salonie - tym samym, w którym Rysiek oglądał mecze, w którym stała meblościanka kupiona w dziewięćdziesiątym szóstym roku, w którym wisiały firanki, które sama szydełkowałam. I zadałam sobie pytanie, którego nikt mi nie zadał od lat: Halina, a czego ty chcesz?
Czego ja chciałam? Byłam żoną Ryśka przez trzydzieści osiem lat. Dobrą żoną, jak sądzę. Byłam matką Agnieszki. Niezłą matką, choć Agnieszka pewnie powiedziałaby inaczej. Byłam księgową, koleżanką, sąsiadką. Ale czego ja chciałam dla siebie?
Przypomniałam sobie nasze jedyne wakacje nad morzem - Rysiek nie lubił morza, wolał działkę. Pojechaliśmy raz, w dziewięćdziesiątym pierwszym roku, z małą Agnieszką. Do Kołobrzegu. Pamiętam port. Pamiętam mewy. Pamiętam zapach soli i ryb. I pamiętam, że pomyślałam wtedy: tu chciałabym kiedyś mieszkać.
Przez trzydzieści trzy lata nie wracałam do tej myśli. Aż do tamtej niedzieli z sernikiem.
Następnego dnia zadzwoniłam do biura nieruchomości. Ale nie w Poznaniu. W Kołobrzegu. Zapytałam o kawalerki z widokiem na port. Okazało się, że za dwieście pięćdziesiąt tysięcy mogę mieć trzydzieści pięć metrów na drugim piętrze, z balkonem wychodzącym prosto na marinę. Nowy blok, winda, ogrzewanie miejskie.
Przez dwa tygodnie prowadziłam podwójne życie. Agnieszce mówiłam, że szukam kawalerki na Wildzie. Tymczasem pojechałam pociągiem do Kołobrzegu - sama, z małą walizką - i obejrzałam to mieszkanie. Stałam na balkonie, słuchałam mew i szumu wody, i wiedziałam. Po prostu wiedziałam.
Podpisałam umowę przedwstępną tego samego dnia.
Mieszkanie na Ratajach sprzedałam w trzy tygodnie. Czterysta sześćdziesiąt tysięcy - nawet lepiej, niż Agnieszka liczyła. Kawalerkę w Kołobrzegu kupiłam za dwieście pięćdziesiąt. Zostało dwieście dziesięć tysięcy. Przelałam je na swoje konto oszczędnościowe.
Agnieszce powiedziałam dopiero, gdy miałam klucze w ręku.
Zadzwoniła w środę, bo chciała przyjść obejrzeć ze mną kawalerki na Wildzie. Powiedziałam spokojnie: - Agnieszko, kupiłam już mieszkanie. W Kołobrzegu.
Cisza. Taka cisza, w której słyszysz, jak ktoś po drugiej stronie telefonu zbiera szczękę z podłogi.
- Jak to w Kołobrzegu? - wyszeptała. - Mamo, a Kuba?
- Kuba jest dorosły, ma dwadzieścia trzy lata i dyplom z zarządzania. Poradzi sobie.
- Ale my się umówiłyśmy! Różnica miała być na start dla Kuby!
- Nie - odpowiedziałam. - Ty się umówiłaś. Ze sobą. Ja powiedziałam, że się zgadzam co do metrażu. I się zgodziłam. Kawalerka, trzydzieści pięć metrów. Tak jak chciałaś.
To, co nastąpiło potem, było burzą, jakiej nie widziałam od czasów, gdy Agnieszka miała szesnaście lat i chciała jechać na obóz z chłopakiem. Że jestem egoistką. Że Rysiek by się wstydził. Że wybieram mewy nad rodzinę. Że to jej pieniądze - bo to ona mnie przez lata odwiedzała, ona pomagała, ona się opiekowała.
Wysłuchałam wszystkiego. A potem powiedziałam coś, co mnie samą zaskoczyło:
- Agnieszko, przez trzydzieści osiem lat robiłam to, co trzeba. Teraz zrobię to, co chcę. Raz. Pierwszy i może ostatni. I jeśli nie potrafisz tego zrozumieć, to mi przykro, ale nie zmienię zdania.
Rozłączyła się. Od tamtej rozmowy minęły cztery miesiące. Agnieszka odezwała się dwa razy - raz na moje imieniny, krótki SMS. Raz, żeby zapytać, czy wypisałam się z przychodni na Ratajach. Kuba nie dzwonił ani razu.
Siedzę teraz na balkonie w Kołobrzegu. Jest kwiecień, port budzi się do sezonu. Piję kawę, patrzę na kutry i na mewy, które kręcą się nad wodą. Za plecami mam trzydzieści pięć metrów, które są tylko moje. Książki poustawiane tak, jak ja chcę. Kuchnia pachnąca tymiankiem, który kupiłam na targu. Na parapecie doniczka z bazylią.
Dwieście dziesięć tysięcy leży na koncie. Nie wydałam z nich ani grosza. Są na wszelki wypadek - na leczenie, na starość, na to, czego nie da się przewidzieć. Albo - kto wie - może kiedyś dam je Kubie. Ale wtedy, kiedy ja zdecyduję. I jeśli zdecyduję.
Czasem wieczorem, gdy port pustoszeje i zostają tylko światła latarni, łapię się na tym, że rozmawiam z Ryśkiem. Pytam go, czy jestem potworem. Czy miałam prawo. Czy te pieniądze naprawdę były moje do wzięcia.
Rysiek milczy. Ale mewy krzyczą coraz głośniej, a ja - chyba po raz pierwszy od lat - nie czuję, że muszę przepraszać za to, że żyję po swojemu.
Nie wiem, czy Agnieszka kiedyś zrozumie. Nie wiem nawet, czy powinna.