Siostra odezwała się po pięciu latach ciszy - od razu o pożyczkę. Cisza zaczęła się przy pogrzebie taty, od słów, których obie żałujemy. Powiedziałam: pożyczyć mogę, ale najpierw oddajmy sobie słowa. Siedziałyśmy trzy godziny: wypominki, płacz, zdjęcia. Pieniądze przelałam rano. Oddała po miesiącu. Słowa oddałyśmy sobie od razu - z odsetkami.
Telefon zadzwonił w czwartek, tuż przed ósmą wieczorem. Akurat kroiłam cebulę do zasmażki, więc odebrałam mokrą ręką, nie patrząc na wyświetlacz. I usłyszałam głos, który kiedyś znałam lepiej niż własny.
- Renata, to ja. Nie rozłączaj się.
Nie rozłączyłam się. Ale przez dobrą minutę nie powiedziałam ani słowa. Stałam z nożem w jednej ręce i telefonem w drugiej, a cebula szczypała mnie w oczy i to było bardzo wygodne wytłumaczenie na łzy, które zaczęły lecieć same.
Moja siostra Bożena. Starsza o trzy lata. Kiedyś - moja najlepsza przyjaciółka, powiernica, ta, która robiła mi warkocze przed szkołą i kradła z lodówki ostatni kawałek sernika, żebyśmy zjadły go razem po kryjomu w pokoju. Potem - obca kobieta z Wrocławia, której numer zablokowałam w telefonie trzy miesiące po pogrzebie taty.
Teraz dzwoniła i prosiła o pieniądze.
- Potrzebuję pięć tysięcy - powiedziała. - Wiem, że to dużo. Wiem, że nie mam prawa dzwonić. Ale nie mam do kogo innego.
Pięć tysięcy. Miałam je. Pracuję w księgowości w firmie budowlanej na Bielanach od dwudziestu dwóch lat, Andrzej, mój mąż, jest elektrykiem - żyjemy skromnie, ale oszczędnie. Dzieci dorosłe, kredyt spłacony. Pięć tysięcy to nie był problem.
Problem był w tym, że ostatnie słowa, jakie powiedziałam do Bożeny, brzmiały: „Ty go zabiłaś. Swoim egoizmem go zabiłaś." A ostatnie słowa, jakie ona powiedziała do mnie: „Zawsze byłaś tatusiową córeczką. Nie obchodzi cię nikt poza sobą."
To było przy grobie. Na cmentarzu komunalnym w Poznaniu, gdzie tata leży obok mamy. Luty, minus dziesięć, ziemia tak zmrożona, że grabarze musieli użyć młotów. Ludzie w czerni, kondukt, ksiądz z różańcem. A my dwie - dwie dorosłe kobiety, pięćdziesiąt cztery i pięćdziesiąt siedem lat - szarpałyśmy się słowami jak nastolatki na podwórku.
Poszło o dom. O tatowy dom na przedmieściach Poznania, ten z czerwoną dachówką, jabłonkami i huśtawką, którą tata zrobił nam z opon. Tata zapisał dom mnie. Tylko mnie. Bożena dowiedziała się od notariusza w dniu pogrzebu. Ja dowiedziałam się tydzień wcześniej, kiedy tata już leżał w szpitalu i nie mógł mówić - zostawił kopertę w szufladzie nocnej szafki z karteczką: „Dla Renatki, bo ona zostanie i dopilnuje".
Bożena wyjechała z Poznania do Wrocławia dwadzieścia lat temu. Za mężem, za pracą, za lepszym życiem. Ja zostałam. Zajmowałam się tatą po śmierci mamy, woziłam na wizyty, gotowałam obiady, odkurzałam ten dom, naprawiałam co mogłam, a czego nie mogłam - prosił Andrzej. Tata to widział. I tata zdecydował.
Czy sprawiedliwie? Nie wiem. Do dziś nie wiem.
Bożena tamtego dnia na cmentarzu powiedziała, że go nastawiałam przeciwko niej. Że specjalnie nie dzwoniłam, kiedy tata pytał o nią. Że ukradłam jej ojca, a potem dom. A ja powiedziałam to najgorsze - że ona go zabiła egoizmem. Bo przez ostatni rok, kiedy tata chorował, Bożena przyjechała dwa razy. Dwa razy na weekend, z walizką i poczuciem winy, które zamieniała w pretensje.
- Nikt mi nie mówił, że jest tak źle - powtarzała.
Mówiłam. Dzwoniłam. Pisałam SMS-y. Ale Bożena miała swoje problemy - mąż Dariusz stracił pracę, syn miał kłopoty w szkole, teściowa się rozchorowała. Życie. Zwykłe, pożerające życie, które zjada dobre intencje i zostawia z poczuciem, że nie zdążyliśmy.
Po pogrzebie nie rozmawiałyśmy. Pięć lat. Pięć Wigilii bez jej śmiechu. Pięć urodzin, kiedy nie odezwał się telefon. Mój syn Bartek pytał czasem: „Mamo, a ciocia Bożena?", a ja odpowiadałam: „Ciocia Bożena ma swoje życie" - i to kończyło temat, choć nigdy go nie zamykało.
Dom sprzedałam po dwóch latach. Nie dałam rady go utrzymać. Połowę pieniędzy przelałam na konto Bożeny. Bez słowa. Bez telefonu. Tylko przelew z tytułem: „Połowa za dom taty." Bożena przyjęła pieniądze. Też bez słowa.
I nagle ten czwartkowy telefon. Pięć tysięcy. Dariusz odszedł, syn nie pracuje, firma, w której Bożena sprzedawała kosmetyki, zwolniła ją trzy miesiące temu. Nie ma z czego zapłacić czynszu.
Mogłam powiedzieć: „Przelej numer konta." Mogłam powiedzieć: „Nie." Mogłam się rozłączyć. Zamiast tego powiedziałam coś, czego sama się nie spodziewałam:
- Pożyczę ci. Ale najpierw oddajmy sobie słowa.
Cisza. Długa, gęsta cisza, w której słyszałam tylko jej oddech i syknięcie mojej zasmażki przypalającej się na patelni.
- Jakie słowa? - spytała cicho.
- Wszystkie. Te z cmentarza. I te sprzed cmentarza. Przyjedź do mnie.
Przyjechała w sobotę. Stała pod moim blokiem na Bielanach z torebką na ramieniu i wyglądała jak mama. Dokładnie jak mama - te same zmarszczki wokół ust, ten sam sposób przyciskania torebki do boku, jakby w środku były dokumenty życiowej wagi. Zsiwiała. Schudła. Miała na sobie kurtkę, którą pamiętałam sprzed lat - tę zieloną z kapturem - i to mnie złamało bardziej niż wszystko inne. Bo ta kurtka mówiła: nie stać mnie na nową.
Usiadłyśmy w kuchni. Herbata z cytryną, ciastka z Biedronki, cerata w kwiaty. Jak u mamy. I zaczęło się.
Najpierw wypominki. Trzy godziny wypominek, które bolały jak wyrywanie zębów bez znieczulenia. Bożena mówiła o tym, jak czuła się odrzucona - tata dzwonił rzadziej, bo ja byłam na miejscu i „wystarczałam mu". Ja mówiłam o tym, jak zasypiałam w fotelu przy jego łóżku i budziłam się z bólem kręgosłupa, myśląc: gdzie jest Bożena, czemu ja muszę to robić sama. Ona płakała. Ja płakałam. Wyciągnęła z torebki zdjęcia - te same, które miałam w swoim albumie. Tata na huśtawce, tata z wężem ogrodowym, tata w garniturze na naszym ślubie. Moim i Andrzeja. Bożena na tym zdjęciu stoi z boku, w żółtej sukience, i się śmieje.
- Pamiętasz, jak tata powiedział, że Andrzej ma za krótkie spodnie? - szepnęła.
Pamiętałam. I roześmiałam się. I ona się roześmiała. I przez chwilę było jak kiedyś. Jak naprawdę kiedyś.
Potem powiedziałam to, co nosiłam w sobie pięć lat:
- Przepraszam za tamte słowa na cmentarzu. Nie zabiłaś go. Nikt go nie zabił. Choroba go zabrała.
Bożena pokiwała głową. Wytarła oczy rękawem tej zielonej kurtki i powiedziała:
- A ty nie jesteś egoistką. Byłaś jedyną osobą, która przy nim była. I ja ci tego nie wybaczyłam - nie egoizmu. Tego, że ty zdążyłaś, a ja nie.
Pieniądze przelałam rano. Oddała po miesiącu, co do grosza. Ale to nie pieniądze są tą historią.
Minęło pół roku. Bożena znalazła pracę - na kasie w supermarkecie, daleko od kosmetyków i dawnych ambicji. Dzwoni w niedziele. Czasem krótko, czasem godzinę. Na Wielkanoc przyjechała do Warszawy. Andrzej pożyczył jej parasol, bo padało, i powiedział: „Bożena, dobrze cię widzieć" - tak po prostu, jakby nie minęło pięć lat milczenia.
Ale są chwile - takie ciche, wieczorne - kiedy siedzę sama w kuchni i myślę: czy my naprawdę sobie wybaczyłyśmy? Czy tylko tak postanowiłyśmy? Bo Bożena wciąż nie pyta o tamten dom. Nie mówi „dziękuję" za te pieniądze, które przelałam po sprzedaży. A ja wciąż nie pytam, dlaczego naprawdę nie przyjeżdżała do taty. I obie udajemy, że te pytania nie istnieją.
Może tak wygląda prawdziwe przebaczenie - nie odpowiedzi, ale zgoda na pytania, które zostają bez nich. A może to tylko następna cisza, tyle że z telefonami w niedziele.