Na gwiazdkę dostałam ekspres kapsułkowy - „luksus, mamo!". Kapsułki po dwa złote kupuję ja. Wizyty „na kawkę" zrobiły się nagle częste; kwartalny rachunek: sto osiemdziesiąt kapsułek, moich - trzydzieści. Wróciłam do kawy sypanej, ekspres czeka na gości z własnymi kapsułkami. Goście zrzedli. Kawa wreszcie smakuje. Moja.

Tak to wygląda w telegraficznym skrócie. Ale historia tego ekspresu - i tego, czego mnie nauczył - jest dłuższa. I boli bardziej, niż powinna boleć kawa za dwa złote.

Nazywam się Grażyna i mam sześćdziesiąt dwa lata. Trzydzieści osiem z nich przepracowałam w księgowości - ostatnie dwanaście w firmie transportowej pod Poznaniem. Cyfry to mój żywioł. Zawsze wiedziałam, ile co kosztuje, ile wchodzi, ile wychodzi.

Może dlatego tak późno zorientowałam się, że nie wszystko da się zbilansować.

Mieszkam sama od pięciu lat, odkąd Ryszard odszedł. Nie od żony - z tego świata. Trzustka. Siedem miesięcy od diagnozy do pogrzebu. Zostałam z trzypokojowym mieszkaniem na Ratajach, emeryturą, która starcza na wszystko, jeśli się nie szaleje, i dwójką dorosłych dzieci. Syn Tomek, trzydzieści osiem lat, żona Patrycja, dwoje wnuków. Córka Marzena, trzydzieści cztery lata, singielka, praca w korporacji we Wrocławiu. To Marzena podarowała mi ekspres.

Pamiętam Wigilię. Ekspres zapakowany w srebrny papier, kokarda jak z katalogu. Marzena promieniała. „Mamo, koniec z tą lurą z fusami. Teraz będziesz piła prawdziwą kawę, jak ludzie." Tomek pokiwał głową, Patrycja uśmiechnęła się tym swoim uśmiechem, który nigdy nie dochodzi do oczu. Wnuki rozpakowywały swoje zabawki, ja tulałam pudełko i myślałam: jaki piękny prezent. Jaka kochana córka.

Kapsułki zaczęłam kupować w pierwszym tygodniu stycznia. W sklepie obok bloku mieli trzy rodzaje - po dwa złote sztuka, najtańsze. Te markowe, po trzy pięćdziesiąt, odpuściłam po pierwszym pudełku. Piłam jedną dziennie, rano, do sernika albo do bułki z masłem. Luksus. Czułam się jak w reklamie.

Pod koniec stycznia zadzwonił Tomek. „Mamo, wpadnę z Patrycją na kawkę, dobrze? Dawno u ciebie nie byliśmy." Ucieszyłam się. Zrobiłam ciasto drożdżowe, wyjęłam filiżanki po babci - te z niebieskim wzorkiem. Przyszli, wypili po dwie kawy, Patrycja po raz pierwszy powiedziała, że u mnie jest przytulnie. Wzięła trzecią kapsułkę „na drogę", bo Tomek ma daleko jeździć. Pomyślałam: proszę, jaka miła zmiana.

W lutym zaczęli wpadać co tydzień. Potem dwa razy w tygodniu. Czasem Tomek sam, „na chwilę, mamo, tylko kawa i lecę". Czasem Patrycja z dziećmi. Wnuczka Hania odkryła, że ekspres robi też kakao z kapsułki czekoladowej - te kosztowały dwa pięćdziesiąt. „Babciu, zrobisz mi jeszcze jedno?" Jak odmówić sześciolatce?

Marzena dzwoniła z Wrocławia co niedzielę. „I jak ekspres, mamo? Używasz? Cieszysz się?" Cieszyłam się. Naprawdę. Do marca.

W marcu robiłam porządki w szufladzie i znalazłam paragony. Lubię je zbierać - nawyk z księgowości, nic na to nie poradzę. Usiadłam z kalkulatorem. Styczeń: trzydzieści dwie kapsułki. Luty: pięćdziesiąt cztery. Marzec, jeszcze niepełny: już czterdzieści osiem. Przeliczyłam swoje - piłam jedną dziennie, czasem przepuszczałam dzień. Dwadzieścia pięć, może dwadzieścia osiem kapsułek miesięcznie to moje. A reszta?

Zrobiłam to, co potrafi każda księgowa. Wzięłam notes i zaczęłam zapisywać. Dyskretnie, kreską na marginesie. Jedna kreska - jedna wizyta Tomka. Dwie kreski - Tomek z Patrycją. Gwiazdka - Patrycja z dziećmi, bo to najdroższy wariant: trzy kawy dla niej, kakao dla Hani, kakao dla Kubusia, czasem czwarta kawa, „bo tak pysznie pachnie".

Po kwartale miałam sto osiemdziesiąt kapsułek na rachunku. Z czego moich - trzydzieści. Sto pięćdziesiąt kapsułek wypiła rodzina. Trzysta złotych. Trzysta złotych, które wyjęłam z mojej emerytury, żeby być dobrą matką, dobrą teściową, dobrą babcią, u której zawsze jest gorąca kawa i ciasto.

Trzysta złotych to moja wizyta u dentysty, którą przekładałam od lutego. Trzysta złotych to nowe okulary, na które odkładam od Bożego Narodzenia. Trzysta złotych to dwa razy fryzjer albo pięć razy leki na ciśnienie. Ja to widzę. Ale czy oni?

Zadzwoniłam do Marzeny. Nie żeby się poskarżyć - nigdy się nie skarżę. Powiedziałam lekko, żartem: „Wiesz, córciu, twój ekspres to magnes na gości. Tomek chodzi do mnie częściej niż za studenckich czasów." Marzena się zaśmiała. Potem zamilkła. „Mamo... a ty kupujesz im te kapsułki?" Powiedziałam, że tak. Cisza w słuchawce trwała chyba dziesięć sekund. „Mamo, przecież ty masz stałą emeryturę. Powiedz im, żeby przynosili swoje."

Łatwo powiedzieć. Trudniej to zrobić, kiedy syn patrzy na ciebie oczami Ryszarda i mówi „dzięki, mamo, u ciebie najlepsza kawa". Kiedy Hania wchodzi do kuchni i mówi „babciu, ta maszyna jest super". Kiedy Patrycja - ta Patrycja, która przez dziesięć lat ledwo się do mnie odzywała - nagle siada w moim salonie i opowiada mi o swoim dniu.

Czy ja kupowałam kapsułki, czy kupowałam ich obecność?

To pytanie nie dawało mi spać przez dwa tygodnie. A potem przyszedł kwiecień i Patrycja powiedziała coś, co przeważyło szalę. Siedziała na kanapie, piła trzecią kawę, dzieci oglądały bajkę na tablecie, a ona rozmawiała przez telefon z koleżanką. Nie kryła się. Usłyszałam: „Nie, dziś nie mogę, jestem u teściowej. Wiesz, ta od ekspresu. Ale latte robi lepsze niż w kawiarni, serio."

Ta od ekspresu.

Nie byłam Grażyna. Nie byłam mamą Tomka. Nie byłam nawet teściową. Byłam „ta od ekspresu".

Następnego dnia poszłam do sklepu. Nie po kapsułki. Po kawę sypaną - zwykłą, mieloną, arabikę w złotej paczce za jedenaście złotych. Tę, którą piłam przez czterdzieści lat. Wróciłam do domu, odłączyłam ekspres od prądu, wytarłam go ściereczką i postawiłam na najwyższej półce w kuchni. Włączyłam czajnik. Wsypałam trzy łyżeczki kawy do dzbanka z tłokiem, który kupiłam sobie sama dwa lata temu i który stał zapomniany za garnkami.

Kiedy Tomek zadzwonił w piątek, powiedziałam spokojnie: „Wpadnij, synku. Ale uprzedzam, ekspres odstawiony. Piję sypaną. Jeśli chcesz z kapsułki, przynieś swoje." Cisza. Potem: „A czemu?" Odpowiedziałam: „Bo moja emerytura, moja kawa."

Nie przyszedł w piątek. Ani w sobotę. W niedzielę napisał SMS: „Mamo, nie chodzi o kawę, wiesz?" Odpisałam: „Wiem, synku. Właśnie dlatego."

Patrycja milczała trzy tygodnie. Potem pojawiła się sama, bez dzieci, z pudełkiem kapsułek w reklamówce. Postawiła na stole, usiadła, nie patrząc mi w oczy. „Grażyna, przepraszam." Pierwszy raz użyła mojego imienia, nie „proszę pani", nie „mamo". Grażyna. Nie odpowiedziałam od razu. Zaparzyłam dwie kawy - sypaną, w dużych kubkach. Kapsułki schowałam do szafki.

Marzena zadzwoniła wieczorem tego samego dnia. „Mamo, Tomek dzwonił. Mówi, że go odcinasz. Że się zmieniłaś." Westchnęłam. Powiedziałam: „Nie zmieniłam się, córciu. Wróciłam."

Ekspres stoi na półce do dziś. Tomek przychodzi rzadziej - co dwa tygodnie, w sobotę, zwykle z ciastem z cukierni. Pije sypaną, nie komentuje. Patrycja zagląda raz w miesiącu, czasem z Hanią. Kapsułki, które przyniosła, stoją w szafce nieotwarte.

Mam sześćdziesiąt dwa lata i zaparzam kawę po swojemu. Piję ją rano, przy oknie, patrząc na lipy na osiedlu, które właśnie zakwitły. Kubek jest ciepły. Cisza jest moja. I czasem myślę - czy naprawdę chodziło o kapsułki? Czy może postawiłam granicę tam, gdzie powinnam była postawić ją dwadzieścia lat temu? A może - i to boli najbardziej - może odebrałam sobie coś, czego nie kupią żadne pieniądze?

Kawa smakuje. Moja. Ale w kuchni jest ciszej niż kiedyś.