Szpital ogłosił nabór „przytulaczy" na oddział wcześniaków - dzieci potrzebują serca przy sercu, a mamy nie zawsze mogą być. Badania, szkolenie, fartuch. Trzy poranki w tygodniu trzymam przy piersi cudze okruchy ważące tyle, co bochenek chleba. Pielęgniarki mówią: „przy pani przybierają". Wzajemnie. Ja też - na duszy.

Ogłoszenie wisiało na tablicy przy wejściu do przychodni. Między plakatem o mammografii a informacją o szczepieniach na grypę. Takie zwykłe kartkowe ogłoszenie, wydrukowane na kolorowej drukarce, z urwanym numerem telefonu na dole. „Szpitalny program kangurowania - poszukujemy wolontariuszy". Przeczytałam je trzy razy. Za czwartym urwałam pasek z numerem.

To było w marcu, cztery miesiące po pogrzebie Zdzisława.

Trzydzieści osiem lat małżeństwa. Trzydzieści osiem lat wspólnego łóżka, wspólnych rachunków, wspólnego rosołu w niedzielę. A potem cisza. Taka gęsta, lepka cisza, która wsiąka w ściany i meble.

Budziłam się o piątej rano, bo Zdzisław zawsze wstawał o piątej - nawet na emeryturze, nawet gdy już nie musiał jechać na pocztę. Robiłam dwie kawy, stawiałam na stole. Dopiero gdy ta druga stygła nietknięta, przypominałam sobie.

Córki dzwoniły codziennie. Magda z Wrocławia, Ania z Gdańska. „Mamo, jak się czujesz? Mamo, jedz. Mamo, może przyjedziesz do nas?" Przyjechałam. Do Magdy na tydzień, do Ani na dziesięć dni. Siedziałam w ich jasnych mieszkaniach, bawiłam się z wnukami, pomagałam gotować. A w nocy leżałam z otwartymi oczami i słuchałam, jak cudze rodziny oddychają za ścianą. Wróciłam do Poznania.

- Trzeba coś ze sobą zrobić, Bożena - powiedziała Lucyna z parteru, kiedy spotkałyśmy się przy skrzynkach na osiedlu. - Ja po swoim Tadku zapisałam się na aqua aerobik. Pomaga.

Nie zapisałam się na aqua aerobik. Zamiast tego zadzwoniłam pod numer z karteczki.

Pani z sekretariatu szpitala miała ciepły, rzeczowy głos. Badania krwi, RTG klatki piersiowej, zaświadczenie od lekarza, że jestem zdrowa. Szkolenie - dwa popołudnia po trzy godziny. Jak trzymać wcześniaka. Jak rozpoznać, że coś jest nie tak. Jak nie przywiązywać się za bardzo.

To ostatnie mnie rozśmieszyło. Sześćdziesiąt dwa lata i ktoś mi mówi, żebym się nie przywiązywała za bardzo. Jakbym w swoim życiu potrafiła cokolwiek inaczej.

Pierwszy poranek na oddziale neonatologii pamiętam jak przez mgłę, ale taką gorącą, wilgotną mgłę ze środka klatki piersiowej. Pielęgniarka Kasia - młoda, z warkoczykiem i tatuażem jaskółki na nadgarstku - podała mi Julka. Sześćset osiemdziesiąt gramów. Urodził się w dwudziestym szóstym tygodniu. Jego mama miała stan przedrzucawkowy, leżała piętro wyżej, podłączona do kroplówki.

- Pani Bożenko, niech pani rozepnie bluzę i położy go tu - Kasia wskazała na mój mostek. - Skóra do skóry. To najważniejsze.

Położyłam. I świat stanął.

Nie wiem, jak to opisać. Czy ktokolwiek potrafi opisać moment, kiedy pod brodą czujesz główkę wielkości mandarynki, a na klatce piersiowej bicie serca tak szybkie, że przypomina raczej trzepotanie? Julek pachniał ciepłym mlekiem i środkiem dezynfekującym. Miał paluszki jak zapałki. Oddychał płytko, szybko, jakby się spieszył, żeby nadrobić te tygodnie, które przegapił w brzuchu mamy.

Siedziałam z nim godzinę. Nie ruszałam się. Oddychałam powoli, tak jak nas uczyli - żeby dziecko dopasowało swój oddech do mojego. I dopasowało się. Po dwudziestu minutach jego serduszko zwolniło, oddechy się wyrównały. Zasnął.

Kasia zerknęła na monitor i uśmiechnęła się.

- Przy pani przybierają - powiedziała. - Naprawdę.

Przychodzę we wtorki, czwartki i soboty. Wstaję o piątej - tak jak za czasów Zdzisława, ale teraz ta piąta rano ma sens. Robię jedną kawę, nie dwie. Wyciągam ze szafy miękki bawełniany podkoszulek - ten sam co zawsze, bo dzieci lubią ten sam zapach. Jadę autobusem dwudziestką przez puste jeszcze miasto. Na oddziale jest już jasno, ciepło, pełno cichych dźwięków: piknięcie aparatury, szuranie kapci, cichy płacz, który gaśnie, gdy czyjeś ręce podnoszą maleństwo z inkubatora.

Teraz mam troje „swoich". Julka, który już waży półtora kilograma i za tydzień idzie do domu. Zosię, córeczkę nastoletniej mamy, która przychodzi raz na tydzień i patrzy na własne dziecko ze strachem w oczach. I Kubusia, o którym wiem tylko tyle, że nikt po niego nie przychodzi.

O Kubusiu jest najtrudniej.

- Pani Bożenko, niech się pani nie obciąża - powiedziała mi ordynator, doktor Witkowska, kiedy zauważyła, że siedzę z nim dłużej niż z innymi. - Sytuacja jest skomplikowana. Mama jest, ale... sytuacja jest skomplikowana.

Nie pytałam dalej. Nie moja sprawa. Ale kiedy trzymam Kubusia i czuję, jak jego maleńkie palce ściskają mój kciuk z siłą, której nie powinien jeszcze mieć - myślę o nim w domu. Przed snem. Przy tej jednej kawie o piątej rano.

Magda zadzwoniła w sobotę wieczorem.

- Mamo, Ania i ja rozmawiałyśmy. Martwimy się o ciebie.

- Dlaczego? Dobrze się czuję.

- Właśnie o to chodzi. Ty się za dobrze czujesz. Cztery miesiące po tacie i nagle masz misję, cel, wstajesz o świcie... Mamo, to nie jest zdrowe. Ty uciekasz od żałoby.

Milczałam długo. Za długo, bo Magda dodała ciszej:

- Tata by nie chciał, żebyś zamiast przeżyć stratę, tuliła cudze dzieci.

Cudze dzieci. To słowo - „cudze" - zostało ze mną na kilka dni. Nosiłam je jak kamyk w bucie. Czy Kubuś jest „cudzy"? Czy Zosia, która pachnie mlekiem i środkiem do dezynfekcji, jest „cudza"? A może Magda ma rację i ja naprawdę uciekam? Może zamiast płakać po Zdzisławie, zabieram sobie czyjeś łzy, czyjeś bicie serca, czyjś ciężar - żeby nie czuć pustki po własnym?

We wtorek rano stałam przed szpitalem pięć minut dłużej niż zwykle. Autobus przyjechał punktualnie. Weszłam. Ale stojąc przed drzwiami oddziału, zawahałam się. Pierwszy raz.

Wtedy przez szybę zobaczyłam Kasię. Trzymała Kubusia i kołysała go, ale on płakał. Płakał tym cichym, cienkim płaczem wcześniaków, który brzmi jak skrzypienie drzwi w pustym mieszkaniu.

Weszłam. Wzięłam go. Zamilkł.

Nie wiem, czy córki mają rację. Nie wiem, czy uciekam od żałoby, czy wreszcie znalazłam coś, co nadaje sens tym pustym porankom. Nie wiem, co będzie, gdy Kubuś pójdzie do domu - albo gdziekolwiek pójdzie. Nie wiem, czy wolno mi go kochać, skoro nie jest „mój".

Wiem tylko, że waży teraz dziewięćset dwadzieścia gramów. Czterdzieści więcej niż w zeszłym tygodniu.

I że rano robię jedną kawę, ale już nie patrzę na miejsce, gdzie stała ta druga.