Zapomniałam nazwiska aktora - córka od razu zapisała mnie na „trening pamięci dla seniorów 60+". Poszłam z ciekawości: krzyżówki, śpiew, nowi ludzie, kawa. Prowadząca po teście: „pani wynik w czołówce grupy". Zostałam - dla towarzystwa. Córce nie powiem jednego: najmłodsza uczestniczka ma pięćdziesiąt osiem lat i zapomina więcej ode mnie. Kurs świetny. Diagnoza - pochopna.
A teraz po kolei, bo ta historia ma więcej warstw, niż się wydaje.
To było przy niedzielnym obiedzie. Sierpień, upał nie do zniesienia, rosół parował na stole, a ja opowiadałam Agnieszce o filmie, który obejrzałam dzień wcześniej. Kryminał, niezły, z takim aktorem - no, wie się, kto. Wysoki, ciemne włosy, grał jeszcze w tym serialu o komisarzu.
- Mamo, jak on się nazywa? - Agnieszka odłożyła łyżkę.
- No właśnie… zaraz mi przyjdzie. Poczekaj. Ma na imię… coś na M? Nie, nie na M.
- Mamo.
- Daj mi sekundę, Agnieszka.
Córka patrzyła na mnie przez stół z takim wyrazem twarzy, jakbym jej właśnie powiedziała, że zamierzam sprzedać mieszkanie i zamieszkać na działce. Widziałam, jak ściąga brwi. Jak kładzie dłoń na telefonie.
- Mamo, ty ostatnio dużo zapominasz - powiedziała tonem, który znałam aż za dobrze. Tym samym, którym kiedyś mówiła swoim dzieciom „nie dotykaj kuchenki". Spokojnym, ale takim, że nie ma dyskusji.
Miałam sześćdziesiąt trzy lata. Dwadzieścia osiem lat pracy w księgowości w firmie budowlanej na Woli, trzydzieści dziewięć lat małżeństwa z Andrzejem - mechanik, teraz na emeryturze, naprawia sąsiadom wszystko, od pralek po rynny. Dwie córki: Agnieszka, czterdzieści jeden lat, lekarka w przychodni na Bielanach, i Kasia, trzydzieści siedem, nauczycielka angielskiego w Krakowie. Troje wnuków. Życie poukładane jak segregatory w moim dawnym biurze.
I nagle - jedno zapomniane nazwisko aktora, i córka lekarka już wie lepiej.
Następnego dnia Agnieszka zadzwoniła. Nie żeby zapytać, jak się czuję. Nie żeby pogadać. Zadzwoniła z informacją.
- Mamo, zapisałam cię na trening pamięci. Dla seniorów sześćdziesiąt plus. W domu kultury na Żoliborzu, czwartki o dziesiątej. Zaczynasz za tydzień.
- Że co proszę?
- To bardzo fajne zajęcia. Krzyżówki, ćwiczenia kognitywne, praca w grupie. Prowadzi psycholożka, specjalizuje się w starzeniu kognitywnym.
- Agnieszka, ja zapomniałam nazwisko jednego aktora.
- Mamo, to nie jest pierwszy raz.
Chciałam powiedzieć, że każdy zapomina. Że Andrzej nie pamięta, gdzie kładzie okulary, od trzydziestu lat. Że sama Agnieszka w zeszłym tygodniu zadzwoniła do mnie dwa razy z tym samym pytaniem, czy Zuzia ma alergię na orzechy, czy na migdały. Ale nie powiedziałam. Bo Agnieszka miała ten swój ton. A ja nauczyłam się dawno temu, że z Agnieszką w tym tonie się nie wygrywa.
- Dobrze - powiedziałam. - Pójdę.
Andrzej, kiedy mu powiedziałam, podniósł wzrok znad gazety i pokręcił głową.
- Agnieszka cię leczy, zanim ci cokolwiek jest.
- Wiem.
- To po co idziesz?
Wzruszyłam ramionami. Może z ciekawości. Może dlatego, że od emerytury czwartki wyglądały tak samo: zakupy w Biedronce, obiad, telewizor, obiad, telewizor. A może dlatego, że gdzieś w środku - gdzieś bardzo głęboko, tam gdzie nie chciałam zaglądać - przez sekundę pomyślałam: a jeśli Agnieszka ma rację?
Poszłam.
Dom kultury na Żoliborzu, sala na pierwszym piętrze, okna otwarte na lipce, bo klimatyzacji nie było. Osiem kobiet przy stołach ustawionych w podkowę. Termos z kawą, kubeczki plastikowe, ciastka - takie kupne, z Lidla, w pudełku. Prowadząca - pani Marta, może czterdzieści lat, krótkie włosy, energiczna jak trenerka fitness, tylko że zamiast hantli miała plansze z obrazkami.
Pierwszego dnia robiłyśmy test. Zapamiętywanie sekwencji słów, odtwarzanie wzorów, opowiadanie historyjki po jednorazowym przeczytaniu. Siedziałam między Haliną - siedemdziesiąt dwa lata, dawna pielęgniarka, fantastyczne poczucie humoru - a Bożeną, emerytkowaną urzędniczką z ZUS-u, która przynosiła własne ciastka, bo twierdziła, że kupne jej nie służą.
Po teście pani Marta podeszła do mnie i powiedziała cicho, żeby inne nie słyszały:
- Pani Tereso, pani wynik jest w czołówce grupy. Naprawdę świetna pamięć jak na... - zawahała się - jak na każdy wiek.
Wróciłam do domu z dziwnym uczuciem. Coś między ulgą a irytacją. Zadzwoniłam do Agnieszki.
- I jak? - zapytała od razu.
- Fajnie - powiedziałam. - Będę chodzić.
I chodziłam. Czwartek po czwartku. Nie ze względu na pamięć.
Ze względu na Halinę, która opowiadała takie historie z dyżurów w szpitalu, że boki zrywałam. Ze względu na Bożenę i jej sernik na zimno, który był najlepszy, jaki jadłam w życiu. Ze względu na Lucynę - pięćdziesiąt osiem lat, najmłodsza w grupie, księgowa jak ja, która co tydzień gubiła okulary, zapominała, na którym przystanku wysiąść, i raz przyszła na zajęcia w dwóch różnych butach. Ze względu na to, że przy kawie po ćwiczeniach rozmawiałyśmy o wszystkim - o dzieciach, które wiedzą lepiej, o mężach, którzy naprawiają wszystko oprócz tego, co trzeba, o wnukach, o lekarzach, o cenach pomidorów.
Lucyna siadała zawsze obok mnie. Pewnego czwartku, gdy pani Marta poprosiła nas o zapamiętanie listy dwunastu przedmiotów, Lucyna zapamiętała cztery. Ja - jedenaście. Lucyna roześmiała się i powiedziała:
- Teresa, ty tu siedzisz z litości nad nami, co?
I wtedy pomyślałam coś, czego nie powiem Agnieszce. Że ta grupa nie jest dla mnie - w sensie medycznym. Że moja pamięć jest w porządku. Że zapomniane nazwisko aktora to normalna rzecz, która przydarza się każdemu w każdym wieku, a moja córka lekarka zrobiła ze zwykłego ludzkiego „wypadło mi z głowy" diagnozę wymagającą interwencji.
Ale powiem coś innego: ten kurs jest najlepszą rzeczą, jaka mnie spotkała od czasu emerytury.
Agnieszka dzwoni co czwartek wieczorem. Pyta, jak zajęcia. Słyszę w jej głosie ulgę, że mama się „leczy". Mówię jej, że robimy ćwiczenia, że prowadząca jest świetna, że robię postępy. Wszystko prawda. Nie mówię jej, że moje postępy to przejście od jedenastu zapamiętanych słów do dwunastu. Nie mówię, że jestem najlepsza w grupie i byłam od pierwszego dnia. Nie mówię, że Lucyna - osiem lat młodsza ode mnie - ma realne problemy z pamięcią i pani Marta delikatnie zasugerowała jej wizytę u neurologa.
Nie mówię, bo wtedy Agnieszka powie: „No to po co tam chodzisz?".
A ja nie chcę odpowiadać na to pytanie. Bo odpowiedź jest taka, że chodzę, bo wreszcie mam czwartkową kawę, przy której ktoś pyta, co u mnie, i naprawdę chce usłyszeć odpowiedź. Chodzę, bo Halina na mnie czeka z nową historią. Bo Bożena przynosi sernik. Bo Lucyna potrzebuje kogoś, kto jej powie, że lewą rękawiczkę zostawiła na krześle.
Andrzej to rozumie. Andrzej mówi: „Idź, Terenia, dobrze ci z babami". I nic więcej nie pyta.
Agnieszka nie zrozumiałaby. Agnieszka myśli, że chodzę tam, bo jestem chora. I chyba potrzebuje tak myśleć. Może dlatego, że jest lekarką i widzi diagnozy wszędzie. A może dlatego, że łatwiej jej zapisać mnie na kurs niż przyjechać w czwartek na kawę.
Wczoraj wieczorem oglądałam telewizję. Leciał ten sam kryminał. Aktor - Arkadiusz Jakubik. Oczywiście. Jakubik. Wiedziałam to od początku, gdzieś na dnie głowy.
Nie zadzwoniłam do Agnieszki, żeby jej powiedzieć.
Bo gdybym sobie przypomniała - po co miałaby mi pomagać?