W przedszkolu przy parafii czytam bajki od dwóch lat. Na zakończenie roku dyrektorka poprosiła mnie do sali „na chwilę". Nad drzwiami wisiała nowa tabliczka, malowana przez dzieci: „Sala u Babci Anieli". Dwadzieścia troje dzieci krzyknęło „niespodzianka!" - a ja pierwszy raz w życiu nie wiedziałam, co powiedzieć.
Stałam w drzwiach i czułam, jak mi się robią miękkie kolana. Zuzia, ta mała z pierwszego rzędu, która zawsze ciągnie mnie za rękaw i pyta „a co dalej?", podbiegła pierwsza i objęła moje nogi.
Za nią Kacperek, Hania, Olek - jeden po drugim, jak koraliki z zerwanego naszyjnika. Dyrektorka, pani Marzena, stała z boku i ocierała oczy chusteczką. Ja nie płakałam. Jeszcze nie. Uśmiechałam się tak szeroko, że bolały mnie policzki, i powtarzałam w kółko: „Jezus Maria, dzieci, Jezus Maria".
Bo widzicie, dwa lata wcześniej nikt nie mówił do mnie „Babciu Anielu". Dwa lata wcześniej byłam po prostu Anielą Kowalską, sześćdziesięciotrzyletnią emerytowaną księgową z bloku na Gocławiu, która budziła się o szóstej, choć nie musiała już nigdzie iść. Pięć pokoi. Cisza. Zegar z kukułką, który Henryk kupił na naszą dwudziestopiątą rocznicę, tykał tak głośno, że słyszałam go nawet pod prysznicem.
Henryk odszedł trzy lata temu. Nie ode mnie - od nas wszystkich. Zawał na działce, przy grządce z pomidorami. Pogotowie przyjechało w dwanaście minut, ale sąsiad z sąsiedniej parceli powiedział mi później, że Henryk przestał się ruszać już po pierwszej. Że leżał twarzą w ziemi, a obok stała konewka, z której wciąż lecała woda.
Po pogrzebie córki się zorganizowały - tak to nazwała Kasia, ta starsza. „Mamo, musimy się zorganizować". Kasia mieszka pod Krakowem z mężem i dwójką dzieci. Patrycja, młodsza, we Wrocławiu, singielka, ale z dobrą pracą w korporacji. Obie przyjechały na tydzień. Pozmywały po stypie, wyrzuciły przeterminowane leki Henryka z szafki w łazience, zostawiły mi numer do psychologa na karteczce przypiętej magnesem do lodówki. I pojechały.
Nie winię ich. Naprawdę. Mają swoje życie, swoje problemy, swoje rachunki. Kasia dzwoniła w każdą niedzielę. Patrycja pisała SMS-y, krótkie, ale regularne: „Cześć mamo, jak tam? Buziaki". Odpowiadałam: „Dobrze, córciu. Buziaki". I to była prawda - było dobrze. Tylko pusto.
To Lucyna, moja sąsiadka z trzeciego piętra, powiedziała mi o przedszkolu. Spotkałyśmy się w windzie w styczniu, dwa lata temu. Ja wracałam z apteki, ona ze mszy. „Aniela, a ty lubisz dzieci, prawda?" - zapytała, jakby to było oczywiste. Lucyna ma taki dar, że wszystko brzmi jak oczywistość. „No lubię" - odpowiedziałam. „To chodź ze mną w czwartek do parafialnego przedszkola. Szukają kogoś, kto by dzieciakom czytał. Wolontariat. Godzina, góra dwie w tygodniu".
Pamiętam, że wieczorem siedziałam na kanapie i myślałam: co ja tam będę czytać? Jakim dzieciom? One mnie nie znają, ja ich nie znam. Miałam sześćdziesiąt jeden lat, bolało mnie biodro i nie pamiętałam, kiedy ostatnio czytałam na głos. Chyba Kasi, w osiemdziesiątym dziewiątym, „Przygody Koziołka Matołka" na dobranoc.
Ale poszłam. Bo pustka w mieszkaniu była głośniejsza niż kukułka z zegara.
Pierwszy raz czytałam „Lokomotywę" Tuwima. Głos mi się trząsł. Siedziałam na niskim krzesełku, kolana miałam pod brodą, a dwadzieścioro oczu patrzyło na mnie z tą bezwarunkową uwagą, jaką mają tylko małe dzieci. Kiedy powiedziałam „Sto wagonów, sto wagonów, sto wagonów wiezie", jeden chłopczyk - Olek, jak się potem dowiedziałam - zaczął tupać nóżkami w rytm. I nagle tupały wszystkie. Cała sala dudniła.
Wróciłam do domu i po raz pierwszy od pogrzebu Henryka zjadłam porządny obiad. Nie kanapkę nad zlewem - prawdziwy obiad, z talerza, z kompotem.
Potem przychodzili kolejne czwartki. Czytałam Brzecchwę, Konopnicką, Jachowicza. Przynosiłam swoje stare książki, te z żółknącymi stronami, które pachniały piwnicą i latami osiemdziesiątymi. Dzieci nazywały mnie „proszę pani", potem „pani Aniela", a wreszcie - nie wiem nawet kiedy - „Babcia Aniela". Pani Marzena powiedziała, że tak już zostanie, że to „organiczne". Użyła tego słowa, organiczne, i się uśmiechnęła.
Kasi powiedziałam o wolontariacie dopiero po trzech miesiącach. „Mamo, to super" - odparła z entuzjazmem, który brzmiał trochę jak ulga. Patrycja napisała: „Fajnie mamo! Podeślij zdjęcia! 💪". Nie podesłałam. Nie dlatego, że nie chciałam - po prostu nie umiałam robić zdjęć telefonem tak, żeby nie ucięło głów.
Były też trudne momenty. Mały Bartek przez dwa tygodnie płakał na każdych moich zajęciach, bo ja mu „nie tak czytam". Okazało się, że jego babcia, ta prawdziwa, czytała mu po śląsku, a ja wymawiałam wszystko „za gładko". Pani Marzena chciała go przesadzić do innej grupy, ale ja powiedziałam: „Daj mi jeszcze tydzień". Trzeciego dnia przyniosłam mu pierniczki, które upiekłam wieczorem. Przestał płakać. Zaczął się uśmiechać. Potem siadał zawsze najbliżej.
I tak minęły dwa lata. Czwartki zamieniły się w czwartki i wtorki. Jedna godzina w dwie. A potem ten czerwcowy dzień, tabliczka nad drzwiami i dwadzieścia trzy gardła krzyczące „niespodzianka!".
Wieczorem zadzwoniła Kasia. „Mamo, pani Marzena do mnie napisała, że był taki mały festyn, że tabliczka... Czemu mi nie powiedziałaś?". Bo nie wiedziałam, córciu. Naprawdę nie wiedziałam.
A potem, już po jej „dobranoc", siedziałam przy kuchennym stole. Na lodówce wciąż wisiała karteczka z numerem psychologa - dwa lata, pożółkła, ale wisiała. Herbata stygła. Patrzyłam na zdjęcie, które zrobiła mi pani Marzena telefonem - ja w drzwiach sali, otoczona dziećmi, z twarzą kogoś, kto został zaskoczony życiem. Za mną widać kawałek tabliczki. Litery krzywe, kolorowe, malowane palcami.
Pomyślałam o Henryku. O tym, że przez czterdzieści lat małżeństwa mówił na mnie „Anielka" i że był jedynym człowiekiem, który potrafił wymówić to imię tak, że brzmiało jak coś ciepłego. A teraz dwadzieścia troje dzieci mówi „Babcia Aniela" i to brzmi inaczej, ale też ciepło. Inaczej ciepło.
Następnego dnia wyrzuciłam tę karteczkę z lodówki. Nie dlatego, że mi przeszło. Nie przeszło. Ale magnes był mi potrzebny - chciałam przypiąć pod nim laurkę od Zuzi, na której narysowała mnie jako wielką postać w fioletowej sukience, z książką większą ode mnie. Pod spodem, drukowanymi literami, ktoś jej pomógł napisać: „BABCIA ANIELA JEST NASZA".
Nasza. Zastanawiam się, czy Kasia i Patrycja kiedykolwiek tak o mnie myślały. I zaraz sama siebie karcę - oczywiście, że tak. Tylko inaczej. Bo z dorosłymi dziećmi to jest tak, że miłość zamienia się w nawyk, a nawyk w ciszę, a cisza w niedzielne telefony. I nikt nie jest temu winny.
We wrześniu wracam. Pani Marzena powiedziała, że nowa grupa już czeka. Dwadzieścioro pięcioro dzieci. Żadne z nich mnie jeszcze nie zna.
Ale tabliczka nad drzwiami zostaje.