Sprzedałam mieszkanie i dałam córce pieniądze na dobudowę piętra - „dla ciebie, mamo, z łazienką i balkonem". Piętro stoi. Mieszka na nim teściowa córki, „bo jej było pilniej". Mnie wstawili tapczan w dawnym gabinecie zięcia.

Tapczan skrzypi, kiedy się przewracam w nocy. Za ścianą słyszę, jak Dariusz - mój zięć - chrapie z przerwami, jakby ktoś mu co chwilę zatykał nos. Na biurku, które zepchnęli pod okno, żebym miała gdzie postawić szklankę z wodą, nadal leżą jego papiery z firmy. Segregatory. Teczka z napisem „Oferty". Ja się między nie wcisnęłam ze swoją kosmetyczką i lekami na ciśnienie.

Nazywam się Halina, mam sześćdziesiąt cztery lata i do stycznia byłam właścicielką dwupokojowego mieszkania na Gocławiu. Czterdzieści dwa metry, trzecie piętro, widok na park Skaryszewski.

Kupiłam je z mężem Andrzejem w dziewięćdziesiątym pierwszym, za pieniądze ze sprzedaży odziedziczonego po teściach domu. Andrzej umarł osiem lat temu. Mieszkałam tam sama i było mi dobrze. Było mi naprawdę dobrze.

Ale Kasia - moja córka - potrafiła opowiadać. Miała ten dar od ojca: umiała tak ułożyć słowa, żeby człowiek poczuł, że wszystko jest logiczne, oczywiste, jedyne słuszne. Przyjechała w październiku z Dariuszem i dwiema wnuczkami. Usiedli w moim salonie, Zuzia rysowała na podłodze, mała Hania spała w nosidełku. Kasia położyła przede mną projekty.

„Mamo, popatrz. Tu będzie twój pokój. Duży, z balkonem na południe. Tu łazienka, z brodzikiem, bez progu, żebyś nie musiała się martwić. A tu mały aneks - gdybyś chciała sama sobie herbatę zrobić, nie musisz schodzić na dół."

Piękne rysunki. Kolorowe wizualizacje. Dariusz kiwał głową, mówił o ekipie, która zacznie w marcu, że do lata będzie gotowe. Kasia trzymała mnie za rękę.

„Mamo, po co ci to mieszkanie na trzecim piętrze? Kolana ci odmawiają, windę znowu zepsuli. A u nas - będziesz z wnuczkami. Będziemy razem na co dzień."

Wiedziałam, że ma rację z tymi kolanami. Wiedziałam, że samotność na Gocławiu z roku na rok stawała się cięższa. Koleżanki - Lucyna i Bożena - powtarzały mi: „Halina, dobrze, że masz rodzinę, która cię chce. Nasza Marzena dzwoni raz w miesiącu i myśli, że wystarczy." Więc podpisałam. Notariusz na Pradze, grudzień, mróz. Kupiec z biura nieruchomości podał mi rękę, a ja pomyślałam, że oddaję czterdzieści dwa metry swojego życia.

Trzysta dziewięćdziesiąt tysięcy. Przelałam Kasi dwieście osiemdziesiąt na konto. „Na piętro, mamo. Na twoje piętro" - powiedziała, gdy potwierdziła przelew. Resztę zostawiłam sobie na koncie w banku, na czarną godzinę. Andrzej zawsze mówił: „Halina, nigdy nie oddawaj wszystkiego." Posłuchałam go chociaż w tym.

Przeprowadziłam się w styczniu. Dariusz przyjechał busem po moje rzeczy. Meblościankę sprzedali sąsiadom, bo „u nas nie ma miejsca na takie meble". Zabrałam ubrania, albumy ze zdjęciami, pościel, garnek do rosołu. Kasia powiedziała, że reszta się zmieści na strychu. Nie zmieściła się, bo strych był pełen gratów Dariusza, ale o tym dowiedziałam się dopiero na miejscu.

Gabinet zięcia to pokój trzy na trzy i pół metra. Jedno okno wychodzące na podwórko i płot sąsiada. Tapczan, biurko, krzesło. Szafa? „Na razie powieś rzeczy na wieszaku za drzwiami, mamo. Jak piętro będzie gotowe, będziesz miała garderobę."

Marzec minął. Ekipa nie przyjechała. Dariusz mówił o „opóźnieniach z pozwoleniem". Kwiecień - to samo. W maju zaczęli wreszcie budować. Słyszałam młoty, wiertarki, turkot. Cieszyłam się jak dziecko. Wyobrażałam sobie ten balkon, poranną kawę w słońcu, widok na ogródek Kasi, na kwitnące jabłonie.

W czerwcu piętro było gotowe. Łazienka, dwa pokoje, mały przedpokój. Dokładnie tak, jak na tych kolorowych wizualizacjach.

Tylko że na wizualizacjach nie było Genowefy.

Genowefa to matka Dariusza. Siedemdziesiąt jeden lat, energiczna, głośna, z opinią na każdy temat. Mieszkała dotąd w Radomiu, w bloku, w którym podobno zaczął przeciekać dach. „Mamo, rozumiesz, teściowa jest starsza, ma problemy z biodrem, w Radomiu nie ma kto się nią zająć" - tłumaczyła mi Kasia pewnego wieczoru, unikając mojego wzroku.

„Ale to miało być moje piętro" - powiedziałam cicho. Tak cicho, że chyba bardziej do siebie niż do niej.

„I będzie twoje. Ale teraz Genowefa potrzebuje pilniej. To tymczasowe, mamo, kilka miesięcy, góra rok. A ty tu masz nas blisko, wnuczki, mnie."

Tymczasowe. To słowo słyszę od ośmiu miesięcy. Genowefa urządziła się na „moim" piętrze tak, jakby zamierzała tam dożyć. Zawiesiła firanki w żabki. Ustawiła porcelanę w szafkach w aneksie kuchennym - tym aneksie, w którym miałam sobie robić herbatę. Na balkonie - tym balkonie, na południe, z widokiem na jabłonie - postawiła doniczki z pelargoniami i plastikowe krzesło.

Raz weszłam na górę zapytać, czy mogę skorzystać z łazienki, bo na dole była zajęta. Genowefa spojrzała na mnie tak, jakbym wtargnęła do jej domu.

„Kasiu, twoja mama tu wchodzi bez pukania" - powiedziała później przy kolacji, nakładając sobie bigosu. Kasia spuściła wzrok. Dariusz wziął chleb i milczał.

Milczy od miesięcy. Kasia też. Kiedy próbuję poruszyć temat, słyszę warianty tej samej melodii: „Mamo, nie teraz", „Mamo, nie przy dzieciach", „Mamo, to skomplikowane". Za każdym razem czuję, że jestem o krok od tego, żeby powiedzieć coś, czego nie da się cofnąć. Więc się wycofuję. Idę do gabinetu. Siadam na tapczanie. Patrzę przez okno na płot sąsiada.

Lucyna dzwoni co tydzień. Pyta, jak się czuję. Mówię: „Dobrze." Kłamię, a ona to wie, ale nie naciska. Za to Bożena powiedziała wprost: „Halina, dałaś się ograć. Idź do prawnika."

Do prawnika. Z czym? Pieniądze przelałam dobrowolnie. Żadnej umowy, żadnego aktu notarialnego na dożywocie. Zaufałam córce. Własnej córce. Czy na to jest jakiś paragraf?

Wczoraj wieczorem Zuzia - starsza wnuczka, dziewięć lat, mądra jak na swój wiek - przyszła do mnie z kolorowanką. Usiadła na tapczanie, oparła się o mnie i powiedziała: „Babciu, a dlaczego ty nie mieszkasz na górze? Przecież to dla ciebie tata budował."

Nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Pogłaskałam ją po głowie. Przez chwilę miałam wrażenie, że dziecko rozumie więcej niż dorośli w tym domu.

W nocy nie spałam. Leżałam na skrzypiącym tapczanie i myślałam o mieszkaniu na Gocławiu, o parku za oknem, o ciszy, która kiedyś wydawała mi się nieznośna, a teraz wydaje się luksusem. Myślałam o Andrzeju, o tym, co by powiedział. Pewnie: „Halinka, a nie mówiłem?"

Rano zrobiłam sobie kawę, zanim wszyscy wstali. Usiadłam w kuchni przy stole i otworzyłam laptop Kasi - ten, który zawsze stoi na blacie. Wpisałam w wyszukiwarkę: „mieszkania do wynajęcia Warszawa, do 1800 zł". Wyników było niewiele, ale były.

Nie wiem jeszcze, czy to zrobię. Nie wiem, czy mam siłę zaczynać od nowa w obcych ścianach, z kartonu, ze stu dziesięciu tysięcy na koncie, które topniałyby z każdym miesiącem. Nie wiem, czy Kasia by to zrozumiała, czy uznałaby za zdradę. Nie wiem nawet, czy chcę od niej przeprosin, czy po prostu chcę odzyskać czterdzieści dwa metry, które już do mnie nie należą.

Wiem jedno: nad głową słyszę kroki Genowefy. Moje piętro skrzypi pod cudzymi stopami.