Mieszkanie przepisałam synowi - „nic się nie zmieni, mamo". Po roku mój pokój wynajęli studentom, mnie wstawili łóżko w przedpokoju: „tymczasowo, rata wysoka". W poniedziałek wysłałam mu polecony: odwołanie darowizny za rażącą niewdzięczność.

Kiedy wrzucałam tę kopertę do skrzynki na rogu Grochowskiej, ręce mi drżały tak, że musiałam przytrzymać klapkę drugą dłonią. Stałam potem na chodniku, z torebką przyciśniętą do piersi, i myślałam: czy matka, która pozywa własnego syna, jest jeszcze matką?

Minęła mnie kobieta z wózkiem, spojrzała z troską, pewnie wyglądałam jak ktoś, komu zrobiło się słabo. W pewnym sensie tak było.

Mam na imię Halina, choć dla całego osiedla na Gocławiu byłam zawsze „pani Halinka z czwartego". Sześćdziesiąt trzy lata. Trzydzieści osiem z nich przepracowałam jako księgowa - najpierw w państwowej spółdzielni, potem w prywatnej firmie budowlanej, aż w końcu przeszłam na emeryturę z kwotą, od której człowiek się nie roześmieje. Mieszkanie - trzypokojowe M-4 na Saskiej Kępie - dostaliśmy z Ryszardem jeszcze w osiemdziesiątym szóstym.

Ryszard nie dożył emerytury, odszedł siedem lat temu. Rak trzustki, cztery miesiące od diagnozy do pogrzebu. Zostałam sama z tym mieszkaniem, z albumem zdjęć ślubnych i z synem Marcinem, który miał wtedy trzydzieści lat i własne plany.

Marcin był dobrym dzieckiem. Naprawdę był. Grzeczny w szkole, skończył politechnikę, dostał pracę w firmie IT. Ożenił się z Kają - ładna, ambitna dziewczyna z Ursynowa, projektantka wnętrz. Kiedy Ryszard umarł, Marcin przyjeżdżał co niedzielę. Przywoził sernik z cukierni na Francuskiej, siadał w kuchni i mówił: „Mamo, jak coś potrzebujesz, to dzwoń". Dzwoniłam rzadko, bo nie chciałam być ciężarem. To chyba był mój pierwszy błąd.

Pomysł z darowizną pojawił się półtora roku temu. Przyszedł Marcin z Kają, usiedli w salonie, ona rozłożyła na stole wydruki z banku. Chcieli wziąć kredyt na większe mieszkanie - czteropokojowe, bliżej centrum, bo Kaja potrzebowała pracowni. Bank wymagał wkładu własnego. Moje mieszkanie, przepisane na Marcina, dawało im zdolność kredytową.

- Mamo, nic się nie zmieni - powiedział Marcin, patrząc mi prosto w oczy. - Będziesz tu mieszkać jak dotąd. To formalność. Potrzebujemy tego pod bank.

Kaja dodała coś o „optymalizacji podatkowej" i „zabezpieczeniu przyszłości rodziny". Pokiwałam głową, bo brzmiało to mądrze, a ja w sprawach kredytów nigdy się dobrze nie orientowałam. Paradoks - trzydzieści osiem lat w księgowości, a przy własnych finansach gubiłam się jak dziecko. Może dlatego, że to nie były słupki w arkuszu. To był mój syn.

U notariusza byłam spokojna. Podpisałam akt darowizny. Notariusz zapytał, czy chcę ustanowić służebność osobistą mieszkania. Marcin spojrzał na mnie z takim wyrazem twarzy, jakbym go obraziła samym pytaniem. „Mamo, no co ty, to nasz dom, przecież nie wyrzucę cię na ulicę". Nie ustanowiłam służebności. To był mój drugi błąd.

Przez pierwsze pół roku faktycznie nic się nie zmieniło. Mieszkałam w swoim pokoju, gotowałam rosół w niedziele, podlewałam storczyki na parapecie. Marcin z Kają wzięli kredyt, kupili to swoje czteropokojowe na Mokotowie. Cieszyli się. Ja też się cieszyłam - bo syn się cieszy, to matka się cieszy, tak to działa.

Problemy zaczęły się powoli, jak rdza. Najpierw Kaja zasugerowała, że „szkoda, żeby taki pokój stał pusty, skoro Marcin i tak tu nie mieszka". Ja nie zrozumiałam. Jaki pokój? Mój pokój? Nie, ten duży, dawny salon. Wynajęli go studentce z Lublina, cichej dziewczynie po filologii. Zgodziłam się, bo rata kredytu wynosiła cztery tysiące, a Kaja właśnie straciła zlecenie. „Tymczasowo, mamo. Parę miesięcy."

Studentka okazała się w porządku. Przynosiła mi herbatę, pytała o zdrowie. Ale po dwóch miesiącach zjawił się drugi lokator - chłopak z Radomia, informatyk. Dostał mój pokój. Mój. Ten, w którym stało łóżko Ryszarda, w którym trzymałam jego ostatnią piżamę w szufladzie komody, w którym na ścianie wisiało zdjęcie z naszego ślubu.

- Marcin, co ty robisz? - zapytałam przez telefon, starając się nie podnosić głosu.

- Mamo, rata jest wysoka. To tymczasowe. Wstawimy ci łóżko w przedpokoju, jest tam sześć metrów kwadratowych, zmieści się wszystko.

Sześć metrów. Łóżko polowe z Castoramy. Zasłonka zamiast drzwi. Moje rzeczy - w trzech kartonach pod ścianą. Ryszard na zdjęciu ślubnym patrzył na mnie z szafki nocnej, a ja leżałam w przedpokoju własnego mieszkania - nie, przepraszam, mieszkania mojego syna - i słuchałam, jak studenci gotują w mojej kuchni makaron o jedenastej w nocy.

Przez trzy miesiące próbowałam rozmawiać. Marcin odpowiadał na co trzeci telefon. Kaja - na żaden. Kiedy w końcu przyjechali odebrać pocztę, usiadłam z synem w kuchni - bo salon i pokój były zajęte - i powiedziałam wprost:

- Synu, tak nie może być. To miał być mój dom do końca życia.

Marcin pocierał czoło dłońmi. Wyglądał na zmęczonego. Miał worki pod oczami, dwa kilogramy mniej niż pół roku wcześniej.

- Mamo, myślisz, że mi się to podoba? Rata cztery tysiące. Kaja nie zarabia. Albo wynajmujemy, albo tracimy mieszkanie na Mokotowie. Daj nam pół roku, wykręcimy się.

Dałam. Bo matka zawsze daje. Pół roku minęło. Studenci zostali. Łóżko w przedpokoju zostało. Zasłonka została. Tylko Marcin przestał dzwonić w niedziele.

Poszłam do prawnika trzy tygodnie temu. Znajoma z osiedla, Lucyna, dała mi namiary na kancelarię przy Grochowskiej. Młoda adwokatka, pewnie w wieku Kai, wysłuchała mnie, zapisała wszystko i powiedziała: „Pani Halino, odwołanie darowizny z powodu rażącej niewdzięczności jest możliwe. Przepisy są po pani stronie. Ale proszę się zastanowić - to będzie proces przeciwko synowi."

Zastanawiałam się czternaście dni. Czternaście nocy na łóżku polowym, za zasłonką, z Ryszardem na zdjęciu, które teraz stało na podłodze, bo szafka nocna się nie mieściła.

W poniedziałek rano napisałam list. Polecony, za potwierdzeniem odbioru. „Odwołanie darowizny z dnia..." - oficjalne, suche, prawnicze zdania, które sprawdziła adwokatka. Wydruk z kancelarii. Podpis - mój, Halina Krawczyk. Włożyłam do koperty, zakleiłam, zaniosłam na pocztę.

Marcin dostanie go jutro albo pojutrze. Nie wiem, co zrobi. Może zadzwoni. Może nie. Może przyjedzie i powie: „Mamo, jak mogłaś?". A ja wtedy odpowiem - albo nie odpowiem - bo przez ostatni rok nauczyłam się, że cisza też jest odpowiedzią.

Lucyna powiedziała mi wczoraj przy kawie: „Halinko, dobrze zrobiłaś. Nie pozwól się traktować jak mebel we własnym domu." Ale kiedy wracałam na osiedle, na klatkę schodową, na czwarte piętro, za zasłonkę - złapałam się na tym, że szukam w telefonie zdjęcia Marcina z komunii. Stał wtedy w białej koszuli, z rękami złożonymi, i patrzył w obiektyw z taką powagą, jakby składał przysięgę.

Może składał. Może ja tylko chciałam w to wierzyć.

Leżę teraz na swoim polowym łóżku i słucham, jak chłopak z Radomia rozmawia przez telefon w moim pokoju. Jutro Marcin otworzy kopertę. I albo odzyska się ten syn, którego wychowałam, albo okaże się, że go już dawno nie ma. Nie wiem, co będzie gorsze - gdyby walczył, czy gdyby nawet nie zadzwonił.