Z Czesławą z naprzeciwka wojujemy od dziewięćdziesiątego ósmego: o trzepak, o pietruszkę, o wnuki. W zeszłym miesiącu jej okna były ciemne trzy dni - poszłam mimo wojny. Leżała; pogotowie, szpital, wypis. Teraz wojujemy przy wspólnej herbacie: która upiecze lepszą szarlotkę. Wojna trwa. Zmienił się tylko front.
Ale zacznę od początku, bo ta historia ma swoje korzenie głęboko w podwórkowym betonie naszego osiedla na poznańskim Winogradach. Dwadzieścia siedem lat to kawał czasu. Wystarczy, żeby urodzić dziecko, wychować je i wypuścić w świat. Albo żeby zbudować wojnę tak solidną, że sam już nie pamiętasz, o co właściwie walczysz.
Nazywam się Bożena, mam sześćdziesiąt trzy lata i od trzydziestu mieszkam na trzecim piętrze bloku przy Osiedlu Przyjaźni. Ironia tej nazwy nigdy mnie nie śmieszyła, ale teraz widzę w niej coś nowego. Czesława zajmuje mieszkanie naprzeciwko - drzwi w drzwi, może trzy metry korytarza między nami. Trzy metry i dwadzieścia siedem lat niechęci.
Zaczęło się od trzepaka. Rok dziewięćdziesiąty ósmy, wiosna. Mój Andrzej, mechanik w zajezdni MPK, wrócił z drugiej zmiany, a ja trzepałam dywan. Robiłam to w środy, bo w środy Czesława trzepała pościel i zawsze zajmowała trzepak do południa. Tamtego dnia zeszłam o dziesiątej, bo Andrzej miał wolne i pomógł mi znieść dywan z trzeciego piętra. A Czesława już stała na podwórku z mokrą kołdrą przewieszoną przez ramię jak sztandar bojowy.
- Ja tu stoję od ósmej - powiedziała, a oczy miała jak dwa kawałki lodu.
- Ale trzepaka nie widzę zajętego - odpowiedziałam, bo naprawdę był pusty.
- Bo poszłam po drugą kołdrę!
Andrzej machnął ręką i powiedział, że baby się pokłócą o byle co. To było ostatnie, co powiedzieli o nas razem mąż i trzepak, bo Andrzej następnego roku odszedł - nie ode mnie, z tego świata, nagle, w warsztacie, pęknięty tętniak - a trzepak zdemontowali w dwutysięcznym piątym.
Ale wojna trwała. Trzepak był tylko Sarajewem.
Potem przyszła pietruszka. Czesława miała działkę ROD za miastem, ja miałam balkon pełen doniczek. Ona twierdziła, że moja pietruszka z Biedronki to plastik, a ja mówiłam, że jej marchew z działki jest krzywa jak jej charakter. Wymieniałyśmy się uprzejmościami na klatce schodowej, a sąsiedzi omijali nas szerokim łukiem.
Potem poszło o wnuki. Moja Kasia, jedyna córka, urodziła Zosię w dwutysięcznym dziesiątym, a Czesławy syn Tomek - bliźniaki rok wcześniej. Na podwórku zaczęła się rywalizacja na piaskownicę. Czyje dzieci grzeczniejsze, czyje ładniej ubrane, czyje mówią „dzień dobry" do starszych. Kiedy Zosia wyrwała łopatkę jednemu z bliźniaków, Czesława stanęła nade mną jak wieża i powiedziała:
- Jabłko od jabłoni, Bożena.
Nie odpowiedziałam. Zabrałam Zosię, weszłam do domu i trzasnęłam drzwiami tak, że sąsiadowi z czwórki spadł obrazek z Matką Boską. Przez dwa lata nie zamieniłyśmy ani słowa. Tylko trzaskanie drzwiami i ostentacyjne zamiatanie wycieraczki w stronę jej progu.
Muszę być uczciwa - ja też nie byłam święta. Wiedziałam, że Czesława po śmierci męża Kazimierza została sama, bo Tomek wyprowadził się do Wrocławia i przyjeżdżał może dwa razy w roku. Wiedziałam, bo słyszałam przez ścianę. Bloki z wielkiej płyty mają tę cechę, że ściany oddychają razem z ludźmi. Słyszałam, jak Czesława rozmawia z telewizorem. Słyszałam, jak w Wigilię siedzi cicho, bo nawet telewizor milknie.
Ale wmówiłam sobie, że mnie to nie obchodzi. Że kto sieje wiatr, zbiera burzę. Że sama jest sobie winna, bo gdyby nie ten trzepak, ta pietruszka, te wnuki - może bym zapukała. Kłamałam. Prawda jest taka, że łatwiej było nienawidzić niż współczuć. Współczucie wymaga odwagi, a ja po śmierci Andrzeja odwagę wydawałam na inne rzeczy - na rachunki, na samotne wychowanie Kasi, na udawanie, że sobie radzę.
A potem, w zeszłym miesiącu, stało się to, co zmieniło front.
Był czwartek. Wracałam z Biedronki z siatką, w której były pomidory, chleb i ta nieszczęsna pietruszka z plastiku. Na klatce zauważyłam, że spod drzwi Czesławy wystaje gazeta. Piątkowa gazeta, a był czwartek następnego tygodnia. Trzy dni ciemnych okien. Trzy dni bez ruchu za wizjerem. Stanęłam na korytarzu z tą siatką i poczułam coś, czego nie spodziewałam się poczuć - strach. Nie o siebie. O nią.
Zapukałam. Cisza. Zapukałam mocniej. Nic. Serce mi waliło, ręce się trzęsły, kiedy dzwoniłam do administracji po zapasowy klucz. Pan Mirek ze spółdzielni przyszedł po dwudziestu minutach, a ja te dwadzieścia minut stałam pod drzwiami i myślałam: jeśli ona tam nie żyje, to ostatnie, co jej powiedziałam trzy miesiące temu, to było „niech pani nie zastawia wózkiem korytarza".
Leżała w przedpokoju. Przytomna, ale nie mogła wstać. Noga spuchnięta, sine biodro, oczy pełne czegoś, czego w Czesławie nigdy nie widziałam - wstydu. Nie strachu. Wstydu, że ja ją widzę taką.
- Nie dzwoń po pogotowie - powiedziała. - Dam radę.
- Leżysz tu od kiedy? - zapytałam.
- Od wtorku. Może od poniedziałku. - Odwróciła głowę. - Idź do siebie, Bożena.
Nie poszłam. Zadzwoniłam na pogotowie, pojechałam z nią do szpitala, siedziałam na izbie przyjęć, piłam kawę z automatu, która smakowała jak rozpuszczona podeszwa. Pęknięcie szyjki kości udowej. Operacja, tydzień na oddziale, wypis z zaleceniem rehabilitacji i zakazu samotnego mieszkania przez minimum dwa miesiące.
Tomek przyjechał z Wrocławia na jeden dzień. Jeden. Pomógł matce wrócić do mieszkania, zostawił na lodówce kartkę z numerem do prywatnej opiekunki i pojechał, bo miał projekt w pracy. Widziałam, jak Czesława stoi w oknie i patrzy na jego samochód odjeżdżający z parkingu. Nie machała.
Następnego dnia zapukałam z rosołem. Czesława otworzyła - o kulach, w szlafroku, z tym samym wyrazem wstydu.
- Rosół to nie pokój - powiedziałam. - Dalej uważam, że twoja pietruszka jest krzywa.
Nie uśmiechnęła się. Ale wzięła garnek.
Od trzech tygodni chodzę do niej codziennie. Rano - herbata, bo Czesława nie pije kawy. Po południu - obiad, bo na jednej nodze ciężko stać przy kuchni. Wieczorem - czasem siadam na chwilę i patrzymy razem na teleturniej, a Czesława krzyczy odpowiedzi na pytania i prawie zawsze trafia. Jest mądrzejsza, niż myślałam. Albo niż chciałam myśleć.
W zeszłą sobotę piekłam szarlotkę i przyniosłam jej kawałek. Spróbowała, skrzywiła się i powiedziała:
- Za mało cynamonu. I jabłka za miękkie. Jak wyjdę z tych kul, upiekę ci prawdziwą.
- Czekam - odpowiedziałam. - I przygotuj się na porażkę.
Kasia mówi, że to piękne, że się pogodziliśmy. Ale my się nie pogodziłyśmy. Czesława dalej uważa, że tamtego dnia trzepak był jej. Ja dalej uważam, że pietruszka z Biedronki jest lepsza od tej z działki. Nie przeprosiłyśmy się. Nie padły żadne wielkie słowa. Nie było uścisków ani łez.
Jest herbata. Jest szarlotka. Jest wojna - ale taka, w której nikt nie trzaska drzwiami.
Nie wiem, co będzie, kiedy Czesława wróci do pełni sił. Może znów zaczniemy się omijać na klatce. Może wróci stary porządek - ona ze swoją kołdrą, ja ze swoim dywanem, choć trzepaka dawno nie ma. A może nie. Może dwadzieścia siedem lat to wystarczająco dużo, żeby się zmęczyć nienawiścią, która od dawna nie miała już żadnego sensu.
Wczoraj, wychodząc od niej, usłyszałam za plecami:
- Bożena.
Odwróciłam się.
- Jutro przyjdź wcześniej. O dziewiątej. Pokażę ci, ile cynamonu daje się do szarlotki.
Zamknęłam drzwi i stałam na korytarzu - na tych trzech metrach między naszymi progami. Trzy metry. Dwadzieścia siedem lat. I jedno pytanie, na które wciąż nie mam odpowiedzi: czy to, co robimy teraz, to jest przyjaźń? Czy po prostu dwie stare kobiety boją się umrzeć same, a strach bywa silniejszy niż duma?