Po pogrzebie mamy brat umówił notariusza: mam odrzucić spadek - „ty masz swoje mieszkanie, a ja się mamą opiekowałem". Opiekowaliśmy się na zmianę: ja w tygodniu, on w niedziele. Zamiast do notariusza poszłam do sądu: wniosek o spadek, po połowie.
Kiedy odbierałam telefon od Leszka tamtego wtorku - trzy dni po pogrzebie, jeszcze z podkrążonymi oczami i w czarnej bluzce, której nie chciałam prać, bo pachniała mamą i kadzidłem - pomyślałam, że dzwoni zapytać, jak się czuję. Że może wreszcie powie coś ludzkiego, ciepłego. Coś, czego nie zdołał powiedzieć nad grobem, bo miał kamienną twarz i ściskał w dłoni chusteczkę, którą ani razu nie użył.
- Bożena, umówiłem nas na czwartek, o dwunastej, u notariusza na Mickiewicza. Weź dowód. Wszystko przygotowałem, podpiszesz odrzucenie spadku i będziemy mieli to z głowy.
Cisza. Nie zapytał. Poinformował.
- Leszek, co ty mówisz? - Usiadłam na taborecie w kuchni, tym samym, na którym mama siadała, kiedy obierała ziemniaki. - Jakie odrzucenie?
- No bo ty masz swoje mieszkanie. A ja się mamą opiekowałem. To chyba uczciwe.
Uczciwe. To słowo uderzyło mnie jak policzek. Ostre, czyste, pewne siebie. Jakby to była oczywistość, jak to, że po zimie przychodzi wiosna.
Mam na imię Bożena, skończyłam pięćdziesiąt osiem lat w lutym. Mieszkam na Bielanach, w czterdziestoośmiometrowej kawalerce, którą kupiłam dwadzieścia lat temu z kredytu, który spłaciłam sama, bo mąż odszedł, zanim wyschł tusz na umowie. Pracuję w księgowości w hurtowni budowlanej. Leszek jest młodszy o cztery lata, mieszka we Wrocławiu, prowadzi warsztat samochodowy. Radzi sobie nieźle - samochód zmienia co trzy lata, z żoną Renatą jeżdżą na wakacje do Chorwacji.
Mama mieszkała w Poznaniu, w bloku na Piątkowie, w tym samym dwupokojowym mieszkaniu od czterdziestu lat. Kiedy trzy lata temu zaczęła chorować - najpierw kolano, potem biodro, potem głowa, która zapominała coraz więcej - usiedliśmy we troje przy kuchennym stole i ustaliliśmy dyżury. Ja przyjeżdżałam z Warszawy na cały tydzień, raz na dwa tygodnie. Brałam urlop, potem bezpłatny, potem pracowałam zdalnie, ile się dało. Robiłam mamie zakupy, pranie, gotowałam, woziłam do lekarzy, pilnowałam leków. Spałam na wersalce w pokoju z telewizorem, pod kocykiem w renifery, który mama kupiła na kiermaszu w latach dziewięćdziesiątych.
Leszek przyjeżdżał w niedziele. Czasem na cały dzień, czasem na kilka godzin. Siadał z mamą, oglądali teleturniej, jedli obiad, który ja wcześniej zostawiałam w lodówce. Kiedy wyjeżdżał, mama mówiła: „Leszuś był, taki kochany, przywiózł mi czekoladki". Czekoladki. Kupowane na stacji benzynowej, jak na te czekoladki to ja nawet nie miałam pretensji. Miałam pretensje o coś innego.
O te noce, kiedy mama wstawała o trzeciej i szła do kuchni, bo myślała, że tata zaraz wróci z pracy. Tata nie żył od dwunastu lat. Ja ją odprowadzałam do łóżka. Ja trzymałam ją za rękę, kiedy płakała, bo nie pamiętała, gdzie jest. Ja dzwoniłam do lekarza, kiedy miała gorączkę, i ja jechałam po receptę przez pół miasta. Leszek o tych nocach nie wiedział. Bo Leszek przyjeżdżał w niedziele.
A teraz Leszek mówił mi, że to on się mamą opiekował.
Po telefonie siedziałam w kuchni może kwadrans. Herbata wystygła. Za oknem dzieciaki wracały ze szkoły z plecakami większymi od siebie. Przypomniałam sobie, jak mama kiedyś powiedziała - jeszcze wtedy, kiedy pamiętała wszystko - „Bożenka, ty jesteś taka jak ja, dasz radę. A Leszkiem się nie martw, on ma swój rozum". Mama wierzyła, że Leszek ma swój rozum. Ja zaczęłam się zastanawiać, czy miała rację.
Zadzwoniłam do koleżanki, Wandy, z którą pracuję od piętnastu lat. Wanda przeszła przez podział majątku z bratem po matce, więc wiedziała, o czym mówi.
- Bożena, nawet o tym nie myśl - powiedziała. - To mieszkanie jest wasze po połowie. Tak mówi prawo. Jeśli nie było testamentu, to połowa twoja.
- Ale on mówi, że się nią opiekował...
- A kto stał nad garnkami? Kto brał bezpłatny? - Wanda prychnęła. - Bożena, nie rób głupstw z poczucia winy. Winy za co? Za to, że jesteś porządną kobietą?
Testament nie istniał. Mama nigdy go nie spisała. Wielokrotnie mówiłam jej, żeby to uregulowała, ale machała ręką: „Jakoś to będzie, macie się dogadać". Nie dogadaliśmy się.
W środę wieczorem zadzwonił Leszek jeszcze raz. Tym razem mówił inaczej - miękko, prawie czule.
- Bożena, posłuchaj. Ja nie chcę się kłócić. Ale pomyśl logicznie - ty masz mieszkanie, ja tu nie mam nic. Renata mówi, że moglibyśmy się przeprowadzić do Poznania, bliżej jej rodziców. Mamy dwójkę dzieci, potrzebujemy większego metrażu. To byłoby uczciwe.
Znowu to słowo. Uczciwe.
- A ja? - zapytałam cicho. - A moje trzy lata dojazdów? Moje urlopy? Moje noce na wersalce? To jest co, Leszek? Hobby?
Zaległa cisza. Słyszałam, jak w tle Renata mówi coś do dzieci.
- Bożena, nie bądź taka. Mama by tego nie chciała.
Odłożyłam słuchawkę. Trzęsły mi się ręce. Nie ze złości - z żalu. Bo Leszek naprawdę wierzył w to, co mówił. Naprawdę widział siebie jako tego, który się poświęcił. Te niedzielne wizyty, czekoladki ze stacji, dwa zdjęcia z mamą na Facebooku z podpisem „moja najdroższa" - w jego głowie to było opieką. A moje pięćset godzin rocznie w pociągu Warszawa-Poznań, moje ręce w maminem praniu, moje oczy nad rachunkami za leki, których nie pokrywał NFZ - to było niewidoczne. Bo robiłam to po cichu. Jak mama. Jak wszystkie kobiety w tej rodzinie.
W czwartek rano pojechałam do Poznania. Ale nie do notariusza na Mickiewicza. Poszłam do sądu rejonowego. Złożyłam wniosek o stwierdzenie nabycia spadku - po połowie, zgodnie z prawem. Urzędniczka za okienkiem, kobieta mniej więcej w moim wieku, spojrzała na mnie ponad okularami i powiedziała: „Dobrze pani robi". Nie wiem, czy miała prawo to mówić. Ale byłam jej wdzięczna.
Wieczorem napisałam do Leszka SMS-a. Krótko: „Nie podpiszę odrzucenia. Złożyłam wniosek do sądu. Spadek po połowie. Możemy porozmawiać jak ludzie albo spotkamy się na sali". Nie odpisał przez dwa dni.
Kiedy w końcu zadzwonił, w głosie miał coś, czego wcześniej nie słyszałam. Nie złość. Coś gorszego - rozczarowanie. Jakbym go zdradziła.
- Nie spodziewałem się tego po tobie, Bożena. Mama by się wstydziła.
Może by się wstydziła. A może by usiadła na swoim taborecie, oparła się o blat i powiedziała to, co zawsze: „Bożenka, ty jesteś taka jak ja, dasz radę".
Nie wiem, czy dałam radę. Wiem, że od tamtego dnia nie rozmawialiśmy z Leszkiem o niczym poza sprawą spadkową. Że na Wielkanoc jadłam jajeczko sama. Że Renata napisała do mnie raz na Messengerze: „Czy naprawdę tyle jest warte to mieszkanie, żeby stracić brata?". Nie odpowiedziałam, bo nie potrafiłam znaleźć słów, które wyjaśniłyby jej, że to nigdy nie było o mieszkanie.
Sprawa jest w toku. Sąd wyznaczy rozprawę. Będę musiała patrzeć na Leszka po drugiej stronie stołu. Na tego samego Leszka, którego uczyłam wiązać buty i któremu robiłam kanapki do szkoły, bo mama pracowała na dwie zmiany w szpitalu.
Czasem, wieczorem, siadam na taborecie w kuchni i myślę o tym, co powiedziałaby mama. I za każdym razem słyszę co innego.