Osiem lat jeździłam do Niemiec do opieki, turnusami po trzy miesiące. Z tych pieniędzy syn skończył studia, córka miała wkład na mieszkanie. Wróciłam w maju. W październiku córka: „mamo, jeszcze jeden turnus? Kuba idzie do prywatnej szkoły".
Herbata stygła na stole. Patrycja siedziała naprzeciwko mnie, kręciła łyżeczką w filiżance, jakby to było najnaturalniejsze pytanie na świecie. Jakby pytała, czy podać jej sól. A ja poczułam, jak coś mi ściska gardło - nie złość jeszcze, nie. Raczej zmęczenie, które nagle wróciło całym ciałem, od karku po kolana.
„Mamo, no co tak patrzysz? To tylko trzy miesiące" - dodała, nie podnosząc wzroku.
Tylko trzy miesiące. Pamiętam, jak osiem lat temu Andrzej, mój mąż, powiedział dokładnie to samo. „Bożena, to tylko trzy miesiące, a potem zobaczymy". Andrzej wtedy jeszcze żył. Potem umarł - cicho, na zawał, w środku mojego czwartego turnusu.
Zadzwonili do mnie o szóstej rano, a ja byłam w Bremie i myłam staruszka, który nie pamiętał własnego imienia. Na pogrzeb ledwo zdążyłam.
Mam sześćdziesiąt dwa lata. Przez trzydzieści pracowałam jako księgowa w spółdzielni mleczarskiej pod Poznaniem, a potem spółdzielnia padła, jak wiele rzeczy w tamtych czasach. Emerytury nie było jeszcze na horyzoncie, Patrycja kończyła liceum, Tomek zaczynał studia na politechnice. Ktoś na osiedlu powiedział mi o agencji, która szuka opiekunek do Niemiec. „Pani Bożenko, pani jest cierpliwa, pani sobie poradzi". I pojechałam.
Pierwsze tygodnie były koszmarem. Nie znałam niemieckiego, uczyłam się z karteczek przyklejonych na lodówce. Pani Gerda, moja pierwsza podopieczna, miała osiemdziesiąt siedem lat i demencję. Budziła się w nocy i krzyczała, że ktoś jest w domu. Byłam w domu ja - jedyna osoba, która ją pilnowała dwadzieścia cztery godziny na dobę. Za tysiąc dwieście euro miesięcznie.
Ale pieniądze szły do Polski. Co miesiąc przelew. Tomek kupił laptop na studia. Patrycja dostała wkład na mieszkanie w programie MdM. Dzwoniłam do dzieci co wieczór, a one mówiły: „mamo, damy radę, nie martw się". Nie martwiłam się o nich. Martwiłam się o siebie - że zapomnę, jak smakuje rosół z mojej własnej kuchni, jak pachnie klatka schodowa w moim bloku na Ratajach.
Osiem lat to osiemnaście turnusów. Osiemnaście pożegnań na dworcu w Poznaniu, osiemnaście powrotów, kiedy moje mieszkanie pachniało stęchlizną i kurzem, bo nikt go nie wietrzył. Andrzej odszedł po trzecim roku. Tomek skończył studia, dostał pracę we Wrocławiu, zadzwonił, żeby podziękować. „Mamo, nie musisz już jeździć, poradzę sobie". Ale Patrycja wtedy jeszcze potrzebowała na wykończenie mieszkania. Więc pojechałam znowu.
I znowu. I jeszcze raz.
Ostatni turnus skończyłam w maju tego roku. Pan Werner, osiemdziesięcioletni wdowiec z Hamburga, podał mi na pożegnanie suchy niemiecki herbatnik i powiedział: „Danke, Frau Bożena. Sie waren sehr gut". Płakałam w busie do Polski - nie z żalu za nim, ale z ulgi, że to koniec. Że nie muszę już nikomu zmieniać pieluch, pilnować leków o drugiej w nocy, udawać uśmiechu, kiedy po trzynastu godzinach na nogach chciałam tylko położyć się i nie wstawać.
Wróciłam. Wreszcie. Maj, czerwiec, lipiec - patrzyłam, jak kwitną lipy na osiedlu, chodziłam na targ na Wildzie, gotowałam obiady dla siebie samej. W sierpniu Tomek przyjechał z Wrocławia z żoną i roczną córeczką. Wzięłam wnuczkę na ręce i pomyślałam: to jest moje życie, prawdziwe, tu i teraz, nie w obcym domu, nie przy obcym łóżku. We wrześniu zapisałam się na basen. Kolana mnie bolały, ale chodziłam, bo mogłam. Bo nareszcie miałam czas, który był mój.
A potem przyszedł październik i Patrycja ze swoim pytaniem.
Kuba, mój wnuk, miał wtedy sześć lat. Bystry chłopak, to prawda - chodził na angielski od czwartego roku życia, Patrycja pokazywała mi filmiki, jak recytuje wierszyki. Prywatna szkoła kosztowała - ile? - dwa tysiące miesięcznie? Patrycja pracowała w salonie fryzjerskim na pół etatu, jej mąż Darek jeździł tirem i zarabiał nieźle, ale spłacali kredyt.
„Mamo, wiem, że to dużo prosić" - powiedziała, dalej kręcąc łyżeczką. „Ale Kuba jest taki zdolny. Nie chcę go posyłać do publicznej na osiedlu, tam w klasie jest trzydzieścioro dzieci i jedna nauczycielka".
Chciałam powiedzieć: a gdzie ja chodziłam? A gdzie ty chodziłaś? Trzydzieścioro dzieci i jedna nauczycielka, i jakoś żyjemy. Ale nie powiedziałam. Zamiast tego zapytałam cicho:
„Patrycja, ile lat to jeszcze ma trwać?"
Spojrzała na mnie, jakbym powiedziała coś dziwnego. „Mamo, jeden turnus. Trzy miesiące. Potem zobaczymy".
Potem zobaczymy. Te same słowa, co osiem lat temu. I pięć lat temu. I trzy lata temu. Zawsze „potem zobaczymy", a potem okazywało się, że jest kolejna potrzeba, kolejny wydatek, kolejny powód, żeby babcia Bożena zapakowała walizkę i wsiadła w busa do Niemiec.
Milczałam. Patrycja odstawiła filiżankę, wstała, pocałowała mnie w policzek. „Pomyśl o tym, dobrze? Nie muszę wiedzieć dziś".
Wyszła. Zostałam sama w kuchni. Na parapecie stał doniczkowy storczyk, który kupiłam sobie w czerwcu - pierwszy kwiat, który mogłam pielęgnować codziennie, nie od turnusu do turnusu. Kwitł. Dwa białe kwiaty, trzeci się otwierał.
Zadzwoniłam do Tomka wieczorem. Opowiedziałam mu wszystko. Cisza w słuchawce. Potem syn powiedział ostrożnie: „Mamo, to twoja decyzja. Ale jeśli chcesz znać moje zdanie - nie powinnaś jechać. Masz sześćdziesiąt dwa lata i chore kolana".
„A Patrycja?"
„Patrycja znajdzie inne rozwiązanie. Kuba nie musi chodzić do prywatnej szkoły".
Łatwo mu mówić. Tomek jest daleko, ma swoją rodzinę, swoje życie. A Patrycja jest tu, w Poznaniu, dziesięć minut autobusem. Patrycja, która przynosi mi zakupy, kiedy pada deszcz. Patrycja, która dzwoni codziennie. Patrycja, która jako jedyna była przy mnie, kiedy chowaliśmy Andrzeja. Jak jej odmówić i potem patrzeć jej w oczy na niedzielnym obiedzie?
Ale jak się zgodzić i znowu wyjechać? Znowu obce łóżko, obcy dom, obcy zapach. Znowu trzy miesiące bez storczyka, bez basenu, bez rynku na Wildzie w sobotni poranek. Znowu budzenie się o piątej, bo ktoś obcy potrzebuje, żebym podała mu leki.
Przez tydzień nie oddzwaniałam do Patrycji. Ona też nie dzwoniła. Cisza między nami - pierwszy raz od lat - była gorsza niż kłótnia.
W piątek poszłam na cmentarz. Grób Andrzeja, porządna płyta, opłacona z niemieckich pieniędzy. Stałam nad nim i myślałam: czy dlatego wyjeżdżałam? Żeby moje dzieci przyzwyczaiły się, że mama zawsze da radę? Że mama zawsze wyciągnie? Że wystarczy poprosić, a mama spakuje walizkę?
Czy to moja wina, że Patrycja pyta? Może tak. Może przez osiem lat sama ją nauczyłam, że moje poświęcenie nie ma ceny. Że jest za darmo i bez końca.
Wróciłam do domu. Wyjęłam z szuflady kalendarz i otworzyłam na listopadzie. Postawiłam obok telefon. Herbata stygła na stole, jak wtedy, kiedy Patrycja siedziała naprzeciwko.
Nie wiem, co zrobię. Wiem tylko, że trzeci kwiat na storczyku właśnie się otworzył i jest piękny.