Syn dzwoni co niedzielę o dziewiętnastej. Cztery minuty, w tle mecz. W zeszłą niedzielę nie odebrałam - byłam z Ireną w teatrze. Zadzwonił jeszcze w poniedziałek, we wtorek i w środę. Wreszcie wiem, jak z nim dłużej porozmawiać.
Tylko że teraz, siedząc przy stole z telefonem w ręku, nie jestem pewna, czy chcę tę wiedzę wykorzystać. Bo to, co odkryłam o sobie i o Grzegorzu, jest jak ten rosół, który gotuje się za długo - niby smakuje, ale coś się w nim zmieniło bezpowrotnie.
Zaczęło się niewinnie, gdzieś pod koniec marca. Irena, moja sąsiadka z drugiego piętra, wpadła na kawę i zapytała, czy nie pójdę z nią do Teatru Polskiego na „Wesele". Bilety miała od córki, która złapała grypę.
Wahałam się, bo niedziela, bo dziewiętnasta, bo Grześ zadzwoni. Ale Irena patrzyła na mnie tymi swoimi oczami i powiedziała coś, co mnie zatkało.
- Bożena, ty żyjesz jak zegarek nakręcony na jedną godzinę w tygodniu.
Miała rację. Od kiedy Grzesiek wyprowadził się do Wrocławia osiem lat temu, nasze kontakty skurczyły się do tych niedzielnych telefonów. Cztery minuty, czasem pięć. „Cześć mamo, jak zdrowie? A tata? Dobra, to lecę, bo druga połowa się zaczyna." I cisza do następnej niedzieli. Ja, sześćdziesięciojednoletnia emerytowana księgowa z Bielan, czekałam na te cztery minuty jak na Wigilię.
Mąż Andrzej nie rozumiał mojego problemu. „Dzwoni? Dzwoni. To o co ci chodzi?" Andrzej jest z tych mężczyzn, którzy uznają, że skoro syn żyje, zarabia i nie siedzi w więzieniu, to wychowanie się udało. Może ma rację. Ale ja chciałam czegoś więcej niż potwierdzenie, że syn żyje.
Poszłam z Ireną do teatru. Telefon zostawiłam w torebce, na wibracji. Kiedy w przerwie sprawdziłam - jedno nieodebrane, godzina 19:01. Żadnej wiadomości. Pomyślałam: „Jutro sam zadzwoni albo nie. Zobaczę."
Zadzwonił w poniedziałek o dwudziestej pierwszej. Odebrałam po czwartym sygnale, bo akurat suszyłam włosy.
- Mamo? Dzwoniłem wczoraj.
- Wiem, synku. Byłam w teatrze.
Cisza. Długa, niezręczna. Słyszałam, jak Grzesiek oddycha, jakby próbował przetworzyć informację, że jego matka może być gdzieś indziej niż w domu o dziewiętnastej w niedzielę.
- W teatrze? - powtórzył. - Ty?
- A co, nie wolno mi?
- Nie, jasne, że wolno. Po prostu... zdziwiłem się.
Rozmowa trwała jedenaście minut. Jedenaście. Policzyłam potem na wyświetlaczu, bo nie dowierzałam. Grzesiek pytał, co oglądałam, z kim byłam, czy mi się podobało. Pytał tak, jakby nagle odkrył, że mam życie poza czekaniem na jego telefon. A może odkrył, że mogę to życie mieć.
We wtorek zadzwonił znowu. Krótko, trzy minuty, ale bez meczu w tle. Pytał, czy tata dobrze się czuje, bo Andrzej ostatnio nie odbierał na Messengerze. Powiedziałam, że tata jest na działce i kopie grządki. „Kopie grządki?" - zdziwił się Grzesiek, jakby jego ojciec właśnie wylądował na Marsie.
W środę telefon zawibrował o osiemnastej. Numer Grzeska.
- Mamo, słuchaj, taka sprawa. W maju mam urlop i myślałem, żeby wpaść na weekend. Z Kasią.
Kasia to jego partnerka. Znałam ją ze zdjęć na Facebooku i z jednej wizyty trzy lata temu, na Wigilii. Ładna, cicha, uśmiechała się dużo, ale niewiele mówiła. Andrzej stwierdził wtedy: „Normalna dziewczyna." Dla niego to był komplement najwyższej klasy.
- Oczywiście, przyjeżdżajcie - powiedziałam, starając się, żeby głos brzmiał normalnie, a nie jak u kobiety, która właśnie dostała najlepszą wiadomość od trzech lat.
Odłożyłam telefon i przez chwilę siedziałam w kuchni, patrząc na kalendarz na lodówce. Maj. Weekend. Grzesiek z Kasią. W głowie układałam już menu - pierogi z mięsem, bo Grzesiek je uwielbia, i sernik na zimno, i może rosół, choć w maju to trochę dziwne, ale syn zawsze lubił rosół.
I wtedy przyszła myśl, która zatrzymała mnie w pół kroku między lodówką a szafką z przepisami.
On nie dzwonił dlatego, że chciał porozmawiać. Dzwonił, bo się przestraszył.
Przestraszył się, że coś się zmieniło. Że matka, która zawsze była na swoim miejscu - w domu, przy telefonie, w niedzielę o dziewiętnastej - nagle gdzieś zniknęła. Że porządek, do którego przywykł, się zachwiał. To nie była troska. To był niepokój kogoś, kto odkrywa, że meble w pokoju stoją inaczej niż zapamiętał.
Powiedziałam o tym Irenie następnego dnia. Siedziałyśmy na jej balkonie, piły herbatę z cytryną, a na dole dzieci z osiedla grały w piłkę.
- I co z tego? - Irena wzruszyła ramionami. - Nieważne, dlaczego zadzwonił. Ważne, że zadzwonił. Że porozmawialiście dłużej niż cztery minuty. Że przyjedzie.
- Ale to nie jest uczciwe - powiedziałam. - Że muszę nie odebrać, żeby on się odezwał. Jakbym grała w jakąś grę.
- Bożena - Irena postawiła filiżankę. - Ty nie grasz w grę. Ty po prostu po raz pierwszy od lat zrobiłaś coś dla siebie zamiast siedzieć przy telefonie. I okazało się, że to działa lepiej niż te osiem lat siedzenia.
Miała rację i nie miała racji jednocześnie. Bo ja wcale nie poszłam do teatru, żeby „grać". Poszłam, bo miałam na to ochotę. Ale teraz, kiedy widziałam efekt, kusiło mnie, żeby to powtórzyć. I to mnie niepokoiło. Bo gdzieś na granicy jest cienka linia między „żyję własnym życiem" a „manipuluję synem, żeby do mnie dzwonił".
Andrzej wrócił z działki w sobotę, z błotem pod paznokciami i torbą rzodkiewek. Powiedziałam mu o wizycie Grzeska.
- No to dobrze - mruknął, myjąc ręce. - Trzeba będzie naprawić kanapę w jego pokoju, bo sprężyna wystaje.
Patrzyłam na jego szerokie plecy i myślałam, że Andrzej nigdy nie miał tego problemu. Nigdy nie liczył minut rozmowy, nie analizował, czy syn dzwoni z tęsknoty czy z obowiązku. Może dlatego, że mężczyźni inaczej to przeżywają. A może dlatego, że nigdy nie postawił swojej wartości na jednej szali z niedzielnym telefonem.
Jest piątek, za dwa tygodnie maj. Grzesiek potwierdził przyjazd SMS-em. Pięć słów: „Mamo, przyjedziemy 17-go, ok?" Odpisałam: „Ok, czekam." Chciałam dopisać „tęsknię", ale skasowałam.
W niedzielę o dziewiętnastej telefon leżał na kuchennym stole. Siedziałam obok. Nie w teatrze, nie na spacerze, nie u Ireny. Siedziałam i patrzyłam na ekran. Zadzwonił punktualnie. Odebrałam po pierwszym sygnale.
- Cześć mamo, jak tam?
- Dobrze, synku. A u ciebie?
Cztery minuty. W tle mecz. Wszystko jak zawsze.
Tyle że teraz wiem, że mogę nie odebrać. I chyba właśnie to zmienia wszystko - albo nie zmienia nic.