Od września jem na miękko - pękła mi proteza, nowa to dwa tysiące. Syn: „mamo, przetrzymaj do wiosny, u nas cienko". W niedzielę przy obiedzie wnuk opowiadał, że w styczniu lecą do Egiptu. Podałam wszystkim to, co jem od września: zupę krem.
Patrzyli na mnie zdziwieni. Synowa - Agnieszka - nawet odłożyła łyżkę i zapytała: „Mamo, a co z kotletami? Zwykle pani robi schabowe". Pani. Po dwunastu latach dalej mówi do mnie „pani". Odpowiedziałam, że mam ochotę na coś lekkiego, że żołądek ostatnio nie ten. Kłamałam z uśmiechem, bo czego miałam się wstydzić - że mnie nie stać na protezę? Że od trzech miesięcy gotuję sobie zupy, papki i kaszki jak niemowlęciu?
Mam na imię Halina, za dwa miesiące skończę sześćdziesiąt cztery lata. Trzydzieści osiem lat pracowałam jako sprzedawczyni - najpierw w Społem, potem w prywatnym sklepie spożywczym na Gocławiu. Emerytura: tysiąc osiemset złotych netto.
Po opłatach, lekach na ciśnienie i cukrzycę, rachunkach za prąd i gaz zostaje mi czterysta, może czterysta pięćdziesiąt złotych na życie. Na jedzenie. Na wszystko.
Proteza pękła pod koniec sierpnia. Jadłam jabłko z działki - takie twarde, reneta, jeszcze niedojrzała. Usłyszałam trzask i poczułam w ustach coś ostrego. Połowa protezy odeszła. Następnego dnia poszłam do protetyka. Pan doktor obejrzał, pokiwał głową. „Pani Halino, tego się nie da naprawić. Nowa proteza - dwa tysiące. Mogę rozłożyć na dwie raty, ale musi pani wpłacić połowę z góry".
Tysiąc złotych z góry. Mogłabym równie dobrze usłyszeć: dziesięć tysięcy. Nie miałam tych pieniędzy. Odłożone na czarną godzinę pięćset złotych trzymałam w kopercie pod obrusem w kredensie - na pogrzeb, gdyby coś. Tego nie ruszam.
Zadzwoniłam do Tomka. Jedyny syn, czterdzieści lat, pracuje jako elektryk w firmie pod Warszawą. Agnieszka jest księgową w jakiejś korporacji. Mają dom na kredyt w Markach, dwójkę dzieci - Olka, piętnaście lat, i Zosię, dziesięć. Tomek odebrał po czwartym sygnale.
- Mamo, co się stało?
- Tomciu, proteza mi pękła. Nowa kosztuje dwa tysiące. Nie muszę od razu, ale może byście mi pożyczyli? Oddam z emerytury, po sto złotych miesięcznie.
Cisza. Słyszałam, jak Agnieszka w tle mówi coś do Zosi. Potem Tomek odchrząknął.
- Mamo, przetrzymaj do wiosny. U nas teraz cienko. Rata za dom poszła w górę, Olkowi trzeba korepetycje z matmy, Zosia zaczęła balet... Wiesz, jak jest.
- Jasne, synku - powiedziałam. - Dam radę. To nic pilnego.
Rozłączyłam się i stałam przy oknie. Z mojego bloku na Gocławiu widać plac zabaw i ławkę, na której siadywał Zbyszek, mój mąż, kiedy jeszcze żył. Umarł siedem lat temu - wylew. Szybko, bez pożegnania. Stałam przy tym oknie i myślałam: Zbyszek by nie pozwolił. Zbyszek pojechałby na drugi koniec Warszawy i znalazł tańszego protetyka, albo pożyczył od kogoś z pracy, albo po prostu powiedział synowi inaczej. Twardziej. Ale Zbyszka nie ma, a ja nie umiem mówić twardziej.
Od września więc gotowałam zupy. Krem z brokułów, krem z pomidorów, krem z marchewki. Kaszę manną na mleku. Jogurty. Czasem jajecznicę, bardzo miękką. Chleb moczyłam w herbacie, żeby dało się przełknąć. Na początku myślałam, że to tymczasowe - że jakoś się ułoży, że może ZUS coś dopłaci, że może Tomek zmieni zdanie. Ale tygodnie mijały i nic się nie zmieniało. Oprócz tego, że schudłam cztery kilogramy.
Na działce ROD poznałam w październiku Lucynę - sześćdziesiąt osiem lat, wdowa, emerytowana nauczycielka. Siedziałyśmy na ławce przy jej altance, piłyśmy herbatę z termosu. Opowiedziałam jej o protezie, bo komuś musiałam powiedzieć.
- Halina, a syn? - zapytała Lucyna prosto.
- U nich cienko.
- U wszystkich cienko. Ale matka to matka. Zadzwoń jeszcze raz.
Nie zadzwoniłam. Nie chciałam być ciężarem. Całe życie starałam się nie być ciężarem - ani Zbyszkowi, ani Tomkowi, ani nikomu. Pracowałam, gotowałam, sprzątałam, pilnowałam wnuków, kiedy Agnieszka jeździła na szkolenia. Nigdy nie prosiłam dwa razy.
A potem przyszła ta niedziela. Grudzień, drugi tydzień Adwentu. Tomek zadzwonił w piątek, że wpadną na obiad. Ucieszyłam się jak dziecko. Posprzątałam mieszkanie, wyciągnęłam obrus, ten świąteczny, z koronkowym brzegiem. I ugotowałam to, co umiałam - to, co jadłam od września. Krem z dyni. Gęsty, aksamitny, z pestkami prażonymi na patelni. Do tego grzanki - bo oni mają zęby - i śmietanka. Na deser budyń waniliowy z malinami z zamrażalki.
Olek - wnuk, piętnaście lat, prawie mężczyzna - siadł przy stole i od razu zaczął mówić. Że w styczniu lecą do Egiptu, do Hurghady. Że tata załatwił super ofertę last minute. Że będą nurkować, że mama już kupiła sobie kostium kąpielowy, że Zosia jest taka podekscytowana.
Uśmiechałam się. Nalewałam zupę. Podałam grzanki. Tomek jadł i chwalił: „Mamo, ale dobra ta zupa". Agnieszka dopytywała o przepis. Zosia rysowała na serwetce samolot.
A ja siedziałam naprzeciwko nich i patrzyłam na syna, który trzy miesiące temu powiedział mi: „Przetrzymaj do wiosny". Syna, który za miesiąc poleci z rodziną do Egiptu. I nie czułam złości - co mnie zaskoczyło. Czułam coś gorszego. Taką ciszę w środku, jakby ktoś wyłączył dźwięk.
Po obiedzie Tomek poszedł zapalić na balkon. Wyszłam za nim. Staliśmy obok siebie, on z papierosem, ja z rękami skrzyżowanymi na piersi, bo było zimno.
- Synku - powiedziałam. - Ta zupa, co jedliście, to jest to, co ja jem od września. Codziennie. Bo nie mam czym gryźć.
Tomek zaciągnął się papierosem. Wypuścił dym. Nie patrzył na mnie.
- Mamo, mówiłem, że do wiosny...
- Słyszałam. Ale słyszałam też o Egipcie.
Cisza. Taka cisza, w której słychać, jak sąsiad piętro niżej ogląda teleturniej. Tomek zgasił papierosa o barierkę i wszedł do środka. Usłyszałam, jak mówi do Agnieszki: „Zbieraj się, jedziemy". Nie pożegnali się normalnie. Olek machnął mi ręką z korytarza, Zosia przytuliła się do nogi, Agnieszka powiedziała „do widzenia, mamo" - pierwszy raz bez „pani" - i wyszli.
Stałam w przedpokoju i patrzyłam na zamknięte drzwi. Na wieszaku został szalik Zosi - różowy, z cekinami. Wzięłam go do ręki. Był miękki i pachniał dziecięcym szamponem.
Następnego dnia rano poszłam do bankomatu i wyjęłam pięćset złotych - te spod obrusa. Zadzwoniłam do protetyka i umówiłam się na piątek. Pierwsza rata. Drugą jakoś uzbierałam - Lucyna pożyczyła trzysta, resztę odłożyłam z emerytury, odcinając prąd w jednym pokoju na cały miesiąc.
W styczniu protezę mi zrobili. Pierwszego wieczoru zjadłam kromkę chleba z masłem i dżemem. Zwykłą kromkę. Siedziałam przy stole w kuchni i płakałam, bo chleb chrupał tak, jak powinien.
Tomek nie zadzwonił. Ani w grudniu, ani w styczniu. Na Wigilię przysłał SMS-a: „Wesołych Świąt, Mamo". Odpisałam: „Nawzajem, synku". Na Facebooku Agnieszka wrzuciła zdjęcia z Egiptu - Olek z maską do nurkowania, Zosia na wielbłądzie, Tomek przy basenie z drinkiem w ręku. Wyglądali na szczęśliwych.
Lucyna mówi, że powinnam z nim porozmawiać. Że to mój syn i muszę mu wybaczyć, bo inaczej to mnie zje od środka. Może ma rację. A może nie muszę. Może po sześćdziesięciu czterech latach mam prawo sama zdecydować, komu jeszcze otworzę drzwi - a przed kim je zamknę.
Różowy szalik Zosi wisi na wieszaku. Czekam, aż ktoś po niego przyjdzie.