Dzieci przywiozły mi sztuczną choinkę: „wygodniej, nie sypie, składasz i do pudła". A ja całe życie czekam na ten zapach. Sztuczną oddałam im do biura, sobie kupiłam żywą w doniczce. Po świętach zawiozłyśmy ją z Ireną na działkę, przy altanę. To już trzecia. Rośnie mały las moich świąt. Las się nie składa do pudła.
Kiedy Tomek wniósł to pudło do mojego mieszkania na trzecim piętrze bloku przy Rydygiera, uśmiechał się jak chłopiec, który przyniósł matce laurkę. Za nim szła Agnieszka, niosąc bombki w tekturowym organizerze - każda w osobnym przegródku, żadna się nie stłucze. Piękne, srebrne, jednakowe. Jakby ktoś je wydrukował.
- Mamo, zobaczysz, jakie to proste - mówił Tomek, rozkładając na dywanie metalowy stelaż. - Rozstawiasz, wpinasz gałęzie, gotowe. A po świętach? Pół godziny i schowane do stycznia.
Stałam w drzwiach kuchni z herbatą w ręce i patrzyłam, jak mój czterdziestoletni syn z zapałem składa drzewko z plastiku. Agnieszka poprawiała gałązki, żeby wyglądały naturalnie. A ja myślałam o tym, jak pachnie żywica, kiedy wnosi się choinkę z mrozu do ciepłego pokoju.
Jak igły drapią po twarzy. Jak na podłodze zostaje mokry ślad po pniu i trzeba podkładać gazetę.
- Ładna - powiedziałam, bo była ładna. Symetryczna, gęsta, idealna. I kompletnie martwa.
Mam na imię Halina, za trzy miesiące skończę sześćdziesiąt pięć lat. Trzydzieści osiem z nich spędziłam z Ryszardem - od wesela w remizie OSP w Grójcu aż do pogrzebu na Bródnie cztery lata temu. Ryszard był elektrykiem w zakładach na Żeraniu, a ja przez dwadzieścia sześć lat prowadziłam księgowość w hurtowni materiałów budowlanych przy Modlińskiej. Dwoje dzieci, troje wnuków, emerytura z ZUS-u, dwupokojowe mieszkanie, z którego widać dach Biedronki. Życie jak wiele innych. A jednak moje.
Ryszard kupował choinkę zawsze dwudziestego pierwszego grudnia. Nigdy wcześniej, nigdy później. Mówił, że drzewko musi być świeże, musi pachnieć lasem, a nie bazarem. Jeździł na targ przy Banacha, wybierał godzinami. Wracał czerwony na twarzy, z igłami we włosach, dumny jak myśliwy z łupem. Ja robiłam mu barszcz, a on stawiał choinkę w kącie pokoju, w stojaku, który sam zrobił z deseczek. Krzywy był jak diabli, ale trzymał.
Po śmierci Ryszarda pierwszego roku nie stawiałam choinki wcale. Tomek powiedział, że to niezdrowe, że się zamykam. Agnieszka powiedziała, że muszę iść dalej. Irena - moja sąsiadka z czwartego piętra, sześćdziesiąt osiem lat, wdowa od dekady - powiedziała: „Halina, przestań słuchać dzieci, idź na bazar i kup sobie choinkę, bo jak nie, to ci ją sama kupię".
Irena nie rzuca słów na wiatr. Następnego dnia pojechałyśmy razem na targ. Wybrałam małą jodłę w doniczce. Sprzedawca powiedział, że jak ją podlewać, to wytrzyma do wiosny, a potem można posadzić w ogrodzie. Wniosłam ją do mieszkania i pierwszą rzeczą, jaką zrobiłam, było to, że zamknęłam oczy i odetchnęłam. Ten zapach. Żywica, las, mróz, Ryszard w przedpokoju z czerwonym nosem. Wszystko naraz.
Rok później kupiłam drugą. A potem Tomek z Agnieszką przyjechali z tym pudłem.
Nie chciałam być niewdzięczna. Widziałam, że się starają, że martwią się o mnie. Agnieszka mówiła: „Mamo, te igły wszędzie, a pani sprzątaczka przychodzi raz na dwa tygodnie". Tomek dodawał: „A woda z doniczki? A jak się przewróci? Mamo, ty masz sześćdziesiąt cztery lata". Jakbym miała dziewięćdziesiąt. Jakbym nie dała rady podlać drzewka.
Postawiłam sztuczną choinkę w pokoju. Ubrałam ją tymi srebrnymi bombkami. Stanęłam, popatrzyłam. Piękna. Martwa. Pachniała niczym, a właściwie trochę plastikiem i chińskim magazynem.
Następnego dnia zadzwoniłam do Ireny.
- Irena, mam plan.
- Halina, jak mówisz „plan" takim tonem, to albo jadę z tobą, albo się boję.
- Jedź ze mną.
Pojechałyśmy na targ. Kupiłam jodłę w doniczce, trzecią z kolei. Mała, trochę krzywa - zupełnie jak stojak Ryszarda. Ustawiłam ją w kuchni, na parapecie. Ubierać jej nie ubierałam, tylko zawiesiłam na niej jedną bombkę, starą, jeszcze z osiemdziesiątego piątego roku, ze złotym paskiem, lekko pękniętą. Ryszard kupił ją na targu w Grójcu, jeszcze przed naszym ślubem, i mówił, że to nasza pierwsza wspólna rzecz.
Sztuczną choinkę złożyłam czwartego stycznia. Do pudła, jak mówił Tomek. Związałam sznurkiem, zaniosłam Tomkowi i powiedziałam:
- Synku, weź ją do biura. Będzie ładnie wyglądać w recepcji.
- Mamo, ale...
- Jest praktyczna, nie sypie, składasz i do pudła. Idealna na biuro.
Tomek patrzył na mnie tym wzrokiem, który znam od lat - pół złość, pół bezradność. Tak patrzył, jak w liceum mówiłam mu, żeby nie chodził z tą Moniką z osiedla. I potem, jak miałam rację. I potem, jak nie chciał tego przyznać.
- Agnieszka się obrazi - powiedział.
- Agnieszka to mądra dziewczyna. Zrozumie.
Nie zrozumiała. Przynajmniej nie od razu. Na Wielkanoc, kiedy przyjechali z dziećmi na świąteczny obiad, Agnieszka zobaczyła na lodówce zdjęcie, które zrobiła mi Irena na działce - stoję obok trzech posadzonych jodełek, w gumowcach, z konewką, i śmieję się tak, jak dawno się nie śmiałam.
- Co to? - spytała.
- Moje choinki. Po świętach sadzimy je z Ireną na działce.
- Mamo, przecież to... - urwała. Patrzyła na zdjęcie. Potem na mnie. - To w sumie fajne - powiedziała cicho.
W maju pojechałam na działkę sprawdzić, czy się przyjęły. Wszystkie trzy rosły. Pierwsza, z roku po śmierci Ryszarda, miała już nowe przyrosty - jasne, delikatne jak meszek na głowie noworodka. Druga była krzepka, ciemnozielona. Trzecia - ta krzywa - dopiero się zadomawiała, ale trzymała się.
Usiadłam na ławce przy altanie. Irena przyniosła termos z kawą i dwa kubki z napisem „Najlepsza babcia". Piłyśmy kawę, patrzyłyśmy na trzy małe drzewka i na ogródki sąsiadów, gdzie kwitły forsycje.
- Wiesz co, Halina - odezwała się Irena - jak będziesz tak co roku sadzić, to za dziesięć lat będzie tu las.
- I dobrze - odpowiedziałam. - Las się nie składa do pudła.
Irena się zaśmiała. Ja też. A potem zamilkłyśmy i słuchałyśmy, jak wiatr szumi w tych trzech małych drzewkach, które jeszcze nie umiały szumieć, ale próbowały.
Tomek zadzwonił wieczorem.
- Mamo, Agnieszka mi pokazała to zdjęcie. Ten twój las. - Cisza. - Tato by chyba polubił ten pomysł.
Nie odpowiedziałam od razu. Przełknęłam coś, co stanęło mi w gardle.
- Tata by powiedział, że krzywo je sadzę.
Tomek się zaśmiał. Cicho, krótko. Potem powiedział:
- W grudniu mogę pojechać z tobą na targ. Wybrać czwartą. Jak chcesz.
Stałam przy oknie, patrząc na dach Biedronki, i zastanawiałam się, czy to znaczy, że zrozumiał. A może po prostu nauczył się nie walczyć z matką, tak jak Ryszard, który po trzydziestu latach małżeństwa mawiał: „Halina, ty i tak zrobisz po swojemu, ja się już tylko przyglądam".
Nie wiem, czy Tomek w grudniu naprawdę przyjedzie na ten targ. Nie wiem, czy Agnieszka nie przywieze mi kolejnego pudła z napisem „wygodniej". Nie wiem nawet, czy ta trzecia jodła - krzywa, uparta, zupełnie do mnie podobna - przetrwa zimę.
Ale wiem, że w grudniu pojadę na bazar. Kupię drzewko w doniczce. Wniosę do mieszkania, zamknę oczy i wezmę głęboki oddech. I Ryszard na moment wróci, z czerwonym nosem, z igłami we włosach, z tym swoim krzywym stojakiem. A potem w styczniu zawiozę choinkę na działkę, posadzę ją przy altanie i mój las urośnie o jedno drzewko.
Może kiedyś wnuki przyjadą tam na Wigilię i usiądą pod drzewami, których historia zaczęła się od jednej pękniętej bombki z osiemdziesiątego piątego roku. A może nie przyjadą. Ludzie mają swoje plastikowe choinki, swoje pudła, swoje wygodniej.
Ale las rośnie. Cicho, po swojemu. I pachnie.