Wnuk przyjechał pierwszy raz od trzech lat - z narzeczoną. Oprowadzał ją po moim mieszkaniu jak agent nieruchomości: „tu zrobimy gabinet, tu wyburzymy ścianę, będzie wyspa". Narzeczona spytała mnie grzecznie: „a babcia ile ma lat?"
Stałam w progu własnej kuchni z filiżanką herbaty w ręku i przez moment nie wiedziałam, co odpowiedzieć. Nie dlatego, że pytanie było niegrzeczne. Było bardzo grzeczne. Ale ton, jakim je zadała - lekki, uprzejmy, z delikatnym pochyleniem głowy - brzmiał jak pytanie lekarza przed wypisaniem skierowania na badania. Ile babcia ma lat. Ile babci jeszcze zostało.
- Siedemdziesiąt osiem - powiedziałam i upiłam łyk herbaty, żeby mieć co robić z rękami.
Patryk - bo tak ma na imię mój wnuk - nawet nie przerwał swojej prezentacji. Stał w salonie i gestykulował w stronę ściany między kuchnią a pokojem.
- Tu, Kasiu, wyburzymy i zrobimy otwartą przestrzeń. Teraz to jest nośna, ale da się podeprzeć belką. Widziałem w jednym programie, jak facet to zrobił za piętnaście tysięcy.
Kasia kiwała głową z entuzjazmem. Ładna dziewczyna, dwadzieścia kilka lat, jasne włosy, kolorowe paznokcie. Trzymała telefon i robiła zdjęcia. Mojej kuchni. Mojego przedpokoju. Mojej łazienki z błękitnymi kafelkami, które Henryk kładł własnymi rękami w dziewięćdziesiątym trzecim roku.
Stałam i patrzyłam, jak mój wnuk sprzedaje moje mieszkanie kobiecie, którą widzę pierwszy raz w życiu.
Patryk jest synem mojej córki Danuty. Jedynym wnukiem. Danuta wychowała go sama, bo jej mąż Dariusz wyjechał do Anglii, kiedy chłopak miał sześć lat, i już nie wrócił. Pomagałam jak mogłam - obiady po szkole, odrabianie lekcji, wakacje u mnie na Bielanach, kiedy Danuta brała dodatkowe zmiany w aptece. Patryk jadł moje pierogi ruskie setki razy przy tym samym stole, który teraz Kasia fotografowała z miną projektantki wnętrz.
Trzy lata temu Patryk skończył studia, dostał pracę w jakiejś firmie informatycznej i zniknął. Nie całkiem - dzwonił na święta, czasem napisał SMS. Ale nie przyjeżdżał. Danuta tłumaczyła: „Mamo, on jest dorosły, ma swoje życie". A ja nie narzekałam, bo moja generacja nie narzeka. Robi się obiad na zapas i czeka.
Gdy tydzień temu zadzwonił, że przyjedzie w sobotę i chce mnie komuś przedstawić, ucieszyłam się tak bardzo, że upiekłam sernik na dwa dni przed wizytą. Stał w lodówce i czekał. Tak jak ja czekałam.
Przyjechali o jedenastej. Patryk pocałował mnie w policzek - szybko, powierzchownie, jak się całuje dalszą ciotkę na pogrzebie. Kasia podała mi rękę i powiedziała „dzień dobry, pani Halinko" - więc widocznie Patryk wspomniał jej moje imię. Poczęstowałam ich herbatą. Patryk odmówił sernika, bo „Kasia jest na diecie bezglutenowej". Sernik stał na blacie jak wyrzut sumienia.
A potem zaczął się ten spacer po moim mieszkaniu.
Czterdzieści osiem metrów kwadratowych. Dwa pokoje, kuchnia, łazienka, przedpokój. Trzecie piętro bloku na Bielanach, bez windy, z widokiem na park Olszyna. Mieszkam tu od czterdziestu sześciu lat - od chwili, gdy dostaliśmy przydział z Henrykiem. Henryk umarł dziesięć lat temu. Danuta ma własne mieszkanie na Tarchominie. Jestem tu sama, ale nie samotna. Jest różnica.
- A tu - Patryk otworzył drzwi do mojej sypialni - zrobimy garderobę. Kasiu, patrz, jest wnęka, idealnie pasuje.
Kasia zajrzała, pokiwała głową i zrobiła kolejne zdjęcie.
- Patryk - powiedziałam spokojnie. - Może usiądziemy i porozmawiamy?
- Za chwilę, babciu. Kasiu, chodź, pokażę ci balkon.
Wyszli na balkon - ten sam, na którym Henryk hodował pomidory w donicach, a ja suszę pranie do dzisiaj. Słyszałam przez szybę, jak Patryk mówi coś o „dostawieniu przeszklonej zabudowy" i „dodatkowych trzech metrach". Kasia się śmiała. Ładnie się śmiała. Nie miałam do niej pretensji. Ona nie wiedziała, że te trzy metry to miejsce, w którym mój mąż spędzał każdy letni wieczór z papierosem i radiem tranzystorowym.
Wrócili do salonu. Usiedli na kanapie, tej samej, na której Patryk jako pięciolatek oglądał bajki, owinięty w mój kraciasty koc.
- Babciu - zaczął wreszcie, i zmienił ton na poważny, taki „dorosły". - My z Kasią planujemy ślub w przyszłym roku. I szukamy mieszkania. A wiesz, jak teraz są ceny.
- Wiem - powiedziałam. - Czytam gazety.
- No właśnie. I pomyśleliśmy - Kasia ścisnęła go za rękę, jakby dodawała otuchy - że może byłabyś skłonna... przenieść się do mamy. Na Tarchomin. Mama ma ten dodatkowy pokój po dziadku, wiesz. A my moglibyśmy tu zamieszkać i wyremontować.
Cisza. Zegar w przedpokoju tykał głośno. Ten sam zegar, który Henryk kupił na targu w Zakopanem w osiemdziesiątym piątym roku.
- Rozmawialiście o tym z Danutą? - zapytałam.
Patryk spuścił wzrok.
- Jeszcze nie. Chcieliśmy najpierw z tobą.
Najpierw ze mną. Jakby to był pierwszy krok negocjacji, a nie rozmowa z babcią, która go karmiła rosołem, kiedy miał gorączkę, i trzymała za rękę, gdy płakał, bo tata nie dzwonił na urodziny.
- A gdybym powiedziała, że nie chcę się przenosić?
Kasia otworzyła usta, ale nic nie powiedziała. Patryk patrzył na swoje dłonie.
- Babciu, no ale... ty tu sama jesteś. Trzecie piętro, bez windy. A jakby ci się coś stało?
- Na razie nic mi się nie staje.
- Na razie - powtórzył z naciskiem, którego chyba sam się przestraszył, bo zaraz dodał miękko: - My się o ciebie martwimy.
Chciałam powiedzieć: martwicie się o mnie, czy o czterdzieści osiem metrów z widokiem na park? Ale nie powiedziałam. Bo może jedno nie wyklucza drugiego. A może po prostu miałam nadzieję, że wnuk przyjechał po trzech latach, bo za mną tęsknił, a nie dlatego, że potrzebował metrażu.
Wstałam, poszłam do kuchni i wzięłam nóż do ciasta.
- Sernik zjecie czy nie? - zapytałam.
Kasia popatrzyła na Patryka. Patryk popatrzył na mnie. I powiedział cicho:
- Poproszę kawałek, babciu.
Kroiłam sernik na tym samym blacie, na którym kroiłam go przez ostatnie czterdzieści lat. Za oknem kwitła lipa. Na lodówce stało zdjęcie Patryka z pierwszej komunii - bezzębny uśmiech, biała koszula, świeca w ręku. Na zdjęciu miał może osiem lat i patrzył na mnie tak, jakbym była całym jego światem.
Podałam im talerze. Usiadłam naprzeciwko. Herbata stygła. Patryk jadł w milczeniu, a Kasia rozglądała się po kuchni - może liczyła kafelki, a może szukała czegoś, czego nie umiała nazwać.
- Przemyślę to - powiedziałam w końcu.
Patryk podniósł głowę. W jego oczach zobaczyłam ulgę. Nie wdzięczność - ulgę. I to mnie zabolało najbardziej.
Odprowadzałam ich do drzwi. Kasia podziękowała za sernik. Patryk objął mnie - tym razem trochę dłużej - i powiedział: „Zadzwonię w tygodniu, babciu". Skinęłam głową. Zamknęłam drzwi. Oparłam się o nie plecami.
Na stoliku w przedpokoju leżała koperta. Nie zauważyli jej, a może nie zwrócili uwagi. Wyjęłam z niej kartkę - odpis z księgi wieczystej, który zamówiłam miesiąc temu, bo chciałam uporządkować papiery. Czarno na białym: właściciel - Halina Majewska. To moje mieszkanie. Moje czterdzieści osiem metrów. Moje ściany, mój balkon, moje błękitne kafelki.
Schowałam kartkę z powrotem do koperty. Wróciłam do kuchni. Zjadłam kawałek sernika, bo był naprawdę dobry.
A potem usiadłam przy oknie i patrzyłam na lipę, która kwitła tak samo jak co roku, niezależnie od tego, kto uważa, że ma prawo do widoku na nią.