Serwis na dwanaście osób po mojej mamie jeździł na każdą uroczystość rodziny. Wracał zawsze uszczuplony: talerzyk, sosjerka, dwie filiżanki - zostało dziewięć kompletów. Przed komunią Frania powiedziałam: „w tym roku przyjdźcie do serwisu, on mieszka u mnie". Przyszli. Nie ubyło nic.
Ale coś innego ubyło. Coś, czego nie dało się policzyć, odważyć ani zapakować w gazetę i włożyć do kartonowego pudła. Zrozumiałam to dopiero następnego dnia, zmywając te dziewięć filiżanek, dziewięć spodeczków i dziewięć deserowych talerzyków. Wszystkie całe. Czyste. Ustawione w równym rzędzie na blacie jak żołnierze po przegranej bitwie.
Nazywam się Bożena, mam pięćdziesiąt osiem lat i od trzydziestu mieszkam w tym samym bloku na Gocławiu, czwarte piętro, dwa pokoje z kuchnią. Mąż Andrzej, córka Frania - teraz dwunastolatka z aparatem na zębach i ambicjami zostania weterynarką.
To moja późna córka, urodziłam ją mając czterdzieści sześć lat, kiedy wszyscy myśleli, że już się nie uda. Mama powiedziała wtedy: „No widzisz, Bożenka, Pan Bóg wiedział, na co czeka".
Mama umarła trzy lata temu. Po mamie zostały albumy ze zdjęciami, krzyżyk z bursztynem, kilka swetrów, które pachniały nią jeszcze przez pół roku, i ten serwis. Wałbrzyska porcelana, biała z niebieskim wzorem, taka z liśćmi i drobnymi kwiatkami. Dwanaście kompletów - od talerzy obiadowych po filiżanki do kawy. Mama dostała go w prezencie ślubnym w 1972 roku i pilnowała jak oka w głowie.
Po jej śmierci serwis trafił do mnie, bo ja byłam najstarsza. Mam dwie siostry: Krystynę, młodszą o trzy lata, i Renatę, młodszą o siedem. Krystyna mieszka na Ursynowie z mężem Leszkiem i dorosłym synem Bartkiem. Renata - na Białołęce, z drugim mężem Dariuszem i dwójką jego dzieci z pierwszego małżeństwa. Trzy siostry, trzy różne życia, jedno wspólne dzieciństwo, w którym mama nakrywała do stołu tym serwisem i powtarzała: „Uważajcie, dziewczynki, to nie jest zwykła zastawa".
I miała rację. To nie była zwykła zastawa. To było coś, wokół czego mama budowała każde święto. Wigilijny stół z białym obrusem i tymi talerzami wyglądał jak z obrazka. Wielkanoc, imieniny, komunia Bartka, moje czterdzieste urodziny - serwis jeździł. Mama pakowała go osobiście, każdy element w gazetę, potem w ścierkę, potem do pudła. „Jedź ostrożnie" - mówiła do kierowcy, nawet jeśli kierowcą był jej własny zięć.
Kiedy mama odeszła, tradycja się nie zmieniła. Serwis nadal jeździł. Na Wigilię do Krystyny, bo miała największy stół. Na Wielkanoc do Renaty, bo Dariusz lubił urządzać śniadania. Na chrzciny córki Dariusza z pierwszego małżeństwa, bo Renata chciała, żeby było „jak u mamy".
Tylko że za każdym razem serwis wracał mniejszy.
Pierwszy raz zauważyłam po Wigilii u Krystyny. Liczyłam talerze deserowe - jedenaście. Zadzwoniłam. „Ojej, pewnie Bartek niechcący stłukł, wiesz jaki on jest, nie przejmuj się, Bożena" - usłyszałam. Nie przejęłam się. Potem zniknęła sosjerka. Renata powiedziała, że jej nie było, że pewnie zostawiłam w domu. Sprawdziłam trzy razy - nie zostawiłam. Po urodzinach Leszka wróciły dwie filiżanki mniej. „Może się potłukły w transporcie" - wzruszyła ramionami Krystyna, kiedy zapytałam.
I tak z dwunastu kompletów zrobiło się dziewięć.
Andrzej mówił, żebym odpuściła. „Bożena, to jest porcelana, nie złoto. Pęknie, stłucze się, normalna sprawa." Ale ja wiedziałam, że to nie jest normalna sprawa. Te rzeczy nie pękały w transporcie. One po prostu nie wracały. Nigdy nie widziałam odłamków. Nikt mi nie przynosił sklejonych kawałków z przeprosinami. Znikały i tyle.
Pewnego wieczoru, trzy miesiące przed komunią Frania, siedziałam na podłodze w przedpokoju i wyciągałam serwis z szafy na górze. Liczyłam wszystko po kolei, wolno, jak mama mnie nauczyła. I nagle zobaczyłam to wyraźnie - te puste miejsca w pudle wyłożonym gazetami. Luki po elementach, które kiedyś tam leżały. I poczułam coś dziwnego. Nie złość. Smutek. Jakby ktoś kawałek po kawałku rozbierał dom, w którym się wychowałam.
Postanowiłam, że komunia Frania będzie u mnie.
Krystyna zadzwoniła tydzień przed. „A serwis przywieziesz? Mogę wziąć na Ursynów, u mnie lepszy dojazd dla gości." Odpowiedziałam spokojnie, choć serce mi waliło: „Nie, Krysia. W tym roku przyjdźcie do serwisu. On mieszka u mnie".
Cisza w słuchawce trwała chyba pięć sekund, ale wydawała się wiecznością.
„Jak chcesz" - powiedziała w końcu takim tonem, jakim mama mówiła „rób, co uważasz", kiedy uważała, że robimy źle.
Przyszli wszyscy. Krystyna z Leszkiem i Bartkiem, Renata z Dariuszem i jego dziećmi. Nakryłam stół na czternaście osób, ale serwisu starczyło na dziewięć - resztę dosypałam z codziennej zastawy. Frania wyglądała jak aniołek, Andrzej robił zdjęcia, było ciasto od Renaty, był rosół, były pierogi z mięsem, bo Leszek nie wyobraża sobie uroczystości bez pierogów.
I było dziwnie.
Nie kłóciliśmy się. Nikt nie podniósł głosu. Ale Krystyna przez cały obiad unikała mojego wzroku. Renata rozmawiała głównie z Andrzejem o cenach paliwa. Bartek siedział w telefonie. Atmosfera była jak obrus, który wygląda na czysty, ale jak się przyjrzysz pod światło - widać plamy.
Po deserze, kiedy Frania poszła się bawić z młodszymi, a mężczyźni wyszli na balkon, zostałyśmy w kuchni we trzy. Ja zmywałam, Krystyna wycierała, Renata stała przy oknie z herbatą.
„Muszę ci coś powiedzieć" - odezwała się Renata, nie odwracając się od okna.
Krystyna przestała wycierać talerz.
„Ta sosjerka... jest u mnie. I filiżanki dwie - też." Renata mówiła cicho, jakby się bała, że ktoś usłyszy z balkonu. „Nie stłukły się. Ja je wzięłam."
Ręce mi zamarły w zlewie. Ciepła woda leciała mi po nadgarstkach, a ja nie mogłam się ruszyć.
„Ja też" - powiedziała Krystyna. Talerz w jej dłoniach drżał lekko. „Ten deserowy talerzyk, pamiętasz? I jeden duży talerz, jeszcze sprzed dwóch lat."
Patrzyłam na nie i nie wiedziałam, co czuję. Ulga? Złość? Jakiś absurdalny śmiech, który rósł mi w gardle?
„Dlaczego?" - zapytałam.
Renata odwróciła się wreszcie. Miała czerwone oczy. „Bo to jedyne, co mam po mamie. Ty masz serwis, ty masz albumy, ty masz ten krzyżyk. A ja mam pustkę i sosjerę, w której mama podawała sos pieczarkowy."
„To mogłaś poprosić" - wydusiłam.
„A dałabyś?" - Krystyna odłożyła talerz na blat. „Bożena, ty pilnujesz tego serwisu jak mama. Liczyłaś każdy element. Dzwoniłaś z pretensjami. Myślisz, że łatwo poprosić kogoś, kto traktuje porcelanę jak relikwie?"
Chciałam powiedzieć, że to nieprawda. Że nie traktuję. Ale w tej samej chwili przypomniałam sobie, jak pakuję każdą filiżankę w gazetę, potem w ścierkę, potem do pudła. Dokładnie tak, jak mama.
Zmywanie skończyłam w milczeniu. Goście rozeszli się koło ósmej. Serwis stał na blacie - dziewięć kompletów, ani jednego mniej.
Andrzej poszedł spać. Frania zasnęła w białej sukience, z różańcem w dłoni. Ja siedziałam w kuchni do północy. Przed sobą miałam dziewięć filiżanek i trzy puste miejsca w pudle.
Następnego dnia otworzyłam szafę, wyjęłam trzy duże talerze, trzy małe, trzy filiżanki z podstawkami. Zapakowałam je w gazetę, potem w ścierki, potem do dwóch toreb. Jedną dla Krystyny, jedną dla Renaty. Po trzy komplety dla każdej. Sobie zostawiłam trzy.
Stałam z tymi torbami w przedpokoju i nie mogłam się zdecydować, czy zadzwonić, czy pojechać, czy może postawić je z powrotem w szafie. Bo mama powiedziała „pilnuj serwisu", a nie „podziel serwis". Ale mama też mówiła „pilnuj sióstr".
Torby stoją w przedpokoju trzeci dzień. Andrzej przechodzi obok nich i nic nie mówi. Frania zapytała raz, co w środku. Powiedziałam: „Jeszcze nie wiem".